Zauważyłem u siebie pewne znużenie monotematycznością u tak popularnych autorów jak Piekara czy Pilipiuk. Z dużo większym zapałem pochłaniałem "Przenajświętszą Rzeczpospolitą" czy opisywaną tu "Alicję" Piekary oraz "Operację Dzień Wskrzeszenia" Pilipiuka niż zbiory opowiadań o Mordimerze Madderinie czy Jakubie Wędrowyczu, z jakich słyną obaj panowie.

Alicja

Autorów tych, zwłaszcza Piekarę, lubię jednak i cenię. Dlatego też, przystępując do napisania tej recenzji, zastanawiałem się przez chwilę czy Alicja faktycznie jest książką tak dobrą, czy może jestem zaślepiony samym nazwiskiem. Doszedłem jednak do wniosku, że prawidłową jest opcja pierwsza. I to nie dlatego, że przeczytałem "Alicję" praktycznie za jednym zamachem, ale dlatego, że po skończonej lekturze wciąż miałem ochotę coś jeszcze poczytać, a pomimo 4 nietkniętych książek na półce stwierdziłem, że nic ciekawego do czytania nie mam :).

W Alicji poznajemy Aleksa - nieudacznika z wyboru, który zrezygnował z dobrze płatnej pracy dziennikarza na rzecz zostania scenarzystą filmowym. Prowadzi tryb życia, który plasuje się poniżej przeciętnej - przez większość dnia siedzi w obskurnym mieszkaniu warszawskiej kamienicy przed ekranem komputera, poprawiając swój scenariusz i jedząc cokolwiek. Aż wreszcie któregoś dnia okno jego mieszkania rozbija piłka rzucona nieuważnie przez którąś z bawiącym się przed domem dziewczynek. W taki sposób Aleks poznaje Alicję, która w ciągu kilku tygodni zmienia całe jego życie.

Nie, w książce nie ma żadnych aluzji do Alicji w Krainie Czarów. Alicja to po prostu imię kilkunastoletniej dziewczynki, która przychodzi do Aleksa napić się herbaty i porozmawiać. A co najważniejsze - i za co jestem autorowi najbardziej chyba wdzięczny - pomimo, że zmienia całe życie bohatera na lepsze, nie oznacza to wcale, że ma jakieś nadprzyrodzone zdolności, dzięki którym nagradza dobrych i skrzywdzonych przez los ludzi niewiarygodnym szczęściem. I tak Aleks poznaje piękną kobietę, której zawsze przyglądał się na przejściu dla pieszych nie dlatego, że nagle spojrzała w jego kierunku i ujrzała mężczyznę swoich marzeń, ale dlatego, że… Alicja namówiła ją na kawę z Aleksem!

To daje książce pewien głębszy sens. Bo w tym wypadku autor ma nie tylko ciekawą historię do opowiedzenia (bo zaiste, jest to ciekawa książka), ale także coś do przekazania. Alicja jest czymś, czego niektórym z nas zawsze brakowało i jest najlepszym przykładem na to, że czasem trzeba po prostu zrobić krok naprzód. Najnowsza powieść Piekary jest też historią o wytrwałości. Bo, jak napisałem wcześniej, Aleks jest nieudacznikiem z wyboru - mimo że w każdej chwili może wrócić do dobrze płatnej posady, trzyma się swoich ideałów i śmierdzącego mieszkania. I wciąż poprawia scenariusz, kastrując swój pomysł na wszelkie sposoby.

Jacek Piekara zdaje się być pisarzem doskonale rozumiejącym czytelnika. Nie zamęcza go pierdołami i rozwlekłymi opisami, ale to z kolei wcale nie oznacza, że pisze ubogim językiem. Nie ma tu opisów, że drzewo ma korę i liście, i że to jest piękne. Akapity nie popychające akcji do przodu ograniczone są do przyswajalnego minimum, a do tego rozpisane tak miękko, że nawet najbardziej nerwowemu czytelnikowi nie będą one w żaden sposób przeszkazać. Tak jak w Przenajświętszej Rzeczpospolitej, gdzie chłonąłem każde zdanie i każdy akapit, przewracając stronę za stroną i jednocześnie nie mieszało mi się w głowie od jakichś dziwacznych nazwisk, wydarzeń czy aluzji. Tak powinien pisać każdy.