Schodziłem ciągle w dół korytarzem wybitym w litej skale, ściskając w obu dłoniach mojego "Xanasa" - miecz dziedziczony w moim rodzie od dziesiątków pokoleń. Gdzieniegdzie wiszące na ścianach korytarza pochodnie chybotliwym płomieniem oświetlały drogę, niejako przy okazji okazując widoczne na ścianach napisy różnorakiej treści, nie do końca dla mnie zrozumiałe, jak chociażby "Wacek to cudowne dziecko dwóch pedałów, a Legia Pany!", albo "Zośka it whore", lub "Byliśmy tu - Rycerstwo Płockie!". A co chodziło Autorom tych inskrypcji, co chcieli po sobie pozostawić zmierzając na spotkanie z Abraxasem? Z dwoma pedałami kojarzy mi się tylko rower, ale co ma do tego Legia? I nie dowiem się nigdy, kim była Zośka, bo reszta inskrypcji w obcym języku jest. Po rycerzach spotkam zapewne tylko ich szkielety i resztki bezwartościowego ekwipunku, bo ten wartościowy zawsze zabierał Abraxas. Dotychczas nikt żywy nie wyszedł ze spotkania z tym Monstrum. Pod napisami onymi leżały nieprzebrane sterty śmieci wszelakich, niby po koncercie "Ich Troje" i do tego śmierdziało setnie. Faktycznie powoli smród stawał się niemal fizycznie bolesny - zbliżałem się do celu mojej podróży. Miałem tylko jedną alternatywę, albo po spotkaniu z Abraxasem wyjdę na świat drogą, którą tu przybyłem bogatszy o sławę i skarby tego drania, albo nie wyjdę w ogóle - innych opcji brak. Wiedziony impulsem końcem sztyletu wyryłem w miękkim piaskowcu, osmolonym płomieniem pochodni napis ku upamiętnieniu mojego tu pobytu "Zagłębie Sosnowiec - I liga!". Postawiłem wykrzyknik i dziarsko dzierżąc miecz wkroczyłem do komnaty.

Był tu. Olbrzymi, wysoki na sześć metrów Smok o łusce czerwonokrwistej i złych metalicznie opalizujących żółtych oczach. Siedział wygodnie oparty plecami o skałę, z przednimi łapami o wielkich pazurach złożonymi na brzuchu i wielce ironicznie mi się przyglądał.

- Następny do sławy? No i mojej kasy? - ni zapytał, ni stwierdził Abraxas, bez cienia gniewu w głosie - niczego nie jesteście w stanie się nauczyć? Ilu jeszcze musi z Was zginąć, abyście durnie nauczyli się tolerancji, że smok też Człowiek jest!

- Abraxasie! Mówisz ludzką mową?! - Krzyknąłem zaskoczony i udając wielkie uradowanie miecz umieściłem w pochwie na trokach i sięgnąłem za pazuchę, wyciągając stamtąd flaszę szklaną o pojemności trzech kwart skrywającą napitek o nazwie "Starogardzka", nabyty przeze mnie w ramach promocji w kramie "Biedronka", a którego kmiecie zwykli używali głównie do pozbawienia się przytomności. Wymyśliłem, bowiem sobie, że jeśli tym płynem uda mi się Smoka napoić to w mękach on zginie, a o to tylko przecież chodziło!

- A dlaczego miałbym nie mówić? - Zdziwił się niepomiernie, Abraxas - przed wiekami ludzie i smoki żyli razem na ziemi w przyjaźni wielkiej! Co Ty! W Spell Force'a nie grałeś?! I co trzymasz w tych rękach?

- Bałem się i boję się Ciebie Wielki Abraxasie, ale gościniec, znaczy się prezent przyniosłem! Wszyscy ludzie Pokoju z Tobą chcą i dali mi to, co najlepsze, by Zgodę przypieczętować - łgałem jak z nut, kierując flaszę w wyciągniętych ramionach w stronę Smoka. Jak się połapie jestem trupem, ale co to zmienia? Aby go pokonać mieczem, dawałem sobie mniejsze szanse, niż na mistrzostwo Naszej Krainy w szmaciance, zwanej gałą.

Abraxas z delikatnością, o jaką bym go nie podejrzewał wziął z rąk moich drżących flaszę, pazurem usunął gałgan zamykający otwór i zbliżył do nozdrzy. - No to po mnie! - Pomyślałem z melancholią, - ale i tak miałem fajne życie, gdyby nie aktualny Władca Krainy zwany Kwakiem I, lub Kwakiem Starszym! Kwak II, lub jak go zwali Kwak Młodszy był jego następcą i zastępcą, ale mnie to nie robiło specjalnej różnicy. Pora umierać. Zamknąłem oczy w oczekiwaniu na to, co Nieuchronne i Nieodwracalne. Usłyszałem bulgot wlewanego płynu w trzewia Smoka, potem nastąpiło potężne beknięcie, którego echo oberwało wielki stalaktyt u wejścia do komnaty. - Niech zdechnie!!! Jasna niebieska, za mało przyniosłem okowity, by go przepaliła! - Z rozpaczą wyłem w głosie.

- Zbliż się mały Człowieczku i przestań się trząść, jak zakąska z galarety - anielskim głosem zwrócił się do mnie Abraxas - Dobre to, na chwałę miliona smoczych rodów tego świata! Niechaj Zgoda będzie, ale raz w tygodniu Ty sam przynosił mi będziesz flaszy takich sześć! A ja nagradzać Cię będę moją przyjaźnią i tym żółtym żelastwem, co Wam, Ludziom we łbie tak przewraca! Wyciągnij obie dłonie!

Posłusznie wyciągnąłem obie dłonie i poczułem w nich, jakże miły chłodny dotyk.

- "Aro"! Budź Pana! Już 4.30 i spóźni się do pracy - z oddali usłyszałem głos mojej Ukochanej Żony. Nos mojego psa, zimny naturalną wilgocią wbijał się w mój policzek. Nieprzytomny siadłem na łóżku wodząc dookoła niewidzącym wzrokiem i usłyszałem: - Do której grałeś w Obliviona? Pewno do drugiej w nocy! Od tych "erpegów", to Ty kiedyś w inną rzeczywistość się przeniesiesz!