"Mam do zaoferowania pracowników do pracy jako spawacze i w sektorze budowy (szeroko pojmowanej). Pracownicy są z Bangladeszu. Jeśli jesteście Państwo zainteresowani, proszę o kontakt".
Taką wiadomość wpadła na naszej redakcyjnej skrzynki e-mailowej kilka miesięcy temu. Podpisała się pod nią Marta. Nie wiemy czy to prawdziwie imię. Nazwiska nie ujawniła. Gmailowy adres, z którego pisała, też nie mówił nic więcej. Nie odnosił się do żadnej firmy czy strony internetowej.
Postanowiliśmy jednak sprawdzić, czy możemy zamówić pracowników z zagranicy e-mailem. W końcu to właśnie sugerowała wysłana do nas wiadomość. Przez kilka kolejnych miesięcy korespondowaliśmy z Martą, aby poznać szczegóły. Pytaliśmy o to, kim są pracownicy, w jakim wieku, doświadczeniem czy dokumentami. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że pracownicy z Bangladeszu posiadający kwalifikacje spawaczy gazowych.
Tak wygląda e-mail, który otrzymaliśmy na adres redakcji
Marta zapewniała nas, że wszyscy posiadają dokumenty potwierdzający ich kwalifikacje. Mają doświadczenie, i nie są starsi niż 45 lat. Wyjaśniła też, że firma, która ich zatrudni będzie musiała zapewnić zakwaterowanie. Dodała, że do ściągnięcia pracowników do Polski będą potrzebne też oświadczenia o zatrudnieniu, aby mogli wyrobić potrzebną do przyjadą do naszego kraju wizę. Wszystko to Marta raz jeszcze potwierdza w rozmowie telefonicznej. Zachwalając jednocześnie, że pracownicy z tego rejonu świata mają jeden kluczowy atut: nie piją alkoholu. A w przeciwieństwie do Ukraińców a przede wszystkim Gruzinów są karni i zdyscyplinowani.
Kiedy rozmawialiśmy przez telefon znów się nie przedstawiła. Nie podała nazwy firmy, którą reprezentuje. A to, że jest tak tajemnicza tłumaczyła, że „tylko” pomaga różnym podmiotom, w tym agencjom pracy w procesie rekrutacji i legalizacji pobytu cudzoziemców. Zasugerowała też, że ma kontakty w urzędzie i może pomóc załatwić wszelkie formalności a nawet znaczne skrócić czas ich uzyskania. W jaki sposób, tego już nie wyjaśniła.
Kiedy po naszej rozmowie nie odpisywałem jej przez kilka tygodni, kobieta ponagla nas kolejnymi wiadomościami. Pyta czy jesteśmy zainteresowani pracownikami z Bangladeszu, o których rozmawialiśmy. Zapewnia, że mają już potrzebne dokumenty. Przesyła nawet załącznik jednego z nich. Tym razem – być może omyłkowo – podpisuje się jednak inaczej Małgorzata.
Czym jest przesłany dokument? To certyfikat potwierdzający doświadczenie zawodowe i umiejętności pracownika, którego dane osobowe częściowo ukryto. Wiadomo, gdzie mieszkał, jak nazywają się członkowie jego rodziny. Wiemy, że był zatrudniony jako spawacz. "Jest człowiekiem uczciwym, pracowitym i obowiązkowym. Jestem zadowolony z wykonywanych przez niego obowiązków służbowych" – czytamy w referencjach, pod którymi podpisał się jego przełożony.
Kiedy nieśmiało wyrażam dalsze zainteresowanie, kobieta dopytuje o to, ilu właściwie pracowników nam potrzeba. Zachęca, aby wystąpić do Urzędu Wojewódzkiego z wnioskami o pozwolenie do pracy dla cudzoziemców. Znów deklaruje, że może w tym pomóc. Przesyła też szczegółowe instrukcje i obowiązki pracodawcy zatrudniającego zagranicznych pracowników.
"Jak już będzie oświadczenie, to ja zaczynam procedurę sprowadzania ich do pracy" – pisze kobieta.
