1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Colin McRae Rally 04

We wrześniu 2007 roku pożegnaliśmy Colina McRae, jednego z najsłynniejszych kierowców rajdowych świata, mistrza świata WRC z 1995 roku. "Latający Szkot" pozostanie jednak w naszej pamięci nie tylko dzięki widowiskowemu stylowi jazdy, ale i poprzez gry komputerowe sygnowane jego nazwiskiem. Seria Colin McRae Rally wiedzie prym na poletku samochodówek rajdowych od niemal dekady. Każda jej część jest wydarzeniem w świecie gier. Stosunkowo niedawno miała miejsce premiera jej nowej części - DiRT. Ja jednak chciałbym przyjrzeć się odsłonie z 2004 roku.

Wyszła ona, zgodnie z nową ówcześnie świecką tradycją, około rok po "trójce" i była niewiele mniejszą rewolucją, jak pojawienie się poprzedniej edycji. Nie ma co ukrywać - "04" okazała się grą w głównej mierze pozycją zręcznościową, w odróżnieniu do symulacyjnej "3". Dzięki poprawieniu innych bolączek poprzedniczki (m.in. niemożności rozgrywania kariery innym wozem niż Ford Focus czy brak multiplayera) stała się o wiele przystępniejsza dla graczy i co za tym idzie - popularniejsza. Ale po kolei.

Piłeś, nie jedź

Na samym początku w oczy rzuca się menu - niby bardzo podobne, ale jednak nieco inne, o wiele łatwiejsze w obsłudze, proste i eleganckie. Do wyboru mamy oczywiście mistrzostwa (o których za chwilę), rozegranie pojedynczego rajdu bądź odcinka, losowy odcinek lub też, z powrotem u łask, tryb multi. A więc słowo na niedzielę o trybie mistrzostw - do wyboru mamy 4 klasy aut (w tym jedna zwana "dodatkowymi"), z czego nowością są te z klasy B. Są to auta o wielkiej mocy (rzędu 500 KM), które zostały wycofane z rajdów w roku 1986 po serii wypadków. My mamy niepowtarzalną okazję spróbować swoich sił w ich prowadzeniu, co, zastrzegam, jest pieruńsko trudne. Jednak by wypróbować się w tej klasie, należy zakończyć zwycięstwem rywalizacje w innych - 2WD i 4WD (odpowiednio, auta z napędem na jedną oś i dwie osie). Dla obu przygotowano osiem rajdów, łączonych w tryb mistrzostw (będziemy rozbijać się tradycyjnie m.in. po drogach Wielkiej Brytanii, Szwecji i Finlandii, a także w Japonii czy Grecji). W każdym z nich mamy do przejechania 5 lub 6 odcinków specjalnych i opcjonalnie jeden pokazowy OS. Moim zdaniem jest to jedna z większych wad całej serii CMR. Zawsze marzyło mi się rozegranie pełnowymiarowych rajdów. I choć ganianie po 3 godziny jednym wozem po tym samym piachu mogłoby być nużące, to kompromis osiągnięty między dobrą zabawą a realizmem został niesprawiedliwie zachwiany - 20 minut i jedziemy do innego kraju na kolejne zmagania. Jest jednak pewien czynnik usprawiedliwiający to rozwiązanie - poziom trudności.

Na grzyby, na grzyby!

Gra w jakiejkolwiek klasie na niskim poziomie trudności (oprócz klasy B, rywalizacja w której jest możliwa tylko na wyższym poziomie) jest po prostu banalna. Nawet po popełnieniu masy błędów i parokrotnym wypadnięciu z trasy można wygrać z dosyć pewną przewagą. Szczególnie widoczne to jest podczas mistrzostw 2WD, gdyż wozy te są o wiele łatwiejsze w prowadzeniu i nawet na wyższym poziomie trudności nie jest aż tak ciężko. Nieco lepiej ma się sprawa z autami 4WD, ale to już zrozumiałe, takie "potwory" prowadzi się niełatwo i trzeba być uważniejszym na zakrętach. Ale i tu na "easy" miażdżymy praktycznie wszystko i wszystkich. Gdybyśmy rozgrywali dłuższe rajdy, różnice stałyby się kosmiczne.

