1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Black Sabbath - The Dio Years

Co by nie mówić o praojcach heavy-metalu, brytyjskiej grupie Black Sabbath - tworzona przez nich muzyka bardzo zmieniała się na przestrzeni lat wraz z każdym, kolejnym wokalistą, który zasilał szeregi grupy. Black Sabbath w latach 70 to histeryczny wokal Ozzy'ego Osbourne'a, nisko grająca gitara i ponure, psychodeliczne kompozycje. Po roku 79., gdy zespół rozstał się z samozwańczym Księciem Ciemności, a do grupy dołączył dotychczasowy frontman założonej przez Ritchiego Blackmoore'a Rainbow - Ronnie James Dio zespół nie był już taki sam. Jak mówił Tony Iommi - gitarzysta, główny autor muzyki i tekstów - warunki wokalne Włocha zasadniczo różnią się od możliwości Ozzmana, co wymusiło na nim modyfikację metod pracy i przyzwyczajeń. I to naprawdę słychać!

The Dio Years

I rzeczywiście - albumów wydanych z Ronnie'm nie można postawić w jednym rzędzie obok twórczości grupy z lat 70. Nie znaczy to, że wyjątkowo ciężkie w brzmieniu i wymowie Heaven & Hell, Mob Rules oraz późniejszy Dehumanizer są w jakimkolwiek stopniu nieudane. Po dziś dzień trwa zresztą spór fanów o najlepszego frontmana Black Sabbath i jakby nie było, Dio potrafi lepiej operować głosem i, najzwyczajniej, technicznie stoi wyżej od Osbourne'a. Zespół za obu wokalistów odnosił sukcesy nieporównywalnie większe niż w czasach, gdy za mikrofonem stawał Tony Martin, czy Glenn Hughes (zaskakująco dobrze sprzedała się za to nagrana z wokalistą Deep Purple - Ianem Gillanem Born Again). Wydawnictwo Warner Music niedawno postanowiło przypomnieć nam romans Black Sabbath z małym Włochem o niesamowicie mocnym głosie. Na sklepowych półkach wylądowała bowiem kompilacja "The Dio Years" zawierająca najlepsze, zremasterowane kompozycje z wszystkich trzech płyt studyjnych, z których udało się wykroić 13 najbardziej uznanych (przynajmniej teoretycznie, o czym zaraz) kawałków.

Największą atrakcją płyty są jednak trzy zupełnie nowe utwory, które grupa ukończyła niemal pół roku temu. Tony Iommi, Dio, Geezer Butler (gitara basowa) i Vinny Apice (który zastąpił na perkusji Billy'ego Warda po nagraniu Heaven & Hell) tak dobrze bawili się przy tworzeniu The Devil Cried, Shadow of the Wind i Ear in the Wall, że zawiązali formację Heaven & Hell i wyruszyli w trasę, która objęła również Polskę (koncerty w Warszawie i katowickim Spodku już w czerwcu!). I trzeba przyznać, że zarówno stare, jak i nowe kawałki trzymają piekielnie wysoki poziom! Iommi wciąż potrafi zadziwić niesamowitymi solówkami, zaś Dio, pomimo dość posuniętego wieku i wielu lat spędzonych na scenie - także w nowych kompozycjach brzmi wprost niesamowicie.

Płytę rozpoczyna szybkie, wpadające w ucho Neon Knights, a później jest już tylko lepiej. Najwięcej, bo aż sześć utworów pochodzi z albumu Heaven & Hell. Choć ten "szósty" - ponoć pierwsza piosenka napisana wspólnie przez Iommiego i Dio, Children of the Sea to zapis z koncertu w San Antonio, który zaserwowano nam na koncertowym Live Evil (płycie tym cenniejszej, że można na niej usłyszeć Dio śpiewającego dawne przeboje Black Sabbath z Iron Manem, Paranoid, War Pigs i N.I.B na czele). Szkoda zresztą, że z LE zdecydowano się wziąć jedynie Children of the Sea, bowiem świetne wykonane Heaven & Hell, czy Voodoo tylko jeszcze bardziej ubarwiłyby The Dio Years.

Z pozostałych dwóch albumów studyjnych zaczerpnięto kolejno cztery utwory z Mob Rules oraz trzy z Dehumanizera. Trochę szkoda, że na płycie nie znalazło się miejsce dla krótkiego i niepokojącego, instrumentalnego E5150, który należał przecież do utworów najczęściej granych podczas koncertów Black Sabbath z Dio. Mi osobiście brakuje również Country Girl, które spokojnie można by wrzucić zamiast takiego Falling Off The Edge Of The World (pomimo znakomitego riffu w tymże), ale to już rzecz gustu.

Na deser pozostawiono nowe kompozycje. Duże wrażenie robi promujący album The Devil Cried (singiel ponoć sprzedaje się naprawdę dobrze!). Ciężki, przytłaczający, ciekawy nie tylko ze względu na brzmienie, ale również bardzo interesujący tekst (i stosunkowo zabawną i zaskakującą, choć jednocześnie zastanawiającą pointę). Shadow of the Wind to utwór jeszcze wolniejszy i jeszcze bardziej ponury. Uwagę przykuwa znakomity riff Iommiego. Album kończy zdecydowanie szybszy Ear in the Wall ze znakomitym refrenem. Aż szkoda, że EitW trwa krócej od poprzednich kawałków, bo zaledwie nieco ponad 4 minuty.

Black Sabbath: The Dio Years to prawdziwa esencja Black Sabbath. Cieszy, że obok uznanych Voodoo, Lady Evil, czy Die Young pojawiły się nowe kompozycje. Te trzy kawałki dowodzą bowiem, że Heaven & Hell (bo tak zwie się teraz formacja, w skład której wchodzą Appice, Iommi, Dio i Geezer) są gotowi na nagranie kolejnej płyty. Gratka zarówno dla kolekcjonerów, jak i dla ciekawskich, którzy chcieliby usłyszeć wciąż świeże (pomimo upływu tak wielu lat) kompozycje Black Sabbath, zupełnie inne od tego, czym entuzjaści hard rocka/heavy metalu są raczeni dziś. Klasyka przez naprawdę wielkie "K".

1. Neon Knights

2. Lady Evil

3. Heaven and Hell

4. Die Young

5. Lonely Is The Word

6. The Mob Rules

7. Turn Up The Night

8. voodoo

9. Falling Off The Edge Of The World

10. After All (The Dead)

11. TV Crimes

12. I

13. Children Of The Sea (Live)

14. The Devil Cried

15. Shadow of the Wind

16. Ear in the Wall