1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Call of Duty: World at War [okiem PIRXA]

- No Sierioża, koniec tej przydługiej wycieczki blisko - pomyślałem leżąc w jednym z lejów po lotniczych bombach, które zryły bezlitośnie trawnik Parku Tiergarten. - Zimno jak w psiarni, a przecież dzisiaj 5 dzień maja... - Powoli się rozwidniało. Podczołgałem się powoli w górę i ostrożnie wysunąłem głowę nieco powyżej krawędzi leja czule tuląc do policzka kolbę mojego jedynego od niemal trzech lat przyjaciela - "Moski". Był niezawodny jak każdy zresztą karabin Mosin wzór 1891/30, a jego precyzję podnosił zabudowany dodatkowo celownik optyczny PE 4x. Korzystając z niego omiotłem nieśpiesznie przedpole. Na tle monumentalnej bryły Reichstagu - symbolu chwilowo "tysiącletniej Rzeszy Adolfa H.", a dokładniej prawego jej skrzydła, zauważyłem niedbale zamaskowane "Fliegerabwehrkanone 88" z przysypiającą obsługą. Siatkę celownika umieściłem na środku czółka setnie zaspanego oblicza pyzatego feldfebla Wehrmahtu, wstrzymałem oddech i powolutku ściągnąłem język spustu. Echo strzału spłoszyło wrony posilające się ciałami zabitych zalegających na tiergartenowskim trawniku, a ja dojrzałem osuwające się ciało mojego celu. Truposz "nomier 71". Zjechałem w głąb leja na brzuchu. - Nie doczekał chłopczyk finału wojenki - pomyślałem mściwie. - Teraz będą kumple mieli rebus, kto im zgarnął "kamerada".

Z dużą niecierpliwością czekałem na kolejną odsłonę kultowej już dzisiaj serii "Call of Duty" tym razem pozbawionej kolejnego numeru i obdarzonej podtytułem "World at War". Mój entuzjazm znacząco chłodził fakt wyznaczonej wręcz chorej by nie użyć bardziej dosadnego określenia ceny za tę grę, zawinszowany sobie przez rodzimego Wydawcę - Licomp Empik Multimedia. "Firma" ta nie od dziś zajmuje się ordynarnym drenażem kieszeni tych graczy, którzy chcą użytkować legalne oprogramowanie. Kwestia byłaby do strawienia w przypadku otrzymania do rąk za własne w końcu i niemałe pieniądze porządnego wydania gry. A co otrzymujemy za ponad "stówkę"? Nośnik z grą, szajsowate i cienkie niczym średnia polska emerytura plastikowe pudełko i 10-cio stronnicowe (słownie: dziesięciostronicowe!) "coś" udające instrukcję gry. Zaprawdę, kasę trzeba umieć kosić. Mając przy okazji głęboko w… poważaniu tych, co te pieniądze wykładają! Do kwestii związanych z wydaniem powrócę poniżej. Gwoli prawdy, nim przejdę do omówienia wrażeń moich związanych z "Call of Duty: World at War" muszę poczynić jedno moim zdaniem istotne zastrzeżenie. Otóż po dokonaniu zakupu gry rzuciłem się wygłodniały oczekiwaniem na singla i spałaszowałem go w niespełna 10 godzin na poziomie określanym, jako średni. Pierwsze moje doznania były "takie se" jak mawia obecnie młodzież i pewnie ten tekst byłby znacznie bardziej krytyczny. Na szczęście tej gry po "giercowaniu" w sieci jeszcze raz zarzuciłem na kompa singla na poziomie o oczko wyżej i…. zasysło! Bezlitośnie zresztą. Po tym wyjaśnieniu przechodzę do rzeczy.

Niezłe buuum! Ciekawe, kto jest autorem…

"Call of Duty: World at War" powstał dzięki pracy studia deweloperskiego Treyarch na zlecenie jednego z gigantów rynku gier elektronicznych Activision. Nie ukrywam, że oczekiwania moje usytuowałem bardzo wysoko z uwagi na poprzednią część opatrzoną numerkiem 4 i podtytułem "Modern Warfare", którą oceniam, a tryb wieloosobowy w szczególności, jako niemal doskonałą. No cóż, wydaje mi się, że nie do końca udało się powtórzyć sukces "czwóreczki", co nie oznacza wcale, że omawiana gra jest knotem. Jest bowiem "World at War" grą zdecydowanie dobrą i wartą wydania na nią pieniędzy.

