1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Ciało za milion

Co mają w sobie te wszystkie komedie kryminalne, że tak ochoczo się na nie wybieram? Od niepamiętnych czasów zawsze byłem "pierwszy", jeśli mowa była o suspensie z nutą nierzadko krwawego morderstwa. Czyżbym miał skrzywioną psyche? Czyżbym był już "kopnięty"? A nawet jeśli, to i tak nikomu nie wadzę... Nie tak jak "starsza pani", którą wszyscy chcą zabić, nie jak niepoczytalna mamuśka chcąca naprawić świat swojej rodziny... Kto wie, może za jakieś 20 lat pójdę w strony swych ulubieńców ekranowych, ale póki co mogę obiektywnym niemal okiem spojrzeć na niezwykle wciągający obraz: "Ciało za milion".

Niepozorna... okładka.

Nie, nie jest to kolejny film klasy XXX, powszechniej określany "porno". Nie, nie ma tu (zbyt dużo) drastycznych scen. Brak też scen w negliżu... I to nawet takim znośnym, typu bikinii i piękne plaże... Bo i jak bohaterowie mieliby się w tym stroju pokazać, skoro akcja umiejscowiona jest na Alasce? I nawet patrząc na polski tytuł (który tym razem można uznać za adekwatny do treści, choć nieco mylący :D ), ktoś mógłby dojść do wniosku, iż mamy do czynienia z dokumentem o J.Lo, czy innej gwieździe ubezpieczającej swe ciało na ładną sumkę... Nic bardziej mylnego - mamy do czynienia z rasową opowieścią (niemal) detektywistyczną opatrzoną odrobiną humoru.

OMaj pressssziussss! Remedium na wszystkie kłopoty w zasięgu ręki.

Obraz zaczyna się dość dziwnie - początek mógłby wręcz wskazywać na jakiś horror, czy thriller o nie do końca określonej tematyce... Natomiast na pewno wskazującym na straszny splot zdarzeń, który doprowadził kobietę do tułaczki po zaspach śnieżnych w samej pidżamie i kapciach... I tu niestety muszę rozczarować fanów krwawej jatki wyczekujących kolejnego dzieła, którym by mogli się napawać. Kobieta ta po prostu jest, a przynajmniej wszystko na to wskazuje, chora psychicznie. I tyle! Żadnych morderstw, żadnych potworów z kosmosu - zwykła choroba psychiczna... A że Holly Hunter w roli Margaret Barnell wypada całkiem, ale to całkiem przekonująco, a prosto z ekranu spływają jej siarczyste komentarze (co robić, taka rola) zabarwiające film odcieniem Explicit Content Inside, tytuł powoli przechyla się w stronę 18+. Między Bogiem a prawdą, młody człowiek i tak usłyszy gorsze teksty, podróżując środkami komunikacji miejskiej, więc nie oszukujmy się - młodzież uzna ten film za jedynie odrobinę niecenzuralny ze względu na warstwę językową...

W objęciach twych... Tfu! Ohyda!

Dobrze, koniec odbiegania od myśli głównej - recenzji. Oto, gdy tylko naszą chorą znajomą jakiś dobry samarytanin (czyt. lokalny przedstawiciel służb mundurowych) bierze do auta i wiezie z powrotem do miasta, akcja przeskakuje w inne miejsce. Widzimy tęgiego gościa siłującego się ze swoim nowym nabytkiem - skuterem śnieżnym. Prosi on o pomoc przy załadunku (a właściwie przy jego końcowym etapie) zgoła nic nie przepowiadającego jegomościa. Ten z przyjemnością pomaga, by po chwili obnażyć prawdę o swym pochodzeniu i celu "spaceru" zimową porą... Tak poznajemy Teda (w tej roli Giovanni Ribisi), agenta ubezpieczeniowego, speca od wykrywania i ujawniania światu (a dokładniej swoim "bossom") wszelakiej maści machlojek, jakich się dopuszczają "sprytniejsi" klienci. Sam oczywiście nie jest do końca bez skazy. Mając piękną i inteligentną dziewczynę Tiffany (w tej roli młodziutka Alison Lohman), rzuca się w wir pracy, oddając firmie ciało i zaprzedając swą duszę, w nadziei uzyskania awansu... Zaś jego dziewczyna prowadzi centrum telefoniczne "tele-przyjaciół" telepatycznie uzdolnionych (czyt. robi za wróżkę i barmana-spowiednika zarazem), inkasując od rozmówców 99 centów za minutę rozmowy o ich problemach. Ich związek staje się zatem osobistym anty-przykładem.

Na drugim biegunie skali związków damsko-męskich mamy wspomnianą już chorą psychicznie Margaret i jej męża Paula (w tej roli Robin Williams). Paul jest człowiekiem o naprawdę dobrym sercu, kochającym i oddanym żonie. Przeżywa kryzys w pracy - jego biuro turystyczne umiejscowione "w środku niczego" nie przynosi dochodów, a koszty leczenia "niestabilnej" pacjentki są dość znaczne. Paul trwa jednak przy ukochanej osobie, zgodnie z treścią przysięgi "na dobre i na złe". Tragiczna sytuacja finansowa pcha Paula, poprzez szereg sztucznych acz nieco zabawnych splotów zdarzeń, w fazę "kombinowania". Otóż okazuje się, iż jego brat Raymond (Woody Harrelson) miał wykupioną polisę na życie. Polisę wartą dość pokaźną sumkę... A że zniknął już 5 latek wstecz i "ani widu ani słychu" o nim nie było, wszyscy już uznali Raya za truposza. Jak się jednak okazuje, aby osoba została uznana przez towarzystwo ubezpieczeniowe za martwą (jak to tłumaczył głównemu bohaterowi znajomy już agent), musi minąć 7 lat bez jakiegokolwiek kontaktu, po czym musi być przeprowadzone dochodzenie (trwające średnio co najmniej jeszcze roczek) by całość nabrała charakteru prawnego... Oczywiście taki obrót sprawy zupełnie Paulowi nie pasuje...

