Ekranizacje komiksów zaczynają być coraz bardziej popularne. Fala, która nadeszła, stara się wiernie odwzorowywać obrazkowe pierwowzory. Jedne wypadają lepiej, inne gorzej, a narastająca liczba tych drugich, wprowadza powoli patetyczne i schematyczne przedstawienie nowych bohaterów, w nie zmieniającej się konwencji. W końcu, ilu widzów zafascynowanych jest filmową "Fantastyczną Czwórką" czy "Elektrą". Zaprezentowanie komiksów na kinowym ekranie zmieniło się wraz z premierą "Sin City" Roberta Rodrigueza. Ukazano świeższe podejście do tematu, utrzymując tym samym mroczny charakter oryginału i co ważniejsze, przenosząc całą komiksową strukturę na taśmę filmową, pamiętając zarazem o charakterystycznej kresce i niespotykanej dotąd grze kolorów.

Twórcą oryginału jest Frank Miller, który dzięki tej pozycji stał się bardziej popularny niż dotychczas."Miasto Grzechu" nie jest jednak jego jedynym dziełem. U Millera wyraźnie widać zainteresowanie historią starożytną oraz wszelkimi mitologicznymi sprawami, gdyż zreprodukował on według swojego własnego pomysłu bitwę stoczoną w wąwozie Termopile w 480 roku p.n.e. pomiędzy narodem spartańskim i Persami.(...) Luźno opierając się na faktach historycznych, skoncentrował się na tym, co w jego umyśle wydawało się najważniejsze. 23 marca do polskich kin trafiła wersja filmowa wcześniej zobrazowanej historii. Jej tytuł jest prosty - "300".

Kserkses głodny Grecji

Akcja przenosi nas do starożytnej Sparty, do świata, w którym panują zupełnie inne zasady. Tutaj mężczyźni od najmłodszych lat trenowani są na wojowników walczących za swój naród na śmierć i życie. Ich hasło to zabić przeciwnika za wszelką cenę lub zginąć w bitwie jako prawdziwy, odważny i niezapomniany Spartanin. Film koncentruje się na postaci Leonidasa - króla narodu oraz przywódcy oddziału wojskowego. Wypowiada on wojnę Persom i staje w nierównej walce przeciw największej armii na świecie, mając ze sobą jedynie garstkę żołnierzy, liczącą trzystu Spartan.

Najnowsza pozycja Zacka Snydera, stała się jedną z najbardziej oczekiwanych produkcji tego roku. Po chłodno przyjętej "Troi", ludzie oczekiwali czegoś monumentalnego, a "300" mogło to zaoferować. I nawet samo nazwisko reżysera, nie zniechęciło widzów do tego tytułu (Zack znany jest bowiem z tworzenia wielu spotów reklamowych oraz remake'u "Świtu Żywych Trupów"). Pojawiające się w Internecie zwiastuny, klipy i plakaty, poszerzały liczbę ludzi, chcących zobaczyć jego najnowsze dzieło. Nawet przed samą światową premierą, film wzbudzał wiele kontrowersji. Niektórzy porównywali Persów z ludnością irańską (szczególnie sam Iran), która wywodzi się z tego rodu i uważa, że zostali przedstawieni w mocno negatywnym świetle. Czy cały ten szum o "300" jest warty świeczki?

Król Leonidas podczas walki

Pierwszym, najbardziej rzucającym się w oczy elementem, jest wygląd wizualny. Twórcy postarali się, aby komputerowo odwzorować pola bitwy oraz realia komiksu (tereny wyglądają jakby żywcem wyciągnięte spod kreski Millera). Całość ubrana jest w mroczne szaty, nadając niespotykany dotąd klimat w filmach historycznych. Zauważalny jest również wyraźny podział na dobro i zło. Spartanie to bohaterowie pozytywni, do których widz ma poczuć natychmiastową sympatię, natomiast reszta przedstawiona jest w formie czarnych charakterów. Persowie to wróg, który korzysta z sił nadprzyrodzonych i ‘armii ciemności', greccy bogowie wojny to skorumpowane kreatury pragnące pogrążyć Leonidasa, a zasiadający w radzie spartiaci, to dwulicowi politycy, chcący poddać się woli "nieprzyjaciela". Dodatkowo, można odczuć atmosferę grafik Franka Millera, szczególnie w trakcie momentów erotycznych uniesień oraz ukazania form zabijania przeciwnika. Elementy wyjątkowo brutalne oraz "intymne", są bardzo podobne do tych, ukazanych w "Sin City" Rodrigueza. Dzięki temu, klimat mistycznej Starożytnej Grecji znany z lekcji historii i kartek "Mitologii" Parandowskiego, daje się we znaki (mimo, iż duchowego podejścia do kwestii politeistycznej greckiej religii nie ma tutaj zbyt wiele).