Z nocnej i mokrej wracamy wycieczki!

Rozgrywka w trybie pojedynczego gracza podzielona została na dwie kampanie mieszczące w sobie w sumie piętnaście misji naprzemiennie odbywające się na europejskim a konkretnie wschodnim froncie oraz na oceanicznych wyspach Pacyfiku, gdzie przeciwnikiem będzie armia Cesarstwa Japonii - wiernego sojusznika III Rzeszy. W pierwszym przypadku wskoczymy w skórę szeregowca Armii Czerwonej Pietrenko, natomiast wersja druga to jankeski szeregowiec Miller. Nie zamierzam opisywać poszczególnych misji, bo i po co? Moim zdaniem bardziej okazale wypadła kampania europejska. Co prawda walki uliczne w zniszczonym Stalingradzie to zaledwie libretto wprowadzające do ostatniego etapu operacji berlińskiej, ale za to zrealizowane z niesamowitym rozmachem. Misjom w regionie Pacyfiku nie można odmówić widowiskowości, ale…. Pewnikiem znajdą się Czytelnicy odmiennego zdania i bardzo dobrze.

Czas na śmierć!

Przyznać muszę z satysfakcją, że wiele pracy Autorzy z studia Treyarch włożyli w wierne odwzorowanie mundurów, broni i sprzętu bojowego na poszczególnych frontach. Nie odnosi się to moje spostrzeżenie tylko do wyglądu tych elementów, ale i realnej fizyki prezentowanej w czasie ich użytkowania. Strzelanie z różnych typów broni niesie ze sobą dodatkowe atrakcje w rodzaju chociażby zmiennego odrzutu a co za tym idzie celności prowadzonego ostrzału. Zapomnieć można o radosnym naciskaniu języka spustowego w nieskończoność, które kończy się ekspresowym opróżnianiem posiadanych magazynków! Maksymalnie efektywna jest króciutka, jeśli chodzi o broń automatyczną seria, której dwa lub trzy pociski posiadają dobre skupienie tnąc tkankę miękką i nie tylko przeciwnika. Niestety wojna sprowadza się do piekielnie prostego wyboru - śmierć lub życie. A narzędzi do wdzięcznej pracy "Mrocznego Kosiarza" mamy bez liku! Broń krótka i długa, karabiny, pistolety maszynowe, strzelby okopowe a nawet miotacze ognia, że o granacikach, panzerschreckach i ładunkach wybuchowych nie wspomnę. Do tego w rozgrywce multiplayera można wskoczyć do czołgu i siać spustoszenie ramię w ramię z kumplem, który zajmie miejsce strzelca karabinu maszynowego w wieży. Krótko mówiąc - radosna rzeźnia w "World at War" dostarcza wielu wrażeń i niespecjalnie dziwi mnie fakt zakwalifikowania jej do przedziału wiekowego "18+".

Był czołg i już go nie ma!

Tam, gdzie są pozytywy odwiecznym prawem natury musi istnieć i strona przeciwna. Minusem zresztą nie jedynym jest fakt braku możliwości zapisu w dowolnym momencie rozgrywki, co w etapach końcowych przy niezliczonych zastępach wrogów jest uciążliwe. Mocno denerwującym jest w rozgrywce pojedynczej fakt istnienia "niewidocznych ścian" w poszczególnych lokacjach, co gwałtownie ogranicza możliwości swobodnej eksploracji i podejmowania nieszablonowych działań. Nie wchodzi w grę przykładowo obejście wzgórzem pozycji przeciwnika i wyjście na jego tyły zakończone atakiem z zaskoczenia. Wielka szkoda, że przychodzi graczowi podążać ściśle wyznaczonym traktem. Możliwości wykorzystania roślinności, a w szczególności traw i krzewów zostały znacząco okrojone i tej możliwości także żal. Można by jeszcze chwilę ponarzekać na kolejne niedoskonałości gry, ale i tak jest to mały pikuś do wady w mojej ocenie największej, czyli długości rozgrywki. Czas w porywach do 10 godzin w grze pojedynczej w przeliczeniu do ceny czyni z "Call of Duty: World at War" towar niemal luksusowy. Tuzin złotych za 60 minut to nieco przydrogawo, nieprawdaż?

