1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Duke Nukem: Manhattan Project [retro]

Duke, pierwszy twardziel Rzeczypospolitej i większości pozostałych cywilizowanych (hm...) państw świata, ambasador pokoju na świecie, najwyższa ze znanych form ewolucji homo sapiens, naczelny ass-kicker naszej planety i miłośnik lodów truskawkowych. Na każdym bazarze można kupić niemal wszystko z jego wizerunkiem - kubki, koszulki, śliniaki, pieluchy, smoczki, preze... A nawet gry. Jedna nadal "jest w drodze", ale wciąż możemy się cieszyć innymi tytułami z Księżulkiem w roli głównej.

Z początku Manhattan Project miał być jedynie przerywnikiem pomiędzy Duke Nukem 3D a nadchodzącym Duke Nukem Forever. Przerwa jednak przedłuża się coraz bardziej, więc tenże "osładzacz" stał się całkiem sensowną alternatywną dla oldskulowych fanów Diuka. Pamiętając oczywiście, iż pierwsze części z Księciem były platformówkami 2D.

Prezentuję państwu nowego, bezpartyjnego kandydata spoza układu! I bez siwej czupryny

I dokładnie z takiej perspektywy będziemy obserwować naszego mięśniaka, rozprawiającego się z wszelkim tałatajstwem, jakie rozpełzło się po Nowym Jorku. Tak, Big Apple nas potrzebuje. Niejaki Morphix postanowił przeszkodzić Duke'owi w kampanii wyborczej (tak, wiem, że ta aluzja do screena nie była śmieszna), wylać nieco radioaktywnej mazi w nowojorskim metrze i dać pakerowi okazję do wykazania się oraz wyrwania paru panienek. Na jego... giwerę, rzecz jasna.

Ta nowa maszyna do mielenia pomidorów sprawdza się wybornie!

Zaczynając od dachów wieżowców Manhattanu, poprzez Chinatown, metro, aż do stacji kosmicznej skopiemy sporo tyłków, mniejszych i większych, aż w końcu zniszczymy sprawcę całego zamieszania, a na świecie zapanuje pokój, wieczna radość i wolna miłość, w imię Ojca, Syna, Ducha. I choć jest to, teoretycznie przynajmniej, droga przez mękę, te kilka godzin przyjdzie nam spędzić całkiem przyjemnie. Szczególnie, że na brak różnorodności narzekać nie można, jeśli chodzi o lokacje. Znajdziemy tu wszystko - od zatęchłych kanałów i metra, aż po sterylne wnętrza laboratoriów.

I masz mi je wyglancować na błysk!

Jednak czym byłyby fajnie zrobione lokacje bez masy plugastwa do wystrzelania? Menażeria ta jest bardzo podobna do tej, którą dane nam było podziwiać w Duke Nukem 3D - zmutowane świnie, karaluchy, szczury, aligatory (to tak a propos tego mitu, jakoby w amerykańskim systemie kanalizacji przebywały dość spore kolonie takowych żyjątek). W późniejszych etapach pojawiają się m.in. kroczące machiny wojenne z działkami maszynowymi czy wyrzutniami rakiet. Większość ze zwierzaków korzysta z dóbr nowoczesnej techniki (świńskie strzelby, krokodyle "klamki", szczurze granaty), zaś karaluszki próbują nas przestraszyć wspomnianą już radioaktywną mazią. Po kontakcie z nią zwierzaki nagle rosną zdrowe i silne, utrudniając (choć tylko nieznacznie) Diukowi drogę ku chwale.

Chłopaki, nie róbcie sobie jaj! Ja też chcę zrzucać napalm na Wietnamców!