Nie składam jednak wniosków. Gram na czas, ale przeraża mnie fakt, że do ściągnięcia imigrantów wystarczy tylko kilka maili, opłacona faktura. To takie proste? Wolę nie sprawdzać. Nie chciałbym, aby pod adresem naszej redakcji pojawiło się 80 chętnych do pracy obywateli Bangladeszu. W końcu mówimy o żywych ludziach a nie tabelce z Excela.
Marta jednak nie rezygnuje. Przypomina się kolejnymi e-mailami. Po kilku tygodniach milczenia, proponuje już nie pracowników z Bangladeszu, lecz z Ukrainny. Tym razem mowa o 80 osobach. Nie do spawania, lecz do pracy w magazynie.
Próbuję ją zwodzić i dalej gram na czas. Pytam o inne pracowników innych niż ukraińskich nacji, aby w międzyczasie wyciągnąć jak najwięcej informacji. Chcę dowiedzieć się o koszty sprowadzenia 50 pracowników pytam o termin, kiedy mogliby rozpocząć pracę, kwestie socjalne. Ale Marta (znów używa tego imienia) odpisuje tylko, że z innych nacji może zaproponować tylko spawaczy z Bangladeszu i pracowników z Tunezji.
Kiedy kolejny raz dopytuję o koszty, kontakt się urywa. Nikt już nie odpisuje na e-maile, nie odbiera telefonu. Prawdopodobnie dlatego, że w jednym z e-maili pada nazwa naszej redakcji. Marta być może chcąc przygotować faktury albo porządkując zlecenia wyciągnęła dane z KRS-u. Podejrzewamy, że być może sprawdziła, że nie jesteśmy magazynem z towarem, lecz redakcją (choć też magazynem Spider’s Web+) z dziennikarzami. Cała ta sytuacja każde nam jednak przyjrzeć się roli pośredników, w tym agencji pracy tymczasowych w procesie sprowadzania do naszego kraju taniej siły roboczej z zagranicy.
O to, co nam się przytrafiło opowiadam dr Kamilowi Matuszczykowi. To doświadczony badacz w Ośrodku Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego. Odpowiada, że to co usłyszał jest przerażające, bo trąci współczesnym niewolnictwem, ale wcale go to nie dziwi. Matuszczyk bada przemysł migracyjny od 10 lat i widział już wiele, w tym nie do końca etycznych i legalnych sposobów zarabiania na ściąganiu imigrantów zarobkowych do Polski.
– To ogromny biznes. A dla tych, którzy nie mają skrupułów, to niezwykle zyskowne zajęcie. Szacuje się, że zrekrutowanie i sprowadzenie do naszego kraju jednego pracownika, to zarobek rzędu nawet kilku tysięcy dolarów. Stawki dyktuje popyt na pracowników o określonych kwalifikacjach oraz stopień trudności zrekrutowania pracownika z danego kraju do Polski – mówi dr Kamil Matuszczyk.
Przemysł migracyjny to skomplikowana sieć powiązań, w której najsłabszym ogniwem są pracownicy Fot. Shutterstock / Yisar Andrianus
Mimo kosztów, chętnych ze strony przedsiębiorstw nie brakuje. Nasza gospodarka, szczególnie w sektorze budownictwa, produkcji, logistyce (magazyny, transport, obsługa) czy rolnictwie od lat boryka się z niedoborem kadr. Wpływają na to, co najmniej dwa czynniki.
Pierwszy to demografia. Polaków jest zwyczajnie coraz mniej, a depopulacja szczególnie intensywnie postępuje w mniejszych ośrodkach i na szeroko rozumianej prowincji, gdzie częściej niż w metropoliach pracuje się fizycznie.
Drugi to wzrost wynagrodzeń pracy dla Polaków. Znów coraz mniej z nas mając jakikolwiek wybór chce podejmować ciężką pracę fizyczną za wynagrodzenie oscylujące w okolicy płacy minimalnej. A wszystko często na niestabilnej umowie, niedającej prawa do płatnego urlopu czy chorobowego. Biznes chcący utrzymać model biznesowy oparty na taniej pracy lukę wypełnia, więc godzącymi się na gorsze warunki zatrudnienia imigrantami.
