Ze wszystkich klonów The Sims, których jedyny magnes stanowił quasi-erotyzm i mechanizmy zaczerpnięte prosto z bestsellerowej serii Maxis, Coffe Break bez wątpienia wyróżnia tematyka. Oto bowiem w przeciętnym, amerykańskim biurowcu zebrano prawdziwą mieszankę osobliwości. Mamy tutaj surowego kierownika, piękną, acz naiwną sekretarkę, podstarzałego lowelasa, geja, sympatycznego dostawcę i jedną z tych wrednych zołz, na które lecę jeszcze gorsi sabotażyści, po trupach pnący się po szczeblach kariery. A to tylko część towarzystwa, które panoszy się po niewielkiej firmie gdzieś za siedmioma dzielnicami przemysłowymi..

Coffee Break

Podczas zabawy (i 4 różnych kampanii) wcielamy się w Johna i Davida - prywatnie, parę przyjaciół, którzy choć różnią się jak ogień i woda - wielokrotnie współpracują ze sobą aby osiągnąć różnorakie, niekiedy niezbyt poprawne politycznie cele. Knujemy, przeszukujemy papiery współpracowników, manipulujemy, szantażujemy, podsłuchujemy - słowem, prowadzimy szeroko pojętą działalność pseudo-wywiadowczą. Nawiasem mówiąc radziłbym nie mrugać podczas gry, bowiem całość kończy się w zastraszająco szybkim tempie. Cały kłopot leży też w tym, że...

Coffee Break

No właśnie, te wszystkie spiski dają nam trochę zajęcia, a choć sporo czasu musimy przecież poświęcić na faktyczną pracę i na to jest sposób. Szybko udaje nam się zaprzyjaźnić (lub nawet rozkochać!) niemal wszystkich w firmie, dzięki czemu wykonują oni za nas kopie raportów, prowadzą rozmowy telefoniczne i faktycznie jedynym realnym obowiązkiem staje się uczestniczenie w obradach rady nadzorczej.

Sam system relacji międzyludzkich jest koszmarnie ubogi! Wybieramy któryś z listy tematów (ta nie zmienia się przez całą grę), wysłuchujemy identycznych rozmów, w lwiej części przypadków temat zainteresuje rozmówcę i uda nam się go w jakimś stopniu zjednać. Gdy tematy się wyczerpią - wystarczy poczekać do przerwy/następnego dnia i bombardować nimi ludzi w biurze na nowo, ewentualnie podarować osobie, na której nam zależy kubek kawy. Większość czynności w grze sprowadza się do jednego kliknięcia myszą. Wszystko jest schematyczne, do bólu nieciekawe i nawet interesująca otoczka (którą bez wątpienia starali się stworzyć programiści) nie rekompensuje wszechobecnej nudy.

Coffee Break

Gra została na świecie wydana dwa lata temu i... to widać. Z zaznaczeniem, że nawet w roku 2005 Coffe Break zebrałby w polskiej prasie srogie cięgi za oprawę. Grafika prezentuje poziom pierwszego The Sims. Interesujący (choć, niestety, bezużyteczny) bajer - kamera, pozwalająca nam obserwować pracowników z perspektywy... automatu z kawą, przy którym naturalnie znajduje się towarzyskie centrum biurowca, nie rekompensuje prostoty, kanciastych modeli postaci, obrzydliwie archaicznych tekstur i braku jakiegokolwiek szlifu. Mniejsza, że bawić się będziemy jedynie na średniej wielkości piętrze. Czemu jednak graficy wykonali je tak paskudnie? Irytuje również muzyka. Słaby motyw z menu i zapętlone w nieskończoność odgłosy dzwoniących telefonów, rozmów i wysyłanych faksów sprawiają, że stosik filiżanek po herbatce z melisą rośnie w zastraszającym tempie.

Coffe Break to gra nudna, prosta i w każdym calu gorsza od jakiejkolwiek odsłony bestsellerowej sagi Maxis. Simsy okrojono niemal ze wszystkiego, a to, co pozostało, w połączeniu z partactwem grafików i brakiem pomysłu na rozwinięcie w sumie ciekawej idei doprowadziło do powstania bodaj najgorszego klona dziecka EA w ogóle. Nie brać, choćby dorzucali do czerwonej Sati!