Ostatnio zastanawiałem się, co bym zrobił bez biblioteki. Lubię książki i uważam je za raczej stały fragment mojej egzystencji - ciekawsze, grubsze, cieńsze, gorsze, lepsze, ale zawsze są. Nie chcę się dziś rozwodzić nad ich rolą, ale zwrócić uwagę na to, skąd je biorę. Staram się kupować regularnie, ale robię to, można rzec, z przymusu. I nie chodzi o to, że nie mogę sobie na nie pozwolić - po prostu nie lubię tłocznych księgarni. Mogę je niby zamawiać drogą pocztową, co by nawet świetnie współgrało z moim lenistwem, ale z drugiej strony nienawidzę czekać na przesyłki - kolejny zgrzyt. Na szczęście jest lekarstwo na moje bolączki - biblioteka. Akurat mam to szczęście, że w mojej dzielnicy położona w malowniczym parku. Ale o tym innym razem, teraz o jednym z moich wielu zwyczajów, może nawet już nawyków…

Czasem, odwiedzając bibliotekę w celu wypożyczenia kolejnej porcji czytadeł do "obalenia", snuję się po niej, nie szukając niczego konkretnego - przemykam od działu do działu, przelatuję wzrokiem grzbiety książek na półkach i szukam właściwego egzemplarza z czerwoną literą F (bo tak właśnie lokalna biblioteka uznała za stosowne wyróżnić dzieła spod znaku fantastyki). W końcu biorę coś z działu naszych braci ze wschodu, a dokładniej - z literatury rosyjskiej. Lubię od czasu do czasu stosować tę loteryjkę. Ważne, żeby nie brać żadnego opasłego tomiszcza, bo jeśli okaże się nieciekawe, to tylko szkoda czasu.

Tym razem trafiłem na Siergieja Łukianienkę. "Atomowy sen" - trzy opowiadania. Miło, lubię jego książki, tej jeszcze nie czytałem, więc dobrze się składa.

Pierwsze opowiadanie - "Przezroczyste witraże" - to Rosja przyszłości, gdzie ludzie mają dostęp do wirtualnej rzeczywistości, zwanej Głębią. Właśnie tam powstaje pierwsze wirtualne więzienie, w którym rząd ma rzekomo przeprowadzać eksperymenty na ludziach. Sprawą tą zajmuje się młoda prawniczka, której chcą pomóc mityczni hakerzy, legendy Głębi, nazywani Nurkami. Z pozoru ciekawe, ale ciągle miałem wrażenie jakiejś takiej prostoty i płytkości, zabrakło mi drugiego dna - miałem nieodparte wrażenie, że ktoś złośliwie wyrwał te kilka ostatnich kartek, zawierających meritum. A może tak miało być? Możliwe...

"Cienie snów", bo taki właśnie enigmatyczny tytuł nosi drugie opowiadanie, to historia samotnego nieudacznika i pechowca, który cały życie chce się wydostać z rodzimej planety i snuje marzenia o podróżach w kosmosie. Kiedy w końcu ma okazję uciec, rezygnuje, dzięki czemu staje się świadkiem niezwykłych wydarzeń, które pomagają mu poznać samego siebie. Ta historia spodobała mi się bardzo, zwłaszcza kreacja głównego bohatera, którego życie zdaje się być jakieś puste, a już na pewno smutne. Miota się on nieustannie w szarej codzienności, czekając na coś nieokreślonego, nie dającego się opisać słowami, a bez czego nie będzie w stanie dłużej żyć. Łukianienko pokazuje tutaj, jak ciężka i jałowa może być nasza wędrówka po tym świecie. Jak dla mnie najlepsza partia tego wydania - prawdziwe życie ubrane w malownicze opowiadanie, podszyte refleksją, czyli to, co lubię najbardziej.

Atomowy Sen

Wieńczący ten tomik "Atomowy sen" to już typowe post-nuklearne realia, gdzie ludzie walczą o przetrwanie, przyroda została okaleczona przez promieniowanie, a samozwańcze sekty walczą o władzę. Jednak jest jeszcze ktoś - ludzie, którzy wyrzekli się człowieczeństwa i nazwali siebie samych Smokami, a przez swoje okrucieństwo stali się postrachem dla wszystkich. Autor przedstawia nam historię jednego z nich, Smo, który pomagając młodemu chłopakowi przypomina sobie, czym jest dobro. Muszę przyznać, że to opowiadanie mnie zachwyciło. Jest idealnym przykładem tego, co rosyjski pisarz-fantasta może zrobić z pozornie banalną historią, przepuszczając ją przez pryzmat swojego kunsztu.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Autor nie zaskakuje nową konwencją opowiadania, i dobrze, bo wciąż są to świetnie napisane obrazki refleksyjno-moralizatorskie. Osobiście powiem, że pierwsze opowiadanie nie przypadło mi do gustu, ale to tylko moje zdanie... de gustibus non disputandum est. Jak ktoś nie miał jeszcze styczności z tym autorem, to ten tytuł szczególnie polecam - zetkniecie się tutaj z zupełnie innym, moim zdaniem ciekawszym, obliczem Łukianienki.

I jeszcze na koniec fragment, który szczególnie mi się spodobał:

"Byłam z rodzicami nad morzem i leżąc na plecach patrzyłam w górę. Niebo było bezdenne i czyste, i pomyślałam, że można w nie spaść. Oderwać się od gorącego piasku, machnąć rękami i polecieć w górę - w niebo, które stanie się przepaścią. A nad głową zawiruje przekręcona ziemia i płaczący rodzice, i zadarte głowy gapiów, i kołyszące gałęziami drzewa. Oni nie spadną w niebo, bo nie wiedzą, że można w nie spaść..."