1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Black Sabbath w Katowicach

Miesiąc temu mogliście na łamach Playbacku przeczytać recenzję kompilacji Black Sabbath: The Dio Years, która to (kompilacja, nie recenzja rzecz jasna) podsumowywała 3 albumy studyjne Ronniego Jamesa Dio i członków brytyjskiej grupy Black Sabbath w składzie: Tony Iommi (gitara), Geezer Butler (bas) oraz Billy Ward (perkusja; po nagraniu albumu Heaven and Hell zastąpił go Vinny Appice). W tekście pojawiła się również informacja, że grupa wyruszyła w trasę koncertową i już w czerwcu zawita do Polski. Konkretniej zaś - 19 czerwca do Warszawy, natomiast dzień później pojawi się w katowickim Spodku*.

I rzeczywiście - każdy z odpowiednią ilością gotówki (w moim przypadku było to 155 złociszy) mógł dostać się na koncert wiecznie żywej legendy hard rocka i wysłuchać takich kawałków jak E5150, Voodoo, czy Falling of the Edge of the World. Jak zapowiedział Tony Iommi - grupa wykonała jedynie utwory z płyt nagranych wspólnie z Dio, więc na Iron Mana czy tym bardziej Paranoida nie liczył chyba nikt. Nic to - w końcu zarówno Heaven and Hell, The Mob Rules, jak i Dehumanizer to płyty naprawdę dobre, pełne pomysłowych, ciężkich i charakterystycznych kompozycji. Również nagrane przy okazji The Dio Years The Devil Cried, Shadow of the Wind i Ear in the Wall prezentują się nad wyraz smakowicie. Jako że Katowice leżą zdecydowanie bliżej rodzimego Krakowa, postanowiłem wybrać się na koncert właśnie w tym miejscu.

Informacje o supporcie starannie przemilczano, nie wspominając o nim ani w notkach prasowych, ani, tym bardziej, na plakatach reklamujących widowisko. Black Sabbath wspomóc mieli polski Mech oraz Orange Goblin. I rzeczywiście - na krótko po otwarciu bram o 18:30 na scenę wkroczyli członkowie Mecha. Musieli czuć się naprawdę głupio, bo Spodek był niepokojąco pusty. Zarówno miejsca siedzące, jak i płyta (na której pojawili się... bracia Cugowscy, prywatnie fani muzyki Dio), prezentowały się żałośnie. Zespół nie zawiódł, ale nie zaprezentował się też specjalnie imponująco. Choć wygibasy wokalisty były całkiem zabawne, zaś on sam w złej formie nie był - występ położyły żenujące próby nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z publicznością (nieliczną, bowiem, wbrew zapowiedziom, koncert rozpoczął się na długo przed godziną 20:00! Zresztą, alternatywnie zabawne dowcipy wokalisty postanowiłem zamieścić w ramce obok). Grupa wykonała swoje największe przeboje, nie zabrakło Painkillera, Tasmanii i Brudnej Muzyki oraz, rzecz jasna, kilku ciepłych słów na temat nowej, przygotowywanej płyty.

O niebo lepiej wypadł Orange Goblin. Wyjątkowo ostre brzmienie, żywiołowo grające gitary i niesamowicie mocny wokal rozruszały coraz liczniejszą publikę. Masywny Ben Ward, popijając Lecha, po prostu znakomicie się bawił na scenie, co udzieliło się zresztą słuchaczom.

Czas jednak płynął i płynął. Ludzie początkowo ożywieni występem Orange Goblin zapuszczali korzenie, zapadali w hibernację, starzeli się, płodzili kolejnych i umierali... no, w każdym razie dość długo trwały przygotowania do wielkiego wejścia gwiazdy wieczoru. Panowie techniczni krzątali się po scenie, poprawiali wielką, czarną kurtynę, która zakrywała dotychczas scenę, zmuszając support do korzystania jedynie z jej części, przygotowywali sprzęt, sprawdzali nagłośnienie, światło... W efekcie lwia część publiki zaczęła wyprawiać się do punktu z napojami (notabene, niesamowicie drogimi, zważywszy na marny smak).

W końcu jednak kurtyna opadła, ukazując słynne anioły z okładki albumu Heaven and Hell w tle, rozbrzmiało instrumentalne E5150, po czym na scenie pojawili się muzycy, wykonując niemal z marszu The Mob Rules. Trzeba przyznać, że Dio zaskoczył (nie tylko przy okazji The Mob Rules zresztą) wyjątkowo intrygującą interpretacją. Włoch, po ćwierćwieczu od wydania albumu, potrafił tak wykonać utwór, aby zabrzmiał zupełnie inaczej, a zarazem przynajmniej równie dobrze, jak w chwili premiery.

