1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

Na pustyni Sonora w Meksyku odkryto kilka bombowców amerykańskich, które zaginęły ponad 30 lat, w 1945 w pobliżu Trójkąta Bermudzkiego. Podobnie na pustyni Gobi odnajduje się statek Cotpoaxi, który zaginął w równie dziwacznych okolicznościach. Obiekty są zachowane w idealnym stanie, jakby przeniesione w czasie, brakuje natomiast ludzi, którzy znajdowali się w środku.

Roy Neary wyrusza wieczorem swoją furgonetką, aby zbadać przyczynę zakłóceń energetycznych w stanie Indiana. Podczas podróży, jego statek zostaje oświetlony przez niewiarygodnie jasne światło. Elektryka wokół wysiada, samochód wariuje. Wkrótce wariuje też sam Roy. Opętuje go wizja góry o charakterystycznym kształcie, lecz biedak nie jest w stanie przypomnieć sobie gdzie ją widział. Wie jednak jedno - musi się tam dostać za wszelką cenę. Musi! W podobną obsesję wpada jeszcze kilkunastu Amerykanów, w tym Jillian Guiler, która w niezwykłych okolicznościach traci kilkuletniego syna. Tymczasem w całej Ameryce ludność obserwuje najdziwaczniejsze zjawiska świetlne.

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

"Bliskie spotkania trzeciego stopnia" to niezapomniana epopeja Stevena Spielberga. To co dzisiaj dzieje się z kinem jest parodią. Technologia się rozwija, a producenci wydają na filmy coraz więcej i więcej. A co śmieszne, nie budują już ogromnych obiektów, fikcyjnych miasteczek o powierzchni hektara. Dzisiaj, aby nakręcić film o, dajmy na to, starożytnym Egipcie wystarczy wysypać wiadro piasku na podłogę pomiędzy makietowymi zielonymi ścianami. Potem na piasku paraduje aktor w przebraniu faraona, a w postprodukcji dodajemy całą egipską metropolię w tle. A budżet filmu mimo takiej prostoty rozwiązań oscyluje w obszarach kilkudziesięciu milionów dolców.

Bliskie spotkania trzeciego stopnia
Bliskie spotkania trzeciego stopnia

I nie bez powodu zacząłem tę recenzję, rzec można, od dupy strony. Nie mam wątpliwości, że film jest starszy od większości czytelników Playbacku. I fabularnie może nudzić, bo filmy z tego okresu łączyła dość mozolnie rozwijająca się fabuła, ale faktem pozostaje, że to wciąż jeden z najlepszych filmów science fiction, jakie dotychczas powstały. A w mojej opinii najlepszy, jaki traktuje o tematyce obcych. I pomimo 30 lat od daty premiery, w ogóle nie uważam, aby efekty specjalne się zestarzały. Finałowa scena, z olbrzymim, ogromnym statkiem, to monumentalne przeżycie dla widza. Człowiekowi aż wszystko wibruje we wnętrzu, gdy patrzy na tę wbijającą w fotel scenę, która powala swym wykonaniem.

Sceptycy nie lubią Spielberga za mocno warsztatowe podejście do kina. Ja jednak nigdy nie wątpiłem ani w jego umiejętności, ani też w niewątpliwy talent. Spielberg jest geniuszem budowania napięcia, doskonale wie co zrobić, aby widz powoli spijał miód, jaki spływa z ekranu, by wreszcie oglądana na ekranie kulminacyjna scena wgniatała go w fotel, by otworzył z wrażenia szczękę i z podziwem spoglądał na to, co dzieje się przed jego oczami.

I wszystkie swoje umiejętności Spielberg jak najbardziej wykorzystał w "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia". I nawet ówczesny niski rozwój technologiczny (w porównaniu do czasów dzisiejszych) nie przeszkodził w zrealizowaniu godnych podziwu scen porwania małego Barry'ego przez obcych, tudzież wspomnianej sceny z przeogromnym statkiem kosmicznym.

I jeśli nikogo już nie zadziwiają żywe dinozaury na ekranie, King Kong szalejący na ulicach Nowego Yorku w latach 30., Neo walczący z setką agentów Smithów, powinien jak najbardziej obejrzeć sobie "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". A podczas seansu wziąć poprawkę na fakt, że film został nagrany w 1977 roku i podziwiać, co można było osiągnąć nie korzystając przesadnie z cyfrowych efektów specjalnych.