1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

24 godziny sezon III

Godzina 13:00. Pod National Health Services, Instytutem Zdrowia w Los Angeles, zatrzymuje się z piskiem opon nieduży van, z którego wyskakuje grupa zamaskowanych mężczyzn. Z bagażnika wyrzucają na zewnątrz zdeformowane ciało, montując na wejściowym frontonie materiały wybuchowe. Eksplozja alarmuje wszystkie służby: zwłoki okazują się być zainfekowane śmiercionośnym wirusem, na którego nieopracowano jeszcze żadnego antidotum… Terroryści wysuwają pierwsze żądania…

24 godziny

"24 godziny" należą bez wątpienia do jednych z najbardziej utytułowanych i nagradzanych serii w historii telewizyjnej rozrywki. Średnia ocen na IMDB powyżej 9,3 mówi sama za siebie. Tym, co wyróżnia ten serial z grona podobnych to sposób jego konstrukcji: każdy z odcinków toczy się w czasie rzeczywistym, pomijając przerwy na reklamy, przedstawiając kolejną godzinę pracy agentów CTU (Counter Terrorism Unit). Każdy z nich wypełniony jest po brzegi taką dawką akcji i adrenaliny, że starczyłoby na kilka filmów kinowych z wyższej półki. Na szczególną uwagę zasługuje również genialna kreacja Kiefera Sutherlanda w roli agenta Bauera, bez którego ten serial nie byłby tym, czym jest.

Polscy widzowie maja pecha do dobrych produkcji. Odbiorniki wszystkich stacji zaśmiecane są ćwierćinteligentną papką, począwszy od Mody na sukces na M jak Miłość skończywszy. Czasami tylko pojawi się jakiś zagubiony Lost, czy gotowe na wszystko gospodynie. W zasadzie nie bardzo się tym przejmuję bo i tak na telewizję nie patrzę prawie wcale. Poziom merytoryczny wszystkich stacji jest gorzej niż żałosny; jeżeli już coś ciekawego jest to i tak oglądanie filmu z polskim lektorem przyprawia mnie o skręty żołądka. Jedyne co jeszcze zasługuje na uwagę to publicystyka i mecze piłki nożnej (po wyłączeniu drętwych komentatorów).

Emisja drugiego sezonu 24 godzin zakończyła się na Polsacie we wrześniu. W zasadzie dowiedziałem się o tym przypadkiem, włączając w któryś czwartek odbiornik w okolicach północy w poszukiwaniu Co z tą Polską? Akurat leciał ostatni odcinek... Cztery lata po premierze w Stanach. Nic tylko zapłakać. Jedyną nadzieją pozostają więc edycje DVD, a tutaj sprawy naprawdę ruszyły z kopyta. W ciągu bieżącego roku Imperial wydał trzeci i czwarty sezon 24 godzin, nie wspominając o kilkunastu innych pozycjach, dostępnych w najbliższej wypożyczalni.

Nierzucający się w oczy dwudziestoosobowy oddział SWAT

Edycje DVD mają jeszcze kilka innych zalet, poza wcześniejszym dostępem. Najważniejsze jest to, że cały produkt mamy niejako pod ręką, co umożliwia nam oglądanie zdarzeń bez niepotrzebnych przerw, bez potrzeby oczekiwania przez cały tydzień na kolejny odcinek. A przyznam się, że 24 wciągają jak diabli. Kiedy kończy się jeden odcinek natychmiast wrzucamy następny. Poziom "wciągnięcia" w wydarzenia jest niemalże na poziomie uzależnienia narkotycznego. Jedyne co nam przeszkadza to konieczność snu i ewentualne inne tak nieistotne obowiązki, jak praca czy szkoła…Całość trzeciego sezonu połknąłem w ciągu czterech dni.

Drugi sezon bez wątpienia stanowił ogromny krok do przodu w budowie i natężeniu akcji, po raz kolejny oferując nam fenomenalną końcówkę przyprawiającą o palpitacje serca. W zdecydowanej większości opinii przebijał on wydarzenia z pierwszego sezonu, wnosząc scenariusz na kolejne wyżyny intryg i niedomówień. Jak na tym tle wygląda "trójka"?