Jeśli już przy poziomie trudności jesteśmy - warto wspomnieć coś niecoś o modelu jazdy. Jak już wspomniałem - jest on znacznie bardziej zręcznościowy niż w innych edycjach CMR, ale to wcale nie daje nam możliwości pokonywania zakrętów na pełnym gazie. To nie Need for Speed, tu każdy ruch kierownicą jest bardzo ważny. No i trzeba uważać na nawierzchnie. Na szutrze trzeba zwracać uwagę na poślizgi i pobocza, a na asfalcie - na zakręty, które pokonuje się ze względnie wysoką prędkością. Wraz z nawierzchniami baczyć też trzeba na odpowiednie ustawienia komponentów auta, a w szczególności na opony. Spróbujcie kiedyś pojechać po szutrze z oponami przeznaczonymi na asfalt, a przekonacie się, o czym mówię. Oprócz tego ważną rolę odgrywają w grze warunki pogodowe. Są kraje, w którym deszcz pada często i intensywnie (np. Japonia, czasem Wielka Brytania), to już w Hiszpanii i Australii popędzimy po spalonych słońcem piaskach i szutrach.

Przyspieszony kurs nurkowania

Trzy słowa wypadałoby też przeznaczyć na model uszkodzeń, który - nie zgadniecie - też jest zręcznościowy. Oczywiście, dwu- trzykrotne przygrzmotnięcie na pełnej szybkości w drzewo może nam popsuć zabawę, ale ogólnie rzec biorąc pod tym względem gra jest łatwiejsza niż choćby TOCA Race Driver. Właściwie ciężko mi rzec czy jest jakakolwiek szansa, by nie dotrzeć do mety. Nawet z urwanym kołem czy zmasakrowanym układem chłodzenia dojedziemy do celu. Aczkolwiek w dalszej walce o wysokie lokaty nie ma co marzyć. A będąc już przy fizyce jazdy - nie mogę pominąć wielce wkurzającej mnie kwestii "betonowych krzaków". o prostu gdy natrafimy na taki, nie ma zmiłuj - nadziewamy się na niego i musimy cofać. Podobnie jest też z niektórymi banerami reklamowymi. Ale jakby nie patrzeć - i tak jest lepiej, niż było wcześniej, więc nie ma co narzekać.

Co, zły kolor? Miej litość, ojcze.

W każdej z klas mamy do dyspozycji po 5 wozów, które, tak swoją drogą, możemy modyfikować w trybie mistrzostw pomiędzy rajdami, wystarczy tylko wystarczająco zużyć odpowiednie komponenty podczas krótkiej przejażdżki. Dzięki temu dostajemy np. ulepszone amortyzatory, hamulce czy opony na szuter. Wracając do samych aut - oczywiście różnią się one znacznie od siebie wagą, osiągami, mocą. No i wszystkie są licencjonowane. Niestety tego samego nie można rzec o nazwiskach naszych oponentów.

"Panie, błotnik sie panu telepie!"

Czy patrząc na screeny pomiędzy wierszami recenzji nie myślicie sobie, że jest to jakiś "previous-gen"? Macie całkowitą rację, wystarczy porównać grafikę "czwórki" do DiRT-a - różnice są kolosalne. Nie można jednak nie przyznać, że i ta część ma swój urok. Wszystko jest na swoim miejscu. Otoczenie jest może nieco ascetyczne i nadal uświadczmy "ścianę lasu", tak dobrze nam znaną choćby z "dwójki", ale jest OK. Lepiej mają się modele aut - żadnych kanciastości plus rozbijające się szyby i wyginający metal - jest jak być powinno.

Do dźwięku większych zastrzeżeń również nie posiadam, choć mam dziwne wrażenie, że został nieco przytłumiony. A i jeszcze ciekawostka - ustawcie sobie w opcjach jako pilota Wacława, będziecie mieli niezły ubaw. Oprócz niego tradycyjnie najlepiej spisuje się Nicky Grist (który zastąpił znanego z trzech pierwszych części Dereka Ringera) oraz Krzysztof Hołowczyc.

"A teraz duuu-uuża hopa!"

Apeluję więc do wszystkich niedzielnych kierowców - Colin McRae Rally 04 jest dla Was. Jeśli jednak szukacie prawdziwego hardkoru i w Waszych żyłach płynie benzyna - sięgnijcie np. po Richard Burns Rally bądź po Rally Championship Xtreme, tam dopiero dadzą Wam popalić... gumę.