Sytuację ratuje tryb multiplayer. Momentami do złudzenia przypomina ten dobrze znany bywalcom serwerów z "Modern Warfare". Różnice tkwią w kształcie poszczególnych map, gdzie jest sporo przestrzeni otwartych i tam gracz może stać się łatwym łupem dla snajperów. W poprzedniku można było skutecznie wykorzystywać zabudowę miejską. Zdecydowanie najwięcej takich możliwości dają misje już na terenie Berlina. Tradycyjnie w trakcie gry zdobywamy punkty doświadczenia, które przekładają się na awanse kolejnych stopni wojskowych i odblokowywanie usprawnień oraz dostępów do nowych typów broni. A "jadłospis" jest przebogaty! Przykładowo w dziale "Broń główna" zaoferowano w kategorii "Karabiny powtarzalne" między innymi japońską Arisakę, czy też świetnie znanego Springfielda, że o radzieckim Mosinie - Nagancie nie wspomnę. A kategorii tych we wspomnianym dziale jest "tylko" pięć! Działów głównych jest z kolei osiem, tak, więc możliwości znacząco się zwielokrotniają. Drabinka jest gęsta i oferuje sporo atrakcji. Poszczególne mapy ściśle związane są z rozgrywką singlową i umiejętnie rozszerzone, a walka została urozmaicona zasadami zespołowego deadmatch`u, walki o flagę, trybem "znajdź i zniszcz" oraz jeszcze kilkoma innymi możliwościami. Na nudę nie można narzekać, choć… i tu zaczynają się kredki!

W 'Multi' czołg to potęga!

O "niewidzialnych" ścianach wspominałem przy okazji trybu singlowego. W multi też niestety występują. Jest jednak jeden motyw w tej rozgrywce, który mnie mówiąc kolokwialnie "rozwalił" na piksele. Otóż przy wejściu w tryb wieloosobowy stworzyłem zgodnie z zasadami własny profil sieciowy. Pograłem sobie do oporu obrywając przy okazji potężnie po skórze od tych "sieciowców", którzy w małym palcu mają topografię poszczególnych map. Z uwagi na fakt, że osiągnięte rezultaty dalekie były od moich oczekiwań mało myśląc usunąłem profil, zakończyłem grę i poszedłem spać. Dnia następnego powróciłem do "CoD-a" i okazało się, że nie mogę stworzyć kolejnego profilu sieciowego. Mało tego! Cały czas pojawiał się mi komunikat o braku połączenia sieciowego. Zdechł pies. I ani słowa na temat takiego incydentu w kichowatej instrukcji do gry by Licomp Empik Multimedia! Nie przewidzieli Wydawcy, że taka okoliczność użytkownikowi gry przydarzyć się może…

Przy panzerschrecku czołg to metalowa puszka niestety!

Kilka kolejnych instalacji i deinstalacji gry zakończonych kolejnymi komunikatami o braku dostępu do sieci doprowadziło mnie niemal do furii. W zaprzyjaźnionym sklepie sonduję możliwość ewentualnej wymiany gry, gdyż mojego " legala" sieć traktuje jak "piracika" bez możliwości wejścia w rozgrywkę. Grzecznie aczkolwiek stanowczo zostaję poinformowany, że przed premierą po sklepach z growym softem jeździli wysłannicy LEM-a i opowiadali dyrdymały o superzabezpieczeniach nośników, jednocześnie informując o znikomych szansach ich wymiany po elektronicznej rejestracji. Ciekaw jestem, jak stwierdzić wadę towaru przed jego użytkowaniem i związaną z tym rejestracją. Na ten problemik pewnie "yntylygynty" z LEM-a już dawno wpadli! Niestety ja nie jestem aż tak rozgarnięty. Niejako przy okazji czytając przyparty do muru zaistniałą sytuacją readme gry dowiedziałem się, że jest możliwość rejestracji TYLKO PIĘCIU PROFILI SIECIOWYCH! A co z moją wolnością nieskrępowanego użytkownika rzeczy, po której zakupie jestem jedynym właścicielem z poszanowaniem rzecz jasna praw autorskich? Fita, pisz durniu na Berdyczów, gdyż Wydawca Twoje prawa ma tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. W końcu znalazłem rozwiązanie. Na spacerze z moim psem po kilkugodzinnym zmaganiu się z problemem. Trzeba odinstalować grę i wypruć dosłownie wszystko, co jest z nią związane z wnętrzności komputera a w szczególności pliki setupa i exe. Po dokonaniu egzekucji ponownie zainstalować grę, zarejestrować i wtedy po odpaleniu multiplayera na ekranie ujrzymy znowu nasz profil sieciowy tak nieopatrznie usunięty. Proste rozwiązanie? Pewnie. Z tą subtelną różnicą, że tylko dla tych, którzy wcześniej je na własnej skórze poznali. Wiedzą swoją podzieliłem się na kilku forach, gdzie nieszczęśni użytkownicy "CoD-a" wpadli w tą samą pułapkę. Niech innym będzie trochę lżej.