Całość zaczyna się w sposób nietypowy, bo w samym centrum Los Angeles, w poprzednich dwóch odsłonach akcja rozpoczynała się zagranicą. Sam scenariusz skonstruowany został w podobnym stylu co w "dwójce": cały serial składa się w pewnym sensie z dwóch niezależnych od siebie części, pomiędzy którymi mamy chwilowy zastój narracyjny. Pierwsza część dotyczy konfrontacji z braćmi Salazar, druga ze Stephenem Saundersem, byłym agentem brytyjskiego wywiadu. Obie łączy motyw broni biologicznej.

Pierwsza część rozpoczyna się w sposób wysoce obiecujący, autorzy wprowadzają szereg nowych postaci - m.in. świetna rola agenta Chase'a, czy samych braci Salazar i ich meksykańskich krewnych. Niestety im dalej, tym gorzej. Wszelkie sceny mające miejsce w centrali CTU wołają o pomstę o nieba. Prym wiodą tutaj dwudziestoparoletni pseudoinformatycy: Kim, córeczka Bauera, która w ciągu trzech lat, dzielących dwa sezony, awansuje z roli opiekunki do dzieci do wysokowyspecjalizowanej informatyczki; Adam, osobnik bardziej drętwy niż połowa reprezentacji Polski, czy też niejaka Chloe, postać na poły komiczna, na poły tragiczna ( do połowy serialu nie mogłem zrozumieć kto ją zatrudnił i kto przygotował jej tak nędzne dialogi).

Prezydent z poczuciem humoru

Czym zajmują się nasi informatycy? Przede wszystkim plotkowaniem i obmawianiem innych pracowników. Każda niedyspozycja jednej z osób powoduje to, że ktoś inny natychmiast leci "naskarżyć" szefowi, czy też może uprzejmie donieść, że ktoś nie jest jego zdaniem zdolny do pracy i powinien wziąć sobie urlop.

Na drugim miejscu jest oczywiście flirtowanie i mizdrzenie się po kątach, a wszystko to przeplatane pseudoinformatycznej bełkotem w stylu "przejdź na kanały delta" "dlaczego nie mam jeszcze od ciebie tych materiałów? Bo nie zalogowaliśmy się na serwery europejskie". Myślałem, że spadnę z krzesła. Nie zabraknie również kłótni, podniesionych głosów i obowiązkowych przeprosin po pięciu minutach. Całości dramatu dopełnia motyw 2-letniego dziecka, jakoby molestowanego seksualnie.

Największy problem w pierwszej części tej tragedii stanowi jednak absurdalność pewnych założeń fabularnych. W pewnym momencie następuje przesilenie fabularne, oferujące tak niedorzeczne wyjaśnienie wcześniejszych zdarzeń, że pragniemy o nim jak najszybciej zapomnieć. Szczegółów nie mam zamiarów zdradzać. Równie infantylnie wypadają tutaj wątki poboczne związane z Palmerem.

Autorzy nie są również w stanie ukryć pewnych uproszczeń i niedopracowań fabularnych. W jednej ze scen jeden z terrorystów uwalnia się z więzów i ucieka na korytarz gdzieś na trzecim piętrze jakiejś rudery. 5 sekund później widzimy jak już pomyka sobie ulicami samochodem, a serial w założeniu ma przecież prezentować akcję w czasie rzeczywistym! Sherry odwiedza pewnego lumpa, który 2 minuty później nagle ginie w tajemniczych okolicznościach… Aż tak szybka reakcja konkurencji? Podobne przeskoki mają miejsce przy wszystkich podróżach. Agenci wchodzą do helikoptera. Wątek z Palmerem. Scena lotu. Inny wątek. Helikopter ląduje. Stwarza to iluzję bezpośredniej obserwacji wydarzeń, podczas gdy tak naprawdę zdarzenia trwające kilkadziesiąt minut ściśnięte zostają do kilku.