To, o czym marzymy, stojąc w kolejce do urzędnika, ale o tym nie mówimy...

Szczęśliwym jednak przypadkiem, w koszu na śmieci przy miejscu pracy Paula, początkujący gangsterzy ukrywają zwłoki. A w zasadzie, normalnie wyrzucają, żeby im truposz nie zaśmierdził auta, bo przez martwe ciało nie ucieknie... Samo może i nie, ale dla naszego bohatera jest to okazja, którą ten decyduje się wykorzystać, tym samym gmatwając fabułę. Idea jaka rodzi się pod sklepieniem czaszki naszego doradcy od podróży jest następująca:

Krok 1: Wziąć trupa.

Krok 2: Przekonać innych, że brat wrócił.

Krok 3: Upozorować wypadek "brata" z pomocą darowanego trupa...

Krok 4: Zgarnąć kasę z polisy i żyć długo i szczęśliwie.

Oczywiście nie byłoby filmu, gdyby wszystko poszło po jego myśli... Dobrotliwie fajtłapowaci gangsterzy zaczynają się dopominać o swego truposza, agent ubezpieczeniowy zaczyna wietrzyć "spisek", a że jak tylko taki smród wyczuje, to nie popuści, toteż i z góry wiadomo wokół czego będzie się historia kręcić. Całość dopełnia powrót "zza grobu" uśmierconego, pijanego i wkurzonego do granic możliwości Raymonda... Słowem, fabuła nawet ciekawa i na pewno osoby lubiące takie klimaty, z przewrotami i felernymi splotami zdarzeń, nie będą znudzone.

Nie, to nie żadna nowa adaptacja scen biblijnych...

Niestety film nie ustrzegł się potknięć - choć nie wynikają one ze złego rzemiosła aktorskiego czy ludzi od obsługi kamery, czy stołu montażowego... Strona techniczna zrealizowana jest wręcz wyborowo! Williams oryginalnie (czyt. "na swój sposób") prezentuje postać pana Paula Barnella, partnerująca mu Hunter ciekawie oddaje stan psychiczny swej bohaterki, Ribisi już "z pyska" przypomina takiego wrednego, ambitnego, bezdusznego urzędasa korporacyjnego, zaś Harrelson pięknie dopełnia resztę swą "poboczną rolą" zmarłego tragicznie brata spraszającego panie lekkich obyczajów na bibkę na poczet przyszłej zdobyczy finansowej... No i ten "aniołek" Tiffany dodający odrobinę lukrowanego uroku, do całej tej melanżerii postaci. Swoistą łyżką dziegciu pozostaje jednak wyczuwalna wtórność historii. Już choćby "Prosty plan" Sama Raimii automatycznie przywodzi na myśl, iż "Ciało za milion" to jedynie kalka kopii i na średnio dobrym arkuszu papieru... Podobnież z Coenowskim "Fargo", który w oryginale wypadał znacznie lepiej... Klasyka "podgatunku" z lat 60. i 70. ubiegłego wieku tym bardziej zostawia "Ciało za milion" daleko w tyle. Czyżby "prosty plan" reżysera Marka Myloda nie wypalił? Wydaje się, że makabreska, która miała nas rozbawić zatraciła to "coś", co wprawiało by nas w salwy śmiechu, lub generowałoby ciarki na plecach. Pozostało jedynie takie mdłe "cyś" kajś po środku. Dowcip, choć obecny, mocno kuleje, zaś ideowo łopatologicznie proste do przewidzenia "kłody rzucane pod nogi" głównemu bohaterowi po chwili, miast bawić, nużą.

Scenka jak z życia, petent w biurze z urzędasem...

Czy więc warto? Szczerze mówiąc, mimo wspomnianego klonowania i adaptowania idei, jestem "za". Nie tylko dlatego, że ostatnio coś dużo się pojawiło nędznych i krwawych do obrzydzenia filmów, gdzie głównym elementem dostarczającym wrażeń były brutalne morderstwa lub wyimaginowane potwory, duchy itp. Film jest próbą odświeżenia dużo bliższych memu sercu klimatów, analogicznych do tych z bardziej komediowych "Jak zabić starszą panią", "Wszystko zostaje w rodzinie" czy (uwielbianego przeze mnie) staruteńskiego "Arszenika i starych koronek". Na dzień dzisiejszy powoli próżno szukać tytułów odpowiednio realizujących paradygmaty ocierających się o makabreskę i parodię historii. Zwroty akcji, komplikacje, mało brutalności, drobne gagi i nutka suspensu - oto kluczowe elementy trzymające widza w fotelu w trakcie seansu... Elementy, które, choć mogłyby być tutaj bardziej zaakcentowane i poprawione, przyzywają na myśl stare "jare" kryminały komediowe, których szkoła powoli jest zatracana. Jedynie takie tytuły, jak dziś prezentowane "Ciało za milion", pozwalają mieć w sercu nadzieję, iż klimaty te nie zostaną zapomniane i porzucone całkowicie, i pewnego dnia znowu wydadzą na świat całe plony wielce wspaniałych obrazów kinematograficznych!