Morze ognia to powoli znak firmowy serii 'Call of Duty'

Żałuję też bardzo, że Twórcy gry zezwolili na możliwość wykonywania kilkumetrowych skoków przez graczy, przy których Javier Sotomayor to łajza oraz zapewnili dostęp do różnego typu "ulepszaczy" dnia codziennego. Podniesiona wydolność płuc, większa zdolność penetracji pocisku oraz idiotyzm stulecia - opcja "revive". Cud zmartwychwstania dostępny niemal od zaraz… marzyłby się taki przyzwoity symulator pola walki, gdzie można "pokampić" w pozytywnym tego słowa znaczeniu i gdzie liczy się inteligencja oraz inicjatywa w działaniu. W momencie, gdy widzę po zakończonej rozgrywce "komandorów" czy też innych "generałów" z ułamkiem stosunku zlikwidowanych wrogów do "własnych zgonów" w postaci 5/52 to ręce opadają! Takie "pachniały" odbierają radość z gry idiotycznym skakaniem i pruciem do wszystkiego, co się rusza w tym głównie w plecy kolegów z teamu. Parę dni temu w jednej rozgrywce zostałem skasowany przez pajacowatego "kapitana" z własnej drużyny sześć razy. Nawet wykrzyknika na koniec nie postawię. Żenada i paranoja, podobnie zresztą jak i to, że dzięki przemyślanej polityce cenowej Wydawców na całym świecie w sieci królują pirackie serwery. Szkoooda gadać.

Na ruinach Stalingradu

Oprawa audiowizualna prezentuje się na bardzo dobrym, wysokim poziomie. Cieszy wysoki realizm otoczenia, sprzętu bojowego, mundurów i broni osobistej oraz wyposażenia. Szczególnie miłe dla oka są pięknie odtworzone obrazy Stalingradu i Berlina, gdzie można szczególnie w tym drugim rozpoznać charakterystyczne budowle. Fizyka przedmiotów, wizualizacja efektów specjalnych, wybuchów, czy też rzeczy tak przyziemnych jak lśnienie promieni słonecznych w oceanicznych falach budzić musi szacunek. Przy dosyć przyjaznych wymaganiach sprzętowych grafika jest naprawdę śliczna. Do tego dochodzi ścieżka dźwiękowa na nieco niższym poziomie, ale obrazowo stwierdzić muszę, że jest to średnia klasa wyższa. Zastrzeżenia mam do polskiej wersji językowej a w szczególności napisów, które nie dość, że naniesiono na niemal centralny punkt obrazu to jeszcze użyto czcionki wysokiej na połowę ekranu a dla dopełnienia efektu nazwiska mówiących "wzbogacono" poprzez zaakcentowane czerwonym kolorem. Nieporadność plus brak elementarnego smaku plastycznego. A wystarczyło podejrzeć, jak ta kwestia została rozwiązana w "Call of Duty 4: Modern Warfare". Czasami rzeczy proste są najtrudniejsze, szczególnie w RP, gdzie często logika śpi snem zimowym polarnego niedźwiedzia.

Zaraz Ci kapelusik zdmuchnę meine Hans!

Czas na podsumowanie. "Call of Duty: World at War" jest niewątpliwie grą, na którą warto wydać pieniądze. Zdecydowanie zyskuje przy drugim i kolejnych przejściach w singlu oraz w rozgrywce wieloosobowej. Jej zdecydowaną wadą jest króciutki czas rozgrywki i horrendalna cena. O pozostałych niedoskonałościach wspomniałem powyżej. Wydawca gry - Licomp Empik Multimedia ugruntował sobie w moich oczach opinię niedbałego wydrwigrosza, dla którego liczy się tylko parametr koszty własne / cena finalna i maksymalny zysk za wszelką cenę przy jak najniższym wkładzie własnym. I to by było na tyle jak mawiał nieodżałowanej pamięci profesor mniemanologii stosowanej Jan Stanisławski.

Zapłonął do mnie ogniem pierwszego uczucia…