Proza fantastyczna ma to do siebie, że nigdy nie można się niczego spodziewać. Odgadnięcie dalszych losów bohaterów wymaga nie lada umysłu, bo ten gatunek literacki pozwala na pewną swobodę, którą dobry pisarz może wykorzystać w każdym calu, wyssać z niej co tylko się da i stworzyć dzieło niespotykane. Polska fantastyka ostatnio cieszy się sporym zainteresowaniem wśród czytelników, nie tylko rodzimych, ale także tych z innych zakątków świata. Niektóre dzieła tłumaczy się na kilka języków i równocześnie wydaje w kilku państwach, inne pozostają w cieniu, a jeszcze inne podbijają świat dopiero po jakimś czasie.

2586 kroków

Moimi ulubionymi pisarzami, odkąd zacząłem się interesować prozą fantastyczną, byli Tolkien ze względu na niesłychany świat, który udało mu się stworzyć na kartach powieści "Władca Pierścieni", dalej Terry Prattecht za Świat Dysku, krainę tak niesłychana i cudowna, że próżno szukać kolejnej podobnej, Po Terrym był Sapkowski za Wiedźmina, Pierumow za "Śmierć Bogów" i chyba Romuald Pawlak, ponieważ jako jeden z nielicznych, znanych mi pisarzy, których książki miałem okazję czytać, nie stworzył swojego bohatera idealnym magiem, a raczej fajtłapą z zabawnym nastrojem i specyficznym poczuciem humoru, czyli można by rzec, że jego twór to lustrzane odbicie wielu czytelników. Bez bicia przyznaję się, ze Andrzeja Pilipiuka nigdy nie miałem za mistrza pióra. Jego proza nie pasowała do mojego ideału, nie spełniała pewnych punktów, na które zawsze zwracałem uwagę. Owszem, dwie książki, które wyszły spod jego ręki, były dobre, ale nie miały tego czegoś i zwyczajnie odstawiałem je na półce, zapominając bohaterów, wydarzenia, światy i wszystko to o czym mówiło kilkaset stron drobnego druku - a tak nie powinno być! Jednakże po przeczytaniu zbioru opowiadań zatytułowanych "2586 kroków" dostrzegłem, a może dopiero zrozumiałem prawdziwy geniusz autora - wiadomo, ze niektóre wartości można poznać dopiero, w momencie uzyskania pewnej dojrzałości psychicznej, dysponując pewną wiedza i doświadczeniami. Proszę mi uwierzyć na słowo pisane, ze czasem przekazanie swojej myśli w kilkudziesięciu zdaniach ( w przypadku omawianej pozycji należy mówić o kilkudziesięciu stronach ) jest znacznie trudniejsze niż ich masowa produkcja liczona w tysiącach czy setkach tysięcy. Pilipiuk wyszedł z tej potyczki bez szwanku, bo "2586 kroków" to jak niesłychana kolebka różnych myśli, historii i zdarzeń o jakiej może pomarzyć cała rodzina innych rycerzy słowa.

Gdy przeczytałem wszystek z opowiadań Andrzeja Pilipiuka, jakie znalazły się w tym cudownym zbiorze, jednego jestem pewien jak tego, że nic nie wiem - żadne opowiadanie nie jest do siebie podobne, każde ma swój wyjątkowy i niepowtarzalny klimat, charakter oraz wymowę. Autor stosuje w nich różne zabiegi literackie, jak dobieranie odpowiednich zwrotów do postaci je wymawiających i tak na przykład pada kilka rosyjskich zwrotów, dla jednych mniej lub bardziej zrozumiałych - na całe szczęście cyrylicą to napisane nie jest, więc nawet ktoś taki jak ja, wychowujący się na angielskim i niemieckim, spokojnie da sobie radę z ich zrozumieniem.

Wypadałoby teraz opisać dokładniej te opowiadania, jakie one są i o czym traktują. Uważam, że analiza każdego z nich zupełnie mija się z celem, pozwolę sobie za to nadmienić o trzech, które przypadły mi najbardziej do gustu, a jedno postaram się zamieścić całe na samiutkim końcu tego artykułu. Zanim przejdę do rzeczy, napiszę jeszcze tylko, że bodaj trzy z czternastu opowiadań było nominowanych, bądź też dostały nagrody im. Janusza A. Zaidla*

Pierwszym tekstem, który zwrócił moją szczególną uwagę to tytułowe "2586 kroków". Historia opowiada losy młodego lekarza Polaka, pracującego tymczasowo w mroźnej Norwegii nad trądem. Skórzewski zostaje wplątany w wir tajemniczych wydarzeń poprzeplatanych zgonami kolejnych pacjentów. Jego młode oczy widzą coraz więcej bólu i bezradności medycyny, wszelkie wysiłki spełzają na niczym, aż pewnego dnia trafia na pewnie trop. Tyczy się on miejscowej legendy, czy może bajki, którą straszono ludzi. Jej treść mówi o zjawie z dawnych czasów, chodzącej i nawiedzającej ludzi. Każdy kontakt z tym potworem za światów kończy się niczym innym jak kolejnym zachorowaniem. Wtedy też Paweł zaczyna brać coraz baczniejszą uwagę na wszystkie tajemnicze cienie spowijające ulice wieczorami, gdy wichury dudnią w okna i ściany budynków z rozszalałą siłą, a gdzieś pośród tej zamieci jawi się tajemnicza sylwetka mężczyzny w dużym kapeluszu. Ciekawostką jest to, że obojętnie z jakiego miejsca miasta, zmierza się w kierunku szpitala dla trędowatych liczba kroków jakie trzeba pokonać wynosi 2586. Zawsze! Nie ważne czy teoretycznie powinno to być znacznie więcej, jakaś tajemna siła sprawia, że dokładnie w miejscu przekroczenia bram następuje ta parszywa liczba. Ona też podsuwa pomysł polskiemu lekarzowi w jaki sposób dobrać się do puszki Pandory tych nieszczęść. Zaopatrzą się w starą broń, wylewa kule ze srebra i oznacza je krzyżami pańskimi. Z takim fechtunkiem wyrusza na wojnę....

