1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

8 momentów GTA: San Andreas [publi]

Podczas rozgrywki w San Andreas dzieje się naprawdę wiele, ale pewnie zdarzyły się takie fragmenty gry, które szczególnie zapadły Wam w pamięć. Mi zdarzyły i oto, jak zwykle, subiektywne do bólu zestawienie najlepszych z nich.

Oh yeah, he's real gangsta now

Jeffrey... o, pardon, OG Loc - chyba najbardziej komiczna z postaci występujących w GTA: SA. Poznajemy go podczas naszego pobytu w Los Santos, gdy razem z ziomkami odbieramy go z pudła. Wita nas słowami: "It's OG Loc, homie. OG Loc!", a na standardowe pytanie "jak było" reaguje nieco... impulsywnie. Wkrótce dowiadujemy się, dlaczego. Wpierw jednak oznajmia nam, że kurator załatwił mu robotę. Przed objęciem stanowiska "hygiene technician" jednak chce załatwić drobne porachunki z jednym madafaką. I wszystko staje się jasne: "I like the fast ass, not the slow ass". I za te słowa Jeff... Loc nie daje mu szans na kontynuowanie kariery więziennego lowelasa.

Jak na oficjalne tłumaczenie Cenegi - całkiem mięsiste

Po odstawieniu ziomka do miejsca pracy (czyli baru Burger Shot), otrzymujemy od niego serię zadań, dzięki którym chce on zostać "real gangsta" raperem. Brakuje mu jedynie dobrego nagłośnienia, inspiracji, wyeliminowania konkurencji i... talentu. A tego Bozia mu poskąpiła, i to bardzo. Niestety, testuje on swoje anty-umiejętności w sklejaniu rymów na kumplach, czyli również na nas. Udaje mu się jednak osiągnąć sukces, nawet zdarza się nam słyszeć go pomiędzy utworami w Radio Los Santos. Na szczęście, sława ta nie trwa zbyt długo (nawet nie zgadniecie, kto maczał w tym palce...)

...as our reporter said - some crazy asshole have just killed fifty two people in the...

Taaak, oto prawdziwa esencja wszystkich części GTA - rozróba! I nie mówcie, że jest inaczej. Że pomiędzy misjami nie lubicie zgnębić parunastu przechodniów. Ot tak, dla hecy. Że w przypływie gniewu po nieudanej misji nie taranujecie jadącego obok auta lub że po zdobyciu nowej spluwy nie testujecie jej na każdym, kto dostąpi tego zaszczytu (czyt. kto stanie nam na drodze). Parafrazując Sage (prowadzącą audycję w Radio X) - "If you disagree - please, die".

Ależ Panie Władzo, to się da wyklepać...

Metody są różne, powody jednak zawsze takie same - chęć zniszczenia i rozładowania złości. Stymulujący zapach prochu oraz widok wszechobecnej krwi i odpadających kończyn - to jest to, czego pragną faceci! W momencie pojawienia się na rynku GTA 3 każdy mógł spełnić swoje... fantazje o rzezi wszystkich wokół - zwykłych przechodniów. Oczywiście już wraz z premierą pierwszej części GTA można było to robić, ale nic nie sprawia takiej satysfakcji jak spojrzenie swej ofierze w twarz, która za chwilę zostanie zmasakrowana. Tak, wiem, psychol ze mnie. Ale w końcu lepiej wyżyć się w ten sposób na ekranie monitora / telewizora niż na własnym podwórku, nieprawdaż?

Jednak nasze zapędy dość szybko próbuje ukrócić policja i inne służby porządkowe (bynajmniej nie MPO), ale musicie wiedzieć, że zabawa z nimi w kotka i myszkę to świetna rozrywka. Nic tak nie krzepi, jak pościg, w czasie którego mkniemy motorem pomiędzy samochodami, podczas gdy radiowozy blokują się w korku. To nic, że za byle zarysowanie wózka Pana Władzy strzelają do nas jak do kaczek, ale...

Watch where you goin', fool!

