1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Film o Czarnych Panterach od twórców „Czarnej Pantery”. Recenzujemy „Judas and the Black Messiah”

W filmie „Judas and the Black Messiah” przyglądamy się losom przewodniczącego sekcji Czarnych Panter w Illinois oraz jednego z członków organizacji, który działa pod przykrywką jako informator dla FBI.

Recenzujemy nominowany do Oscara film „Judas and the Black Messiah”

Dla tych, którzy niekoniecznie znają historię Stanów Zjednoczonych lat 60. i 70., a nazwę „Czarna Pantera” kojarzą tylko z widowiskiem Marvela śpieszę z krótkim wyjaśnieniem/przypomnieniem. Czarne Pantery to amerykańska, radykalna, organizacja polityczna, której celem była walka o prawa afroamerykańskiej ludności oraz ich ochrona przed niesprawiedliwością i brutalnością organów ścigania oraz dyskryminacją. Czarne Pantery działały intensywnie na przełomie lat 60. i 70.

W „Judas and the Black Messiah” poznajemy jednego z jej najważniejszych członków – Freda Hamptona (w tej roli Daniel Kaluuya).

Film ten nie jest jednak prostolinijną biografią Hamptona, choć oczywiście w trakcie seansu autorzy przybliżają nam jego losy, dokonania i najważniejsze przemówienia, które wygłaszał na licznych wiecach czy spotkaniach z ludźmi. „Judas and the Black Messiah” opowiada też jednak o Billu O’Nealu (w tej roli Lakeith Stanfield), drobnym kryminaliście, którego poznajemy, gdy próbuje ukraść samochód wykorzystując do tego podrobioną legitymację agenta FBI. Gdy O’Neal zostaje złapany, trafia na radary federalnych. Jeden z agentów proponuje mu wycofanie zarzutów i kary więzienia w zamian za to, że przystąpi on do formacji Czarnych Panter jako informator FBI pod przykrywką.

„Judas and the Black Messiah” jest więc po części opowiedzeniem historii tych dwóch mężczyzn bazując na znanych publicznie faktach; jest to też historia działalności jednej z sekcji Czarnych Panter. Ale przede wszystkim, na co wskazuje już sam tytuł – jest to historia o bojowniku o prawa dla czarnych Amerykanów, który jest zdradzany przez jednego ze swoich zaufanych „żołnierzy”. I to w tym względzie „Judas and the Black Messiah” jest najciekawszy. Relacja między Framptonem a O’Nealem ma ewidentne drugie dno i to ten czynnik prowadzi do interesujących dramatycznych zwrotów akcji oraz generowania napięcia.

Niestety film ten, wyprodukowany m.in. przez Ryana Cooglera, reżysera „Creed” oraz „Czarnej Pantery”, a wyreżyserowany przez debiutującego Shakę Kinga, rozczarowuje trochę brakiem fabularnej głębi.

Scenariusz, choć nieźle napisany, nie przedziera się poza wierzchnie warstwy opowiadanej historii, a jego realizacja i przeniesienie na ekran niewiele poprawia w tym względzie. „Judas and the Black Messiah” nie prowadzi nas do żadnych odkrywczych wniosków, a jego główny konflikt między bohaterami nie jest niczym nowym i powalającym na kolana. Historii o kretach, zdrajcach, podwójnych agentach, kolaborantach, informatorach była już cała masa i spora część z nich miała o wiele ciekawsze fabuły. Film Kinga nie wnosi nic świeżego do równania, poza oczywiście kontekstem historycznym, ale nie sądzę, by dla kogoś spoza USA, tło z Czarnymi Panterami było szalenie fascynujące.

Film „Judas and the Black Messiah” ma też problem ze złapaniem wiatru w żagle. Pierwsza połowa seansu ewidentnie się wlecze, dialogi zdają się być mętne, historia zdaje się jakby nie mogła w pełni wystartować. Dopiero w drugiej połowie coś solidnie drgnęło, obraz nabiera większej dynamiki, napięcie zaczyna znacząco wzrastać, motywacje i zagrożenia zaczynają być w końcu w pełni dokładnie zarysowane. Oznacza to tylko tyle, że film ten spokojnie mógł trwać ok. 30 minut mniej i tylko by na tym zyskał.

Ale film Kinga absolutnie nie zasługuje na totalne spisanie na straty. To solidna i rzetelna robota, ze świetnymi zdjęciami i kapitalnymi kreacjami aktorskimi.

Daniel Kaluuya jako Fred Frampton daje z siebie wszystko i jak na razie jest to jego najlepsza rola. Błyszczy zarówno w bardziej intymnych i spokojnych scenach jak i podczas żarliwych przemówień.

Także Lakeith Stanfield daje nam bodaj najlepszą rolę w swojej niedługiej karierze. O’Neal jest na swój sposób ciekawszym bohaterem niż Frampton, bo lawiruje pomiędzy dwoma światami. Sam nie jest zwolennikiem żadnego z nich, jest więc osobą trzecią, próbując budować relacje jednocześnie z FBI, jak i z członkami Czarnych Panter. To zdrajca, kapuś, oportunista, złodziejaszek, ale też nie ktoś, kogo jednoznacznie moglibyśmy określić czarnym charakterem bez duszy i emocji.

Stanfield nie próbuje też grać typowego antybohatera. O’Neal to po prostu gość, który próbuje wybrać dla siebie jak najlepsze wyjście z sytuacji, w której obecnie się znajduje. Jest on zdecydowanie bardziej interesującą pod tym względem postacią niż dość jednostajny Frampton i to dzięki niemu w dużej mierze „Judas and the Black Messiah” wychodzi trochę ponad solidnego przeciętniaka tworzonego pod Oscary.