Ostatnimi czasy odnoszę wrażenie, że polska literatura schodzi na psy. Rzadko mi się już zdarza spotkać jakąś książkę ze świeżym pomysłem. Większość z ostatnich "dzieł" to kopiowanie tego, co już było wielokrotnie użyte. Niemałe było moje zdziwienie, gdy zacząłem zagłębiać się w przygody wyrwane wprost z narkotycznych wizji. Po paru rozdziałach zastanawiałem się już tylko, czy aby autor sam nie kurzył czegoś mocniejszego przy wymyślaniu kolejnych perypetii barwnych postaci.

"Błędy" początkowo zdają się być zlepkiem iście chaotycznych opowiadań. Akcja wszystkich historyjek toczy się w Poznaniu, tylko że za każdym razem tenże Poznań występuje w jakiś chorych wizjach. Mamy tu na przykład gościa, któremu wydaje się, że miasto opustoszało, czy też fana okultystycznych bredni kupującego przeklęte zdjęcie. Wiele opowiadanek to horrory tylko z nazwy, bo jeśli ktoś to uważa za przerażające, to chyba tylko autor. Przeczytałem masę książek choćby Grahama Mastertona i zdaję sobie sprawę, że z odpowiednio zapisanych kartek może w istocie wiać grozą. Tutaj mamy do czynienia z takim bardziej straszeniem "na lipę". Początkowy niesmak nieudanym straszeniem przechodzi, kiedy całość przeobraża się w istną komedię. Niemało się uśmiałem, kiedy facet ćpający pomarańcze wyobrażał sobie, że ogląda telewizję z misiem Yogi i kopie Pana Buta, który potem traci oko. Od tego momentu na prawie każdej następnej stronie mamy do czynienia z przeróżnymi zwariowanymi wizjami. Po jakimś czasie niektóre stają się nudne, ale np. karp układający debilne wiersze może ubawić.

Fabuła, jak widać, jest miejscami mocno pokręcona. Od połowy książki aż do jej końca ciągnie się główne opowiadanie, w którym można znaleźć jakieś elementy wspólne z poprzednimi, krótszymi historyjkami. Pomimo tego, że autor ma dość ciekawe wyobrażenia w niektórych tematach i mocno wybujałą fantazję, to jednak miejscami brakuje mu chyba odpowiedniego stylu literackiego. W trakcie lektury można dostrzec kilka prostych, szkolnych błędów, a miejscami po prostu wieje nudą.

Dziwi mnie częściowe łączenie różnych gatunków. Na początku autor bezskutecznie próbuje wystraszyć czytelnika, co wydaje mi się raczej śmieszne. Potem mamy do czynienia z absurdalną komedią. Podobnie jest z upodobaniami samych bohaterów. Część z nich słucha metalu, nurza się w satanistycznych poglądach i pije ciemne piwo, inni natomiast to dresiarze słuchający rapu i wciągający połowę dragów dostępnych na podwórku. Teoretycznie "co kto lubi", ale wątpię, żeby znalazł się ktoś, kto będzie potrafił się wczuć w te dwa skrajne klimaty.

Błędy

Dla niektórych wadą, a dla innych zaletą może być umieszczenie akcji w konkretnych, rzeczywistych miejscach. Mamy tu dość szczegółowe opisy dzielnic Poznania, wraz z opiniami na temat kursujących autobusów. Często pojawiają się też znane nazwy, choćby alkoholi czy sieci sklepów. To jeszcze jakoś można przełknąć - ci, którzy mieszkają w danych okolicach będą zadowoleni, bo przeczytają o tym, co znają. Pozostali mogą czuć się trochę zmieszani. Lekką tandetą i niskich lotów humorem zalatuje już przedstawianie znanych postaci o lekko zmienionych nazwiskach. Na widok ministra Zbigniewa Dobro czy Doroty Wabczewskiej nie ogarnął mnie śmiech, ale jedynie puste rozczarowanie.

"Błędy" to w istocie dziwna książka. Miejscami wciąga i przyprawia o dobry humor. Innym razem zalatuje kiczem i nudzi. Nie zaszkodzi przeczytać, jeśli ktoś chce zapchać czymś nudny wieczór. Ja natomiast cały czas się zastanawiam jakie ilości używek musiał pochłonąć autor, żeby wymyślić takie pokręcone historie.