Nie wiem jak Wam, ale mi poruszanie się po trójwymiarowym świecie Wielkiej Kradzieży Aut zawsze sprawiało nielichą radość. W trójce głównie dlatego, że to było coś nowego i świeżego - niczym nieskrępowana przyjemność jechania, gdzie się chce i po co się chce (choć, jakby nie patrzeć, celów w Liberty City za wiele nie było). W Vice City głównie za świetny klimat szalonych lat 80. oraz świetnie zarysowane różnice pomiędzy dzielnicami - od sprawiającego wrażenie wszechobecnego luzu pierwszej wyspy, przez slumsy w Little Haiti i Little Havana, po nieco bardziej "oficjalne" Downtown. Wydawać by się mogło, że to samo przyciąga w San Andreas, jednak... to nie do końca tak. Otóż zróżnicowanie całego stanu sprawia kłopot w postaci rozmiaru - po prostu mało kiedy mamy ochotę dymać z Los Santos do San Fierro, szczególnie że droga ta wcale nie jest taka prosta i trzeba lawirować trasami, które w Polsce nazywa się często autostradami, a w USA niemalże drogami polnymi. W GTA: SA przeogromną radość sprawia samo oglądanie ruchu ulicznego. We wcześniejszych odsłonach - gdziekolwiek nie pojechaliśmy, wszyscy uczestnicy ruchu drogowego poruszali się jak po sznurku, a wszystkich ich mogliśmy spokojnie wyprzedzić skuterem o przebitych oponach. Tutaj nasi mistrze kierownicy nagle przyspieszają poza terenem zabudowanym. Ba, trafiają i się oszołomy, ganiające ponad stówą w centrum miasta. Jadąc na motorze (ach, byłby temat na kolejny akapit, ale jeszcze oskarżycie mnie o wodolejstwo. Więc tylko dam Wam małą radę - gdy obok Was będzie stał nowiuteńki, jeszcze bez zdjętej metki Cheetah oraz wysłużony, wytarty, cuchnący tytoniem Freeway - bierzcie ten drugi.) trzeba więc naprawdę uważać.

Relaksujący, wieczorny spacer...

Ale, ale - jak powszechnie wiadomo, zbyt szybka (zbyt wolna zresztą też, czego przykład mieliśmy w "trójce" i VC) jazda sprzyja różnorakim kolizjom, stłuczkom, wypadkom. To wszystko tu zobaczymy, co więcej - będziemy w tym uczestniczyć. O ile oczywiście pechowo przyładujemy jakiemuś klientowi w bagażnik lub zatrzymamy się w tak pięknych okolicznościach przyrody. I tego... i niepowtarzalnej... Ja jednak podczas rozgrywki preferowałem inny wariant zabawy - stawiałem auto w poprzek drogi, odbiegałem na pobocze i patrzyłem, jak reszta się morduje, obijając wszystkie wozy wokół. Co bardziej krewcy kierowcy nawet wyprzedzają firmy ubezpieczeniowe i sami próbują wymierzać sprawiedliwość. A jak któryś ma broń palną, robi się wesoło.

No i nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy to z nudów próbowałem pomóc stróżom prawa w schwytaniu jakiegoś motocyklisty na obwodnicy. Ja mu grzecznie zajeżdżam drogę, próbuję zatrzymać, a mundurowi wzięli i zwyczajnie wy... walili się z mostu prosto do rzeki. Dodam tylko, że jechali radiowozem z napędem 4x4. No i, panie, kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy. Społeczeństwo!

Dude, chill the fuck out!

No i mamy kolejny oryginał w na... to jest - moim zestawieniu. The Truth - trudno jest tak naprawdę powiedzieć o nim coś obiektywnego. Bo "wyglądający na wiecznie po grzybkach gościa, który jest już za stary na bycie hipisem" to już opinia. Ale cóż więcej można wspomnieć? Spotykamy go w motelu w Angel Pine, gdy ten "obsługuje" oficera Tennpenny'ego (no co? Każdy gliniarz potrzebuje nieco relaksu przy fajce wodnej). Już od początku daje się poznać jako ekscentryk, a dalsze przygody tylko to potwierdzają. Tak samo to, że ma on bzika na punkcie teorii spiskowych.

