Uwielbiam karty - brydż, poker, black jack. A jeszcze bardziej lubię oglądać rozgrywki turniejowe w TV bądź też filmy, w których na pierwszy plan wchodzą gry stolikowe. Nie raz widziałem sceny gry w karty w westernach czy zarabianie na hazardzistach w doskonałej Rodzinie Soprano, a Mavericka znam niemalże na pamięć. Ostatnio miałem także okazję widzieć Deal, jeden z nowszych filmów ze stareńkim Burtem Reynoldsem. W tej recenzji natomiast skupimy się na najnowszym dziele Roberta Luketica (twórcy komedii romantycznych, m.in. Legalna blondynka i Sposób na teściową).

A jak sobie poradził w produkcji aż tak (z pozoru) różniącej się od dosyć lekkich filmów dla nastolatek? Odpowiedź jest prosta. Przygotował lekki film dla nastolatków oraz trochę starszych kolegów. A i ich dziewczyny powinny być zadowolone z widoku na ekranie, bowiem w głównej roli zobaczymy Jima Sturgessa, aktora, który dał się poznać szerszej publiczności dzięki występie w świetnym Across the Universe. Niestety, po filmie, pewnie jak wiele innych osób, spodziewałem się czegoś lepszego, ambitniejszego. A tymczasem dostaliśmy wprost doskonały film na wieczorny seans telewizyjny po całym męczącym dniu. W sam raz do butelki bursztynowego płynu bądź kolacji. Nasze ciało będzie się mogło w spokoju zająć trawieniem, nie przeszkadzając sobie zbędnymi procesami myślowymi.

21

Scenariusz do filmu został napisany na podstawie książki Bena Mezricha (Bringing Down the House: The Inside Story of Six M.I.T. Students Who Took Vegas for Millions). Opowiada on o młodym, genialnym studencie - Benie Campbellu (Jim Sturgess), kończącym naukę na M.I.T. Pragnie on wraz z nowym rokiem dostać się na Harvard, lecz musi zdobyć stypendium lub 300 tys. w gotówce. I tutaj pojawiają się schody, bowiem na zdobycie tego pierwszego ma nikłe szanse, a znów nim zarobi okrągłe 300 tys. minie parę lat. W tym momencie pojawia się profesor Micky Rosa (w tej roli Kevin Spacey), który zjadł na kartach przysłowiowe zęby. Uczy on grupkę studentów tego, jak oszukać kasyno i wygrać ogromną fortunę (oczywiście nie za darmo). Wciąga także w swój plan młodego Campbella, któremu odżywają nadzieje na studia na prestiżowej uczelni.

21

Jak widać w początkowym opisie fabuły, i jak będzie widać po obejrzeniu filmu, schemat goni schemat. Jeśli szukasz powiewu świeżości w nieco monotonnej, współczesnej kinematografii, w żadnym wypadku tutaj go nie znajdziesz. Mamy tu beznadziejną sytuację głównego bohatera, któremu uda się zasmakować tego, co wielu nazywa amerykańskim snem. Wpada w szpony hazardu i tak dalej, i tak dalej. Kolejnych szczegółów nie zdradzę, aby nie psuć zabawy z oglądania 21, ale powiem jedno. Nawet średnio rozgarnięta osoba, po tym początkowym zarysie fabuły, zgadnie niemal z mistrzowską precyzją kolejność następujących wydarzeń wraz z zakończeniem.

21

Lecz czy naprawdę jest tak źle? Nie, bowiem film jest prawie doskonały w swojej (podkreślam) klasie. Na grę aktorską narzekać nie możemy, choć moim zdaniem Laurence Fishburne wciąż mi śmierdzi jego filozoficznymi gadkami z Matriksa. Parę scen próbuje nas trzymać w napięciu, inne znowu potrafią wywołać lekki uśmiech pod nosem. Nie zapomnę także przyjemnego, choć nie do końca nieprzewidywalnego, zakończenia. Jak na reżysera takich "hitów" jak Legalna Blondynka, film udał się wprost znakomicie.

21

Jeśli więc nie masz ochoty na ambitniejsze produkcje, sięgnij po 21, a nie pożałujesz. Jeśli jesteś fanem "Superkina" i co tydzień zasiadasz przed telewizorem, aby zaczerpnąć dawkę odmóżdżających produkcji, sięgnij po 21. Lecz jeśli spodziewasz się po 21 czegoś lepszego, czegoś, co wyniesie tę produkcję na wyżyny pośród innych przeciętniaków, trzymaj się od niego z dala.