Kolejna mroźna noc, z zimnym, przenikającym wiatrem, z płatkami lodu spadającymi wolno z nieba oraz wody, która zamiast swej ciekłej substancji stała się błyszczącym, przenikającym kamieniem. Zewsząd widzialne były góry, które jakby na złość odchylały się, nie dając żadnej osłony przed wiatrem i śniegiem. Wszystko to oświetlał księżyc. Tak, w Rokuganie księżyc zawsze był w pełni.

Pośrodku gigantycznego wąwozu malutka postać grzęzła po pas przez te ogromne masy śniegu. Co chwila dygotała, ręce mając zaplecione na piersi. Mimo wszystko podróżowała w ciszy i skupieniu. Każdy , nawet wieśniak z najgorszych prowincji w zachodnich stronach Edo wiedział, jaki status społeczny ma ta postać. Hakama mokra od śniegu, rozerwana na kolanach oraz cała brudna i poszarpana stanowiła dolną część ubioru mężczyzny. Kamishimo, równie wyniszczony i podziurawiony powiewał na wietrze, dawniej dając osłonę przed takimi pułapkami pogody, teraz będąc jednak bezużyteczny. Całe kimono było w okropnym stanie. A to ujma dla samuraja. Z kolei samuraj bez godności, to nie samuraj. Więc kim był ów mężczyzna? Spod prowizorycznego rondla wykonanego z trzciny wydobywał się tylko dym z ust właściciela. Katana pobrzękiwała przy pasie mężczyzny, a tanto spoczywało na jego plecach. Ów samuraj nie miał jednak czegoś, czym ci legendarni wojownicy szczycili się najbardziej. Na jego ramieniu nie sposób było dojrzeć znaku mon, znaku jego klanu.

Mężczyzna przystanął. Rozejrzał się wokół, a jego przemarznięta, dygocząca ręka powędrowała w stronę klingi. W oddali majaczyła jakaś postać. Czarne kontury, zamazane przez spadające gęsto płatki śniegu. Cień poruszył się. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Zbliżał się do mężczyzny. Samuraj był opanowany. W rozluźnionej postawie, z bronią przy pasie czekał na kolejne ruchy tamtego bytu. Lecz prawda była zupełnie inna. Dzięki skrzyżowanym rękom na piersiach tylko centymetry dzieliły go od jego katany. A umiejętność zaskakiwania przeciwnika to ogromny dar.

- Yo! Co tam u ciebie, wielki samuraju?

Mężczyzna znał ten głos. Znał go za dobrze. Dłoń, ręka, ciało. Wszystko to zostało pobudzone przez czystą nienawiść. Przez emocję, której samuraj nie powinien znać, tym bardziej doświadczać. Przed nim stał mężczyzna w kapeluszu podobnym do jego własnego. W skromnych, lnianych spodniach oraz umiarkowanie długim, białym Kamishimo.

- Bombski-kun. Nie mów, że o mnie zapomniałeś. Jeżeli tak, moje serce wypełni się bólem - powiedział z ironią dziwny mężczyzna, a uśmiech wymalował się na jego lisiej twarzy.

- Shariko... - powiedział tylko, jakby do siebie samuraj, po czym jego dłoń dobyła katany.

Błyszczące ostrze, dobijające promienie księżyca rozcięło powietrze. Kroki samuraja zamieniły się w bieg, zaś pod stopami szeleścił śnieg. Górskie zbocze rozbrzmiało okrzykiem samuraja, biegnącego w stronę swojego oponenta.

Katany zderzyły się z ogromną siłą. Bombski zaciskał ręce na swojej stępionej, wiekowej już broni, zaś Shariko z wiecznym, fałszywym uśmiechem na ustach zblokował cios, trzymając swoją niestandardową katanę w jednej ręce.

- Jejku, jejku. Ta tułaczka cię wymęczyła, nie sądzisz? - powiedział wojownik z lisią twarzą, odskakując od samuraja i wykonując własne pchnięcie.

Cała kotlina rozbrzmiewała dźwiękami zderzającej się, najprzedniejszej stali. Dla niedoświadczonego obserwatora pojedynek mógł wydawać się wyrównany, lecz doświadczony w wojaczce mężczyzna od razu zauważyłby, że Bombski słabnie z każdym ciosem, zaś Shariko wręcz przeciwnie. Z okrutnym uśmiechem na ustach bawił się coraz lepiej. Chwilę potem pierwsza kropla krwi splamiła nieskazitelnie biały śnieg. Bombski, upadając na kolano, wypuścił swoją broń z ręki. Krew, wydobywająca się z jego łuku brwiowego oraz z ramienia nie pozwalała mu dalej walczyć.

- Dlaczego nie zostałeś? Boisz się śmierci, czyż nie? Boisz się zderzenia z własnym przeznaczeniem, boisz się wsiąść odpowiedzialność za swoje czyny? Dlatego wybrałeś banicję? - powiedział Shariko, a Bombski poczuł jego stal na własnym gardle. Stal tak samo chłodną, jak śnieg o tej porze roku.

- Sam mnie w to wpakowałeś - powiedział z nienawiścią w głosie ranny samuraj.

- To przez ciebie mój mistrz nie żyje. To przez ciebie mój ród stracił honor. To przez ciebie stałem się rōninem!

- Nie. Stałeś się tym, czym się stałeś jedynie przez własną chciwość. Nikt inny nie miał na to wpływu - stwierdził z wiecznie wymalowanym uśmiechem na twarzy Shariko.

- Gówno prawda - odpowiedział Bombski plując, okazując towarzyszowi brak szacunku.. W głębi ducha wiedział jednak, że jego oponent miał rację. Wtedy do uszu samuraja doleciało coś, czego w obecnej sytuacja najmniej się spodziewał.

- Gdybym chciał cię zabić, już dawno bym to zrobił. Przyszedłem tutaj dać ci szansę. Dać ci nowy początek. Będziesz robił to, co ja robię, będziesz plamił sobie ręce niegodziwą pracą, będziesz miał z tego bezczelnie ogromne zyski... no i będziesz żył. Kto jak to, ale ty masz ogromną chęć do życia. A zachłanny jesteś również jak nikt inny. Więc jak? - Shariko spojrzał w oczy Bombskiemu. Wyjący wiatr zagłuszył odpowiedź.

Kilka dni później Bombski wychodził z ogromnego klasztoru z mężczyzną o lisiej twarzy przy boku. Świetnie ubrany, z nienagannie ułożonymi włosami, oraz grawerowaną bronią przypiętą do pasa. Loon-shi, największy i najbardziej bezwzględny shogun przyjął go na okres próbny do swojej rodziny. Będzie wykonywał brudną robotę. Będzie zabijał ludzi, będzie ściągał podatki oraz będzie jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Rokuganie. Ale przynajmniej będzie żył. Bombski uśmiechnął się do Shariko, a sakiewka z monetami wisząca przy boku zabrzęczała, jakby w odpowiedzi. Ręka wiecznie uśmiechniętego mężczyzny znalazła się na ramieniu upadłego samuraja.

- Wkraczasz w nowy etap życia. Bombski-kun. Lepszy etap.