Jeśli Truth czegoś nie wie, nikt tego nie wie

Misje przez niego zlecane można określić mianem... niecodziennych. Już pierwsza z nich, Body Harvest, to misja, rzekłbym, relaksująca. Mianowicie chodzi o to, że musimy ukraść kombajn z położonej niedaleko farmy. Atrakcją samą w sobie podczas zadania jest fakt, że możemy w swe "szpony" złapać pobliskich wieśniaków, zawzięcie broniących swego dobytku. Ech, naiwni. W życiu nie widziałem snopa z kości i jelit. Nie gorzej jest i później - to dla niego będziemy palić zioło (żeby mundurowi nie przejęli, rzecz jasna), kraść tajne rządowe projekty i słoiki z zieloną mazią. Mr. Truth będzie naszym towarzyszem praktycznie do końca gry, niejednokrotnie jednak nas opuszczając bez słowa.

Grove for life, nigga!

Kochamy San Andreas za klimat. Oczywiście, że kochamy. A z racji mej niegdysiejszej fascynacji kulturą hip-hopu ja kocham go tym bardziej. Zresztą, zamiłowanie do luźnych ciuchów i przeróżnych 'fucków' i 'shitów' zostało mi do dziś. Upalone w gandzi i prochu Los Santos to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc na mym komputerowym globusie, nie umywa się do niego nawet Vice City. Wojny gangów w połowie lat 90. to wręcz idealny temat na grę pokroju GTA i tutaj udało się ten fakt świetnie wykorzystać. Może nie w 100%, ale wszak nie można mieć wszystkiego. Szkoda tylko, że atmosfera getta później się rozpływa (czyli wtedy, gdy pojawiają się pieniądze, zupełnie jak w życiu).

Ziomki, nie obijać się!

Prowadzeni przez Sweeta, Smoke'a i Rydera poznajemy tajniki bycia prawdziwym madafaką. By mieć poczucie władzy wcale nie musimy robić z siebie herosa, prężącego klatę na nadciągający deszcz pocisków - we końcu od czego mamy swoich ziomków? Wraz ze wzrostem poziomu respektu w dzielnicy, możemy ich rekrutować coraz więcej. Wtedy stają się naszymi towarzyszami broni. Najlepszym i najefektowniejszym z możliwych wyjść jest ściągnięcie trzech homies i wożenie się po mieście. Nic tak nie odpręża jak drive-by o poranku - widok kogokolwiek z wrogiego gangu to sygnał dla naszych kumpli, by zaczęli strzelać. Piękny widok, ale jeszcze piękniejszy jest widok członka wrogiego gangu, wyciąganego z auta i następnie rozstrzelanego przez naszych ziomków.

A wjeżdżając na kwadrat, nie zapomnij dać się zranić goniącemu Cię gliniarzowi - noszący barwy naszego gangu nie pozostaną dłużni. To się nazywa solidarność! Nie to co np. w San Fierro, gdzie przy odrobinie pecha dupę może Ci odstrzelić nawet członek Yakuzy (dla której, oczywiście, pracujemy).

Sorry, babe. I'm an ambitious girl...

Catalinie jakoś nigdy specjalnie dobrze z oczu nie patrzyło, to wiedzą wszyscy, którzy grali w GTA 3. Tam wyrolowała Claude'a Speeda. Choć w sumie trochę ją rozumiem, która kobieta chciałaby się wiązać z niemową? W SA wprawdzie CJ-a ona nie wykiwała, ale gdyby tylko mogła, to z pewnością tak by uczyniła. I pomyśleć, że to Cesar poznał nas ze swą zwariowaną kuzynką.

To właśnie z Cataliną CJ tworzy niezapomniany, niepokonany duet, który stał się postrachem całego stanu. Z jej pomocą obrabujemy niejeden lokal, w tym i bank. Tak, ci, którzy dobrze pamiętają początek GTA 3, mogą mieć uprzedzenia, ale Catalina okazała się w miarę uczciwą osobą i odpaliła CJ-owi sprawiedliwą działkę. A płomienie miłości szaleją...

Tak wyglądała Catalina w GTA 3. Postarzała się, bidulka

No właśnie, uśmiech z twarzy nie schodził graczowi, gdy widział ją, z trudem wypowiadającą słowa "I think I love you" - oczywiście celując z dziewiątki w Carla leżącego na ziemi. Jednak widząc ją w każdej innej sytuacji, zaczynamy pojmować znaczenie słowa "domina". Ale CJ okazuje się dla latynoski niewystarczająco energiczny - zostawia go ona dla wspomnianego Claude'a. Podobno dlatego, iż został on hojnie obdarzony przez Matkę Naturę. Nie żebym miał kompleksy, czy coś...

