1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Battlefield: Bad Company

Obserwując branżowe poczynania i bolączki developerów, nie można uciekać się do określenia "sztuką" gry wybitnej. Na taki status naprawdę zasługuje wyłącznie kontynuacja danego tytułu, która jest nie tylko wierną kopią i powieleniem dotychczasowych schematów, ale czymś więcej. Bad Company wydaje się być takowym tytułem.

Znana szerokiej społeczności graczy seria Battlefield zdążyła zawitać niemalże na każdą dostępną platformę, czyniąc niemały zamęt w sieciowych rozgrywkach i portfelach rozochoconych graczy. Battlefield to zarazem jeden z czołowych filarów produkcji EA Games - marka, która mówi sama za siebie. W dobie konsol nowej generacji (uwielbiam to określenie) marketingowa papka ze strony developerów wydaje się być chlebem powszednim - wystarczy czytać/oglądać oficjalne zapowiedzi czy screenshoty. Jednak wbrew domysłom część tych obietnic wydaje się być bliska urzeczywistnieniu.

Battlefield: Bad Company

Bad Company to produkt całkowicie innowacyjny, biorąc pod uwagę większość aspektów znanych z poprzednich części. Już sam tryb Single Player daje poczucie "pełnoprawnej" gry - o ile dotychczas wydawał się przystawką, tak teraz stanowi konkretny kawałek szarpaniny, bowiem zdecydowano się na oprawienie wojennej zawieruchy w ramy fabularne. Nasza tożsamość to niejaki Preston Marlowe - najemny żołnierz, który wraz z kilkoma kompanami podejmuje się karkołomnych akcji, oczywiście za uiszczeniem sowitej zapłaty. Natomiast teren działań dotknie "bardzo dziki wschód" Europy.

Wyszukane pomysły twórców odnośnie nowych patentów zaspokoić ma nowy silnik graficzny - Frostbite, na którym będzie się opierać cała mechanika gry. Najczęściej padające słowo to "interaktywność" - co przekłada się głównie na nieograniczoną możliwość destrukcji. To z kolei wymusza na graczu wzmożoną ilość ruchu i znajdywania nowych, dogodnych pozycji - nietrudno więc sobie wyobrazić daną miejscówkę po kilku minutach wymiany ognia w towarzystwie jednostek zmechanizowanych. Dosłownie wszystko jest podatne na niszczycielską inwencję gracza, co stanowi smaczek sam w sobie. Od nas zależeć będzie, w jaki sposób pozbędziemy się wrogów - metodą cichego zabójcy a'la Sam Fisher lub bliskowschodniego samobójcy, wpadając wprost pod celownik oponenta. Zaś grafika to istny majstersztyk - począwszy od wykonania lokacji, kończąc na detalach uposażenia. Zmienne warunki pogodowe, pory dnia i nocy oraz bezkresne plansze dające ogromne pole do popisu amatorom wszelakich pojazdów, statków powietrznych i ciężkiej artylerii. Takowych "zabawek" jest naprawdę multum - wsparcie powietrzne na zasadzie podawanych współrzędnych, samonaprowadzające się rakiety etc.

Battlefield: Bad Company

Tryb multiplayer? Niespełna dwa miesiące przed premierą, zaś sam developer niespecjalnie kwapi się do udzielenia konkretnych informacji. Co do jednego można mieć pewność - jeśli jakikolwiek aspekt miałby ulec zmianie, to na pewno odbędzie się to z korzyścią dla gracza. Co ciekawe, metodą na szybkie zregenerowanie nadszarpniętego życia nie będzie znane wszem i wobec "przeczekanie w bezpiecznym miejscu" - w tym przypadku użyteczna okaże się solidna dawka wstrzykniętej adrenaliny. Udźwiękowienie (podobnie jak reszta elementów składających się na całość) to różnorodny wachlarz wybuchów, strzałów i podobnego akompaniamentu. Kolejnym zadziwiającym wręcz oświadczeniem jest to ze strony "odpowiedzialnego" za oprawę audio - otóż zakradający się z tyłu przeciwnik nie pozostanie nieusłyszany, co niejako warunkuje szanse "przeżycia".

Battlefield: Bad Company

Co by nie mówić - sam tytuł nie pozostawia wątpliwości co do ostatecznej jakości produktu, który dane będzie nam ujrzeć w najbliższym czasie. Single Player z prawdziwego zdarzenia, miażdżący multiplayer, no i to wszystko podane w nienagannej oprawie audio-video.

Battlefield: Bad Company