Czasami scenarzyści zapominają o pewnych faktach i osobach. Gael znika z ekranów na dobrych kilka godzin, nie bierze udziału w spotkaniach, czy posiedzeniach zespołu, po to, by naraz pojawić się ni z gruszki, ni z pietruszki jako towarzysz Michelle w jej nowej misji. Bauer, który przez pierwsze godziny odczuwa dyskomfort związany z brakiem heroiny, później naraz zapomina, że jest narkomanem na odwyku i przestaje odczuwać jakiekolwiek oznaki uzależnienia, choć wcześniej pocił się jak dzika norka co pół godziny. Jeden z agentów, świeżo po brutalnych torturach, w ramach których niemalże traci lewą dłoń, po paru minutach opatrunków już rusza dzielnie do akcji dowodząc całym szwadronem, niczym wzorowy amerykański żołnierz nieodczuwający żadnego bólu.

A teraz przetnij zielony kabelek.

Równie irytujące są typowe dla telenowel powtórzenia. Najpierw ma miejsce jakaś akcja, następnie ktoś z pracowników CTU, przeważnie Almeida, dzwoni do Palmera i szczegółowo mu opowiada, co się właśnie zdarzyło. To chyba tak dla utrwalenia w świadomości niezbyt rozwiniętych widzów…

Można odnieść wrażenie, że scenarzyści, wymieniani co chwile na innych, konstruują akcję z odcinka na odcinek, sami nie wiedząc dokąd ma ona prowadzić. Niesmak wzbudzają również przesadne sceny tortur prowadzonych przez pracowników CTU, jak również wszelkie kwestie naginania prawa (pracownica prowadząca śledztwo namawiająca Bauera do krzywoprzysięstwa przy swoim szefie….) Na szczęście takie zgrzyty występują sporadycznie i tylko w pierwszej połowie serialu, która kończy się w sposób równie absurdalny, jak się zaczęła. Bauer morduje z zimną krwią pewną osobę, wywalając w nią cały magazynek, nie ponosząc żadnych konsekwencji dyscyplinarnych.

Po trzech płytach miałem dosyć. Na szczęście włożyłem czwartą - skoro zapłaciłem to zobaczę do końca. I to co zaczyna się dziać od momentu powrotu akcji z Meksyku do Los Angeles przechodzi ludzkie pojęcie. Przez chwilę miałem wrażenie, że zmieniono scenarzystów (co poniekąd jest prawdą). Wraz z zainfekowaniem hotelu akcja zaczyna tak przybierać na sile, że zgniata dwa poprzednie sezony razem wzięte. Wszystko m.in. dzięki świetnej kreacji Stephena Saundersa, który staje się głównym "bad charakterem". Niektóre sceny (motyw z atakiem z powietrza na biuro brytyjskiego wywiadu) przywodzą na myśl pierwszy Matriks, czy najlepsze części Bonda. Serial z powrotem wraca na najwyższe tory. Wszyscy aktorzy naraz zaczynają grać, tak jak powinni od początku. Nawet Chloe zaczyna poprawnie składać zdania. Adam i Kim schodzą na drugi plan, ustępując miejsca dramatycznej walce o przetrwanie. Dominuje duszna akcja i atmosfera zaszczucia przez terrorystów kontrolujących sytuację. Wszystko naraz zaczyna nabierać sensu. Nie mam zamiaru zdradzać przebiegu akcji, tą trzeba zobaczyć samemu, by nie odczuwać dyskomfortu ze spoilerów. Zakończenie będzie równie mocne jak w dwóch poprzednich odsłonach, choć tym razem nie w końcowych sekundach filmu.

Prawie jak Lara Croft

Trzy ostanie płyty ratują cały serial. O ile pierwszą połowę oceniam średnio na 6/10, to drugą na 10/10, a momentami nawet na 11, nie mogąc oderwać się od ekranu monitora! Pytanie, dlaczego trzeba było tak długo czekać, by scenariusz zaczął się kleić? A może to wyłącznie wina polskiego tłumaczenia, które najwyższych lotów też nie jest? W każdym razie trzeci sezon po raz kolejny przebił to, co prezentowano do tej pory. Pytanie czy czwarty będzie jeszcze lepszy? Płytki już leżą na mym stole obok monitora…