Zaraz po zakończeniu piosenki Dio podziękował za ciepłe przyjęcie (co robił zresztą kilkarotnie, bowiem sala zanosiła się na przemian okrzykami "Dio" i "Black Sabbath") i zapowiedział następny kawałek - pierwszą piosenkę, jaką napisał razem z Iommim, Gezzerem i Wardem - Children of the Sea.

Dobór repertuaru wprawił mnie w mieszane uczucia. Z jednej strony nie zabrakło ani Heaven and Hell, ani Neon Knights (o których zaraz), pojawiły się Voodoo i Die Young (ze znakomitym wstępem Iommiego!), z drugiej - z wydanej niedawno kompilacji zaczerpnięto jedynie Shadow of the Wind, który, moim skromnym zdaniem, nie dorównuje ani The Devil Cried, ani najszybszemu Ear in the Wall. Zaprezentowano nie umieszczone na The Dio Years Computer God oraz niezwykle mocne, monumentalne Sign of the Southern Cross. Można było usłyszeć również świetne I. Zabrakło jedynie Country Girl, Lady Evil i After All (The Dead).

Najjaśniejszy punkt koncertu stanowiło długie, dwudziestominutowe Heaven and Hell (przyznaję, nieco się już dłużyło pod koniec), w które włączono niesamowite partie instrumentalne. Publiczność szalała, śpiewała razem z Dio, krzyczała. Sala trzęsła się w posadach. Dobrze spisali się technicy, o których pracy wspomnę zresztą za chwilę; nadali sztandarowej kompozycji zespołu niesamowitego rozmachu i klasy. Świetny show Dio zaserwował również przy okazji Voodoo. Mały Włoch skakał po scenie, żywo gestykulował, nawiązywał kontakt z publiką, zaś świetna i świeża interpretacja z całą pewnością zaskoczyła nawet najwierniejszych fanów. Na deser Ronnie wykonał fragment utworu acapella. Bawił się głosem, przechodząc z niesamowicie wysokich tonów do swego charakterystycznego "wycia". Całość wywarła piorunujące wrażenie!

Warto też wspomnieć o wprawiającej w osłupienie solówce Iommiego, który przez chwilę pozostał sam na scenie oraz niemniej imponujących popisach Vinny'ego Appice'a, który został postawiony w analogicznej sytuacji nieco wcześniej. Panowie pokazali, że pomimo wielu lat na scenie mocy pozazdrościć by im mogli znacznie młodsi muzycy. Na koniec udało się wyprosić bis - piekielnie szybkie Neon Knights. Później zaczęło się rzucanie w publiczność pałeczek i piórek Iommiego, o które ludzie się dosłownie zabijali.

Choć koncert nie trwał obiecanych przez Tony'ego dwóch godzin - nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek mógł mieć tym tytułem pretensje do grupy. Wiek muzyków wpłynął może na długość widowiska, ale na pewno nie na jego brzmienie. Stare kompozycje Sabbathów wciąż brzmią świeżo, naprawdę ostro i wciąż potrafią porwać tłumy tak starszych, jak i młodszych entuzjastów dobrej muzyki. Świetnie spisali się technicy, dzięki którym występ stał się wyjątkowo widowiskowy. Pojawiające się w trzech umieszczonych u góry oknach postaci, na bieżąco modyfikowane tło i niesamowite efekty świetlne znakomicie współgrały z muzyką.

Nietrudno chyba spostrzec, że występ udał się znakomicie. Heaven and Hell, a może raczej Black Sabbath nie zawiodło polskich fanów. Legendarna grupa, z niemniej legendarnym wokalistą, zaserwowała nam jeden z najciekawszych tegorocznych koncertów. Dio przydał temu zespołowi pewnej klasy, wręcz niemożliwej do uzyskania z Ozzy'm, który - mówiąc na marginesie - wyznaczając swoją tegoroczną trasę, starannie wyminął Polskę (zajechał nawet na zaprzyjaźnioną Litwę). Słowa nie oddadzą maestrii, świeżości i mocy tego, co dane mi było usłyszeć 20 czerwca w Katowicach. Pozostaje mi podsumować występ parafrazując jednego z użytkowników muzycznego lastfm - legenda to jednak legenda. I na zawsze nią pozostanie!

Playlista:

1.E5150

2.The Mob Rules

3.Children of the Sea

4.I

5.Sign of the Southern Cross

6.Voodoo

7.Drum Solo

8.Computer God

9.Falling of the Edge of the World

10.Shadow of the Wind

11.Die Young

12.Guitar Solo

13.Heaven and Hell

14.Neon Knights (bis)

* Zespół zagrał pod nazwą Heaven and Hell, ponieważ teraz właścicielem praw do nazwy Black Sabbath jest Ozzy Osbourne, który pomysł trasy koncertowej pobłogosławił, ale zastrzegł, że Black Sabbath to zespół wyłącznie z nim samym jako wokalistą.