I na tym wymienianie plusów się kończy. Cała reszta wydaje się być uciążliwa i męczy. Największym mankamentem jest, na nasze nieszczęście, scenariusz. Większość akcji to widok pola bitwy, najczęściej zaprezentowany od strony spartańskiej. W nielicznych momentach twórcy ukazują wojnę z punktu widzenia Persów, a jeśli już dochodzi do konfrontacji, to jest ona stronnicza i ukazuje Spartan jako "tych dobrych". Co więcej, przedstawione bitwy są rozciągnięte w czasie poprzez wykorzystanie efektu 'bullet time', znanego z serii "Matrix" czy gry "Max Payne". W rezultacie, spowalnianie nie tylko uwydatnia brutalność produkcji, ale również uświadamia widza, że z ekranu wieje nudą. Oprócz bezinteresownej rzezi, nie ma tu niczego, co mogłoby naprawdę zainteresować widza. Tego rodzaju potyczek fizycznych jest zdecydowanie w nadmiarze, co niestety bardziej denerwuje niż zachwyca. Nie rozwinięto również bardziej szczegółowo wątków pobocznych, a zwłaszcza wątku królowej, walczącej z całych sił fizycznych i moralnych, aby przekonać radę do wysłania większej liczby wojska, mogącej wspomóc walczącego na froncie męża, a przecież ten właśnie wątek prowadzi do intrygującego finału. Widz tym samym, jest zawiedziony, że nie postawiono na wielowątkowości produkcji, gdyż drugorzędnych tematów tego typu jest wiele, a scenarzystom najwyraźniej zabrakło pomysłów, aby je logicznie rozwinąć.

Kolejnym, rzadko spotykanym elementem w filmach historycznych, jest to, iż w "300" narrator ma postać jednego z bohaterów, którego można zdefiniować w trojaki sposób. Na początku wprowadza nas do świata opisując aktualne sytuacje społeczne oraz charakter głównego bohatera, na końcu pełni funkcję człowieka relacjonującego wydarzenia z pola bitwy, a przez resztę filmu definiuje uczucia towarzyszące żołnierzom i Leonadisowi w czasie walk. Tego typu narracja przypomina stylem charakter produkcji noir (pojawiający się z resztą także w "Sin City"). Niestety średnio pasuje do całości i tak jak "bullet time" (przy którym najczęściej się narrator pojawia), spowalnia akcję, przedłuża sceny mordów i stając się niepotrzebna, psuje ogólne wrażenia estetyczne.

Dlaczego więc, tak pięknie wykreowana pod względem graficznym produkcja, jest w stanie wynudzić widza siedzącego na sali kinowej? Czas trwania (sięgający niemalże dwóch godzin), jest tylko pośrednią przyczyną. Głównym mankamentem są dialogi. Brak tutaj prawdziwości, szczerych relacji między poszczególnymi żołnierzami. Większość wypowiadanych słów, to podniosłe i pompatyczne okrzyki, zmuszające oddział 300-tu Spartan do walki. Dużo tutaj beznamiętnych przemówień Leonidasa, mających podnieść na duchu stojących przy nim żołnierzy. Daje się we znaki także brak naturalnej werwy, dzięki której publiczność mogłaby się poczuć wyjątkowo. Gdy jednak respons żołnierzy na sztucznie wypowiadane mowy, brzmi jak odgłos wściekłości polskich pseudokibiców, można załamać ręce i zacząć płakać zarówno z żalu jak i ze śmiechu.

W przyspieszeniu akcji nie pomaga nawet epicka ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Tylera Batesa. Momentami, cudowne i zapierające dech w piersiach chóralne pasaże, nie odwzorowują jednak do końca przebłysków chwały militarnej siły spartańskiej. To działa również w drugą stronę, gdzie naprawdę znakomite obrazy, zostają wspomagane poprzez marną muzykę. Repertuar muzyczny utrzymuje się jednak w posępno-podniosłej atmosferze, głównie dzięki wszechobecnemu mrokowi, który jest wytwarzany nie tylko poprzez mollowe tonacje, ale również połączenie symfonicznych uniesień z ostrymi gitarowymi riffami. Efekt ciekawy i na pewno dodaje innowacyjności do całokształtu, ale niestety go nie usprawnia.

Film "300", tym samym wydaje się być atrakcyjny jedynie wizualnie. Luźno oparty na faktach historycznych, przedstawia nowszą wersję bitwy pod Termopilami i jest bez wątpienia atrakcją dla oka. Wewnątrz jednak, zabrakło tej werwy, którą Gerard Butler bezskutecznie chciał wprowadzić zarówno w nas, jak i w spartańskich żołnierzy. Ciekawe wprowadzenie trwa prawie przez 1/3 obrazu, a reszta nuży i powoduje pewne zakłopotanie. Przeniesiono grafikę z komiksu Millera, ale zabrakło duszy. Mamy więc krwawą jatkę bez żadnego głębszego przesłania, a wszystkie przemowy o charakterze pseudopatriotycznym, są zbędnym zabiegiem, nie wywołującym jakichkolwiek emocji w psychice widza. Tym samym, dzieło Zacka Snydera to niestety wiele hałasu o nic. Ładnie wygląda i na tym pochwały się kończą.