Tą łatwość w przedzieraniu się przez zastępy maszkar nasz bohater zawdzięcza głównie swojemu arsenałowi. Może i sporemu, jednak w moim odczuciu niespecjalnie rajcującego. Dość rzec, że ukończyłem grę nie wypuszczając zbyt często z ręki shotguna. Broń uniwersalna, niezżerająca tak amunicji jak karabin maszynowy, dająca więcej satysfakcji niż korzystanie z działka plazmowego i bardziej skuteczna niż "pomniejszacz" (o ile w Duke'u 3D pomniejszaliśmy, o tyle tutaj potworaki powracają do swoich poprzednich wcieleń, taka wsteczna reinkarnacja). Choć w satysfakcji na pewno nic nie prześcignie starego, dobrego złotego Desert Eagle'a, jednak używanie go w późniejszych jest skrajnym objawem ciężkiego masochizmu. A na deser można podłożyć przeciwnikom świnię... tj. granat ze zdalnym detonatorem. Bardzo przyjemna rzecz. Ale w moim osobistym rankingu nadal królują okute buty. Zasadzenie kopa zwierzakowi, to jest to!

I co z tego, że wyglądam jak zlepek paru postaci z komiksów? Ale ja za to jestem ZUY! Serio...

Oprócz tego sprawę ułatwić nam mogą różnorakie znajdźki, rozlokowane po całych mapach. Dzięki nim zmienimy się np. w Supermana, przyjmującego spokojnie na klatę wszelkie oznaki agresji okolicznej fauny czy zadawanie jej większych obrażeń. Znalazło się nawet miejsce na plecak odrzutowy. Osobny temat nadałby się na tzw. nuke'i. Na każdym poziomie znajdziemy dziesięć sztuk tego cuda i po znalezieniu wszystkich nasze "umiejętności" się rozwijają - możemy nieść więcej amunicji, dochodzi większy limit zdrowia.

Nie zostaniesz króliczkiem Playboya, masz za mało... polygonów

O ile takie pakiety nam pomogą, nie można tego rzec o konstrukcji poziomów. Pełno w nich miejsc, w których możemy niechybnie skończyć swój żywot - a to duża wysokość, a to przypadkowo postawiony wiatrak, szatkujący nas na małe plasterki. Jakby tego było mało - często lokacje są zbyt zawiłe i trzeba się nieco napocić, by znaleźć klucz-kartę i uwięzioną panienkę (nie, po uwolnieniu nie jest ona nam AŻ TAK wdzięczna...), które to są przepustkami do kolejnego poziomu. Zazwyczaj jednak nie mamy problemu z przejściem dalej.

Bejbe, muszę ci jednak powiedzieć, że nie jesteś taka gorąca, jak ta wyżej...

Sprawę czasem także utrudnia sam sposób prezentowania akcji i kamera, śledząca nasze ruchy. Nie jest ona sztywno zawieszona parę metrów od bohatera, czasami pokazuje Księcia od góry czy z innych dziwnych kątów. Jednak skąd nie popatrzymy - grafika wygląda tak samo. Tak samo, czyli przestarzale. Niestety, geriatryk Duke już nie jest w takiej dobrej formie (choć, jakby się zastanowić, w czasach walki z Quake też nie wyglądał zbyt okazale). Tekstury są ubogie, animacje nieco sztywne, a przez kanciaste obiekty wszelakie można się poranić. Lepiej jest z dźwiękiem - wszelkie wystrzały, wybuchy, etc. zostały wykonane starannie, a proste gitarowe riffy na jedno kopyto idealnie wpasowują się w klimat tytułu. No i ten głos Duke'a... wystarczy jedynie wspomnieć, że w jego rolę znów wcielił się Jon St. John, który znowu rzuca tekstami jak z rękawa. Do takich klasyków jak choćby "I'm gonna get medieval on your asses" dołączyły "My gun is bigger then yours", "Rest in pieces" czy "Half man, half animal. All dead". Żeby tylko dane nam było usłyszeć jeszcze w ciągu paru najbliższych lat ponownie ten głos... Houston, wracamy na Ziemię!

Nie skacz mnie tu, majster. Ścianę nierówno pan żeś zrobił

No właśnie, skoro Duke Nukem Forever rzeczywiście ma czas okresu twórczego oznaczony jako "forever" - warto sięgnąć po Manhattan Project. O ile oczywiście znajdziecie ją w sklepach, bo to może się okazać zadaniem dość trudnym. Ale zapewniam, że warto. Let's rock!