1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Call of Duty: Roads to Victory

Gdy po raz pierwszy spotkałem się z serią Call of Duty, byłem w szoku. Kolega pokazał mi wtedy na swoim komputerze "nową, fajną gierkę" - od razu pokochałem to niesamowite arcydzieło. Jako że moja karta graficzna nie obsługiwała jednej z technologii zawartej w grze (T&L, wtedy coś unikalnego, jak teraz DX10) musiałem przejść całą kompanię u znajomego. Zalety trafiały idealnie w moje gusta - filmowość, niesamowicie szybka akcja i kompani u boku - spełnienie moich marzeń. Wraz z wyjściem dodatku zakupiłem nowszą kartę graficzną, tylko dla tej jednej gry. Potem przyszła kolej na dwójkę (też u znajomego) i trójkę - całą zaliczoną w... sklepie. :)

Słysząc tylko o planach stworzenia Call of Duty na Playstation Portable, ucieszyłem się niezmiernie. Jedna z moich ulubionych serii na handheldzie? Gdy tylko zauważyłem pudełko w sklepie, wysupłałem 20 funtów na Roads to Victory i czym prędzej pobiegłem do domu, na wygodną kanapę. Mimo iż zwykle wyjmuję PSP w autobusie, szkole - miejscach poza domem, tak teraz razem z moim Playstation Portable i popcornem ułożyłem się w domu. Rozpocząłem pierwszą kampanię, potem kolejną, przeszedłem kilka misji i... gra zakończyła się. Z zegarkiem w ręku, zaliczyłem ją w 5 godzin. Na średnim poziomie trudności, należy dodać. Ale nie powinienem zaczynać recenzji od końca gry, zwłaszcza iż Call of Duty Portable wcale złą grą nie jest.

Call of Duty: Roads to Victory

Pierwsza kampania, w jakiej wziąłem udział to siły zbrojne USA, walczące w kilku operacjach dziejących się w latach 1944-1945. Poradnik pokazał mi przyzwoite sterowanie - nie tak dobre jak w Rainbow Six: Vegas - ale mimo to w miarę sensowne. Niestety, PSP nie jest maszynką pozwalającą na bardzo wygodną grę w strzelaniny. Poruszamy się jak zwykle analogiem - razi tu troszkę to, iż bohater porusza się dość wolno. Gdy leci w naszą stronę granat, możemy być prawie pewni, że legniemy martwi. Za celowanie odpowiadają przyciski geometryczne, co stało już się standardem w tego typu grach. I tu mimo kilku wad jest porządnie - po lekkim przyspieszeniu szybkości odwracania się wszystko mi pasowało. Prawym spustem strzelamy, zaś lewym przykładamy broń do oka, co powiększa naszą celność. Za akcje odpowiada D-pad, czasami nie dając nam szans na przeżycie; trudno jest kucnąć w biegu, przeładować broń lub zmienić narzędzie mordu - za to wielki minus.

Call of Duty: Roads to Victory

Kolejne misje, jakie czekają nas w operacjach trzymają równy, średni poziom. Koło nas kręci się sporo pomocników, co jest znakiem rozpoznawczym serii. Niestety, czasami podróżujemy tylko z jednym, dwoma towarzyszami - gdy polegną, w dziwny sposób po prostu odradzają się za rogiem. Nie raz zdarzyło mi się zauważyć Alianta wyłaniającego się z nicości, tak samo niektórzy Niemcy mają tendencję do respawnowania się tuż przed naszymi oczami. Wystarczy po prostu zejść z głównej drogi i zajrzeć do magazynu - skrypt nadal będzie działał, przez co Naziści w dziwny sposób pojawią się tuż przed nami. Skoro już przy tym temacie jesteśmy, należy wspomnieć o największej wadzie serii - skryptach. W przenośnej wersji gry rażą one jeszcze bardziej, nie opłaca się przechodzić jej ponownie, gdyż czekać na nas będzie dokładnie to samo.

Bardzo rzadko da się stworzyć przepiękną misję opartą na takowych, ale twórcom parę razy udało się i to. W jednym momencie postrzelamy sobie z działka w samolocie, przy okazji naprawiając kilka części w maszynie i wspierając kumpli. Misja ta jest zwykłą konwersją podobnej z pierwszej części CoD, ale i tak świetnie się przy niej bawiłem. Poza tym zapadły mi w pamięć ostatnie zadania Brytyjczyków, kończące grę. Tak szybkich, dynamicznych map już dawno nie widziałem. Wbiegamy do pokoju z kompanem, w pomieszczeniu czeka już na nas parę Niemców, z czego jeden trzyma panzerfausta. Jeden strzał z tej broni - i mieszkanie nie ma już sufitu.

Call of Duty: Roads to Victory

Oprawa stoi na przyzwoitym poziomie, zwłaszcza ta dźwiękowa. Mimo iż grałem bez słuchawek, dźwięk sączący się z maszynki był na bardzo wysokim poziomie. Dźwięk jest przestrzenny, przez co czułem się jakbym był w centrum bitwy. Odgłosy broni są mało realistyczne, lecz mimo to przyjemnie słucha się takiego MP44. Głosy naszych towarzyszy to istna perfekcja. Amerykanie mówią z jankeskim akcentem, Kanadyjczycy (zastępujący innych bohaterów serii, Rosjan) wyrażają się w swój specyficzny sposób, zaś każdy Brytyjczyk pokazuje, jak powinno używać się języka angielskiego. Niestety, grafika nie jest już tak dobra. Tekstury są rozmyte i szarobure, zaś modele niedopracowane. Irytuje to, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż możliwości PSP są bardzo podobne do PS2. Powiedzcie tedy, producenci - czemu grafika gier z Portable nie umywa się do tych ze starej konsoli Sony?

Poza kampaniami gra oferuje nam także multiplayer i bonusy. Ten pierwszy jest zwykłą rozgrywką przez Ad-Hoc (pomiędzy kilkoma PSP znajdującymi się maksymalnie kilkanaście metrów od siebie), która nie zawiera nic specjalnego. Niestety, gra nie obsługuje możliwości Infastructure, które dopracowane do granic możliwości ma konkurencja, Medal of Honor. Szkoda, biorąc pod uwagę, iż kampania jest niewiarygodnie krótka. Za to bonusy są już ciekawe, pozwalają poczytać o każdej broni lub maszynie występującej w grze. Informacje są dopracowane, ujawniają kilka interesujących szczegółów. Poza tym z menu można pobrać kilka tapet, lub włączyć ułatwienia - takie jak nieskończona amunicja, czy nieśmiertelność.

Call of Duty: Roads to Victory

Jeśli posiadacie PSP i zastanawiacie się nad kupnem jednej z tańszych gier (Roads to Victory jest raczej starą grą), odradzam właśnie przenośną wersję Call of Duty. Krótka, niedopracowana i brzydka - tymi słowami można określić najnowszą odsłonę serii. Tylko najwięksi fani mogą zainwestować w Drogi do zwycięstwa, reszta niech kupi coś porządniejszego. Choć może studio zabierze się za drugą część - wystarczy tylko poprawić grafikę, dodać Infastructure Multiplayer i znacznie przedłużyć grę. Wtedy zaś mielibyśmy do czynienia z jednym z lepszych FPS na konsolkę.