Gdy czytamy kolejne linijki, przedstawiające nam Pawła Skórzewskiego, aż czujemy ten chłód, włosy jeżą nam się na karku i jeżeli akurat zrządzeniem losu, za oknem pada śnieg może się zdarzyć tak, że i my zobaczymy tajemnicze postaci.

Drugie opowiadanie warte wytężonej uwagi, nad którym polecam się ciut bardziej skupić, to kontynuacja przygód naszego młodego lekarza. Tym razem zostaje on wysłany na Ukrainę, gdzie ludzie z starej wioski umierają na nieznaną chorobę. Znów to właśnie nasz rodak postanawia zbadać całą sprawę w imię dobra. Po wydarzeniach jakie przytrafiły mu się w Norwegii, odruchowo już liczył kroki za każdym razem, gdy zmierzał gdzieś w podejrzanej sprawie. "Dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt cztery, dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt pięć, dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt sześć..." to nie przypadek jak łudził się na początku Paweł. Ta diabelska liczba wskazuje na to, że jednak nie wszystko co dzieje się w tym miejscu, wynika tylko i wyłącznie z złośliwości Boga, czy chęci pokarania tych biedaków. Sprawa jest znacznie poważniejsza, na tyle poważna, że pociągnie za sobą wiele ofiar.

Opowiadanie zatytułowane "W moim bloku straszy" to niesamowicie zabawna forma przedstawienia zachowania niektórych ludzi. Gdy przemierzałem przez kolejne karki dwóch listów, bo w takiej formie jest zrealizowana historyjka, zastanawiałem się ilu Polaków mogłoby zachować się podobnie do tego blokowego szpiega. Pierwsza osoba jaka wpadła mi do głowy to mój własny sąsiad, dlatego z jeszcze większą ochotą zacząłem czytać dalsze jego losy. Najzabawniejsze jest zakończenie i mogę się założyć o prawie wszystko, że mało kto, jeśli w ogóle ktokolwiek wpadłby na taką możliwość.

Czternaście opowiadań zebranych w jednej książce to trzynaście różnych bohaterów, to czternaście niesamowitych historii, czternaście świetnych pomysłów i kilka godzin ciekawej lektury przy palącym się kominku, gdy za oknem pogoda zniechęca do wykonywania jakichkolwiek czynności, a sprawy zawodowe nie pozwalają w żadnym wypadku myśleć o nadchodzących świętach. Jestem pewien, że jako prezent dla kogoś lubującego się w prozie fantastycznej, ale nie takiej bez sensownej, z ogromem tępych orków, elfów łuczników i pijaków krasnali, to najlepszy z możliwych prezentów.

Parszywe Czasy (fragmenty)

"Pechowy klient numer 183 zatrzymał się przed biurem. Dłuższą chwilę kontemplował wiszący nad wejściem szyld: Zabezpieczenia pośmiertne. Boisz się wiecznego potępienia? Wstąp do nas.

Poskrobał się po ciemieniu. Sześćdziesiąt lat to wiek, w którym nawet ateista - komunista miewa momenty zwątpienia. Wreszcie niepewnie położył dłoń na klamce i przestąpił próg.(...)

Dusza jest własnością Boga, ale człowiek może nią rozporządzać. Zna pan legendy o doktorze Fauście albo o mistrzu Twardowskim?

Zapisali swoje dusze diab...

Znakomicie. I co się z nimi stało po śmierci?

Klient zmarszczył czoło i przez dłuższą chwilę szukał odpowiedzi w zawodnej pamięci.

Faust chyba trafił do piekła. A Twardowski uciekł na księżyc... Ale zasadniczo, kto podpisał cyrograf, ten chyba na dół...

Owszem. Teraz proszę posłuchać naszej oferty. Proponujemy, aby zapisał pan duszę nam. Naszej firmie.

I co z nią zrobicie?

Sprzedawca uniósł oczy ku sufitowi.

A co mam niby zrobić?! Nic. Po kiego grzyba nam potrzebna? My tylko zostaniemy jej prawnymi właścicielami, a pan może sobie jej używać do woli.

To po co mam ją wam sprzedać? - Petent był wyraźnie zdezorientowany.

To proste. Żyje pan sobie, potem umiera. Dusza może iść do nieba, a może do piekła. Ryzyko cholerne, zważywszy, jak nieżyciowe są przykazania i wymogi Kościoła. Można też od razu zaklepać sobie miejsce w piekle, podpisując cyrograf. A my proponujemy, aby zapisał pan duszę naszej firmie. Jeśli po śmierci zgłosi się do pana diabeł, to pan mu pokaże figę - bo dusza już w innych rękach.(...)

Dyrektor generalny oderwał wzrok od monitora. Siedzący obok szef działu personalnego westchnął ciężko.

To chyba złamanie zasad - powiedział w zadumie. - Zawsze kantowaliśmy klientów, ale nigdy tak na chama. Do tej pory ludzie podpisywali cyrografy, a my im za to płaciliśmy... Choć, oczywiście, wszystko potem i tak wracało do nas. A teraz nie dość, że zdobywamy dusze, to jeszcze bierzemy za to niezły grosz.

Faktycznie, dziwne... - mrukną Belzebub. - A jednak Lucyfer zatwierdził. Może teraz tak trzeba: brać duszę i do tego inkasować szmal?

Zasrana komercjalizacja - westchnął Boruta."