No i nasza uciekająca panna młoda wraz ze Speedem oddaje nam w ramach wygranej w wyścigach garaż w San Fierro. To tam zaczynamy w tymże mieście naszą działalność prze... to jest, gospodarczą, oczywiście.

You're always welcome in my casino

W VC był napad na bank, więc w SA mamy napad na kasyno. Zrealizowany jest on bardzo podobnie do tego w swej poprzedniczce, na zasadzie misji niekoniecznych dla rozwoju fabuły.

Całą sprawę obgadujemy w kasynie Wooziego, znanego nam bossa Yakuzy. Całkiem ciekawy z niego oryginał, swoją drogą. Udostępnia nam on jedno z "pomieszczeń gospodarczych" do zaplanowania przedsięwzięcia. Wiążą się z tym różne śmieszne sytuacje jak np. jeden z dialogów wymieniony w ramce po prawej stronie.

Stevie Wonder? Nie jesteś na to za młody, Carl?

W VC jednak zadania polegały na zdobywaniu wspólników do skoku (w tym słynna misja "The Driver", jedna z najtrudniejszych w historii serii), tutaj musimy wejść w posiadanie paru fantów, przydatnych w napadzie - planów budynku, karty magnetycznej używanej przez kasjerów czy vana do przewozu gotówki. No i oczywiście sam skok - jest to dość ciekawa misja, przynajmniej w założeniu. W efekcie jest nieco nudnawa, jednak całkiem przyjemna. No i w odpowiedni sobie sposób epicka, choć znów, to nie ten poziom co w Vice City. Znacznie trudniejsze są same przygotowania, bo misje przygotowane przez twórców potrafią dać nam w kość. Mi osobiście najwięcej trudności sprawiło zdobycie vana, bo by to zrobić, trzeba przedrzeć się przez... bazę wojskową. Ciężka sprawa, bo tym razem nie tylko my mamy M4. Na paru milimetrach paska zdrowia jednak jakoś dałem sobie radę. Podobnie było z misją "Cop Wheels" - 5 sekund zwłoki i musiałbym ganiać po mieście od nowa.

Ostatecznie jednak, łup jest całkiem porządny, wyższy niż w VC. Trzeba więc przyznać, że adekwatny do naszych starań.

Get out of my way, bitch!

Może będzie to mały spoiler (o ile można mówić o spoilerach w przypadku GTA, gdy >90% już dawno ma grę za sobą), ale pod koniec fabuły w Los Santos wybuchają zamieszki. Nieważne, czemu, ważne, że wybuchają. Jeśli nie widzieliście rozruchów spowodowanych przez imigrantów we Francji, macie ich namiastkę. Wszędzie widać szalejące płomienie, walczących, a raczej bijących się przechodniów (czasem nawet strzelających do siebie), wynoszone z domów telewizory, lodówki, miksery. W mordę można wtedy dostać od byle frajera. Jednak nie tylko za wszechogarniający chaos lubię te zamieszki, ale za wzrastającą wtedy wielokrotnie nienawiść do policji. Wyobraź sobie - obok Ciebie jakiś koleś katuje staruszkę. Wystarczy rzucić jej się na pomoc, a za chwilę mamy cały kordon na głowie. Aż chce się żyć, by zabijać, że tak to ujmę.

Wbrew pozorom oni nie tylko biegają w kółko

Ale nie musisz czekać aż do prawie że końcowych napisów, namiastkę stanu opisanego powyżej można wywołać w każdej chwili. A to daje jeszcze więcej satysfakcji. Wystarczy stworzyć wokół siebie "kółko wielbicieli", czyt. trzaskać po mordzie wszystkich napotkanych, niektórzy od razu Cię za to polubią. I tak z 10 ludźmi na karku... daj się sprać. Nie ma opcji, by gawiedź nie zaczęła lać się nawzajem. Relaksujący widok.

I tym miłym akcentem kończymy nasz program i zapraszamy do przeczytania ramki po prawej stronie (choć, znając Was, od niej zaczęliście). Dobranoc. Udanych łowów.