Potwierdzają to zresztą dane Głównego Urzędu Statystycznego. Wynika z nich, że mediana wynagrodzeń, czyli pensja środkowa (połowa zarabia więcej, a połowa mniej) obcokrajowców pracujących w naszym kraju zarabia w okolicy płacy minimalnej, czyli około 20 procent mniej niż wynosi mediana dla całej gospodarki. Sporo niższe wynagrodzenia, to dużo większe oszczędności i zyski przedsiębiorców. A na tym nie koniec, bo wraz z niższymi płacami cudzoziemcy częściej zatrudniani są na tak zwanych śmieciówkach. Z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że aż dwie trzecie cudzoziemców (69 proc.) w Polsce pracuje na umowach zlecenie, a tylko 29 proc. na stabilnych umowach o pracę.
Cudzoziemcy są więc dla biznesu i polskiej gospodarki swego rodzaju tańszą łatą, którą zaszywa się bieżące niedobory.
– Dla biznesu narodowość pracownika nie ma znaczenia. To rzecz wtórna, czy pracę np. w magazynie przy sortowaniu paczek wykona Kolumbijczyk, Filipińczyk, czy Hindus. Ważne, żeby wypełniał postawione przed nim zadania , a jego wynagrodzenie mieściło się w przyjętych ramach kosztowych. Obcokrajowcy uzupełniają niedobory polskiego rynku pracy.. Ba, PKB naszego kraju nie rosłoby w ostatnich latach w takim tempie, gdyby nie imigranci, szczególnie z Ukrainy – mówi Cezary Przybył, analityk migracji w Polskim Instytucie Ekonomicznym.
I faktycznie to Ukraińcy po 2014 roku stanowią większość imigrantów ekonomicznych w Polsce. Ten trend wzmocniła tylko w 2022 roku pełnoskalowa inwazja Rosji na kraj naszego sąsiada. Z danych zebranych przez Polski Instytut Ekonomiczny wynika, że nad Wisłą przebywa ponad 1,5 miliona osób z Ukrainy. Mowa tu oczywiście o wszystkich przyjezdnych, również dzieciach, osobach starszych, którzy siłą rzeczy nie pracują.
– Szacujemy, że około 880 tysięcy Ukraińców pracuje legalnie, czyli jest ubezpieczanych w ZUS. Oczywiście rzeczywista liczba pracujących pewnie jest wyższa, bo część pracuje w tak zwanej szarej strefie, czyli bez umowy i system nie może ich wychwycić – mówi Cezary Przybył.
Jednak to nie imigracja zza naszej wschodniej granicy jest najszybciej rosnącym trendem. W ostatnich latach do naszego kraju ściągani są pracownicy z odległych państw od Indii, Nepal i Pakistan, przez Bangladesz i Filipiny aż po Wenezuelę czy Kolumbię. I są to rok rocznie przyrosty wielokrotne, co najjaskrawiej widać na przykładzie tych ostatnich. Znów spójrzmy w statystyki. W 2021 roku w zarejestrowanych w ZUS, czyli pracujących legalnie Kolumbijczyków było 513, zaś w 2026 roku już ponad 20 tysięcy. A to oczywiście tylko dane oficjalne, bo nie wiadomo jak duża część przyjezdnych, pracuje nielegalnie.
– Dla pracowników z Ameryki Południowej czy Azji Południowej wyjazd do Polski jest szansą, choćby na lepsze zarobki, wsparcie finansowe rodziny. Podobnie, jak był szansą dla Polaków, którzy po wejściu do Unii Europejskiej emigrowali za pracą na Zachód. Teraz Zachód jest u nas. Ten proces się odwrócił i z kraju emigracyjnego staliśmy się krajem imigracji – dodaje Przybył.
Jednak to nie imigracja zza naszej wschodniej granicy jest najszybciej rosnącym trendem. W ostatnich latach do naszego kraju ściągani są pracownicy z odległych państw od Indii, Nepal i Pakistan, przez Bangladesz i Filipiny aż po Wenezuelę czy Kolumbię. I są to rok rocznie przyrosty wielokrotne, co najjaskrawiej widać na przykładzie tych ostatnich. Znów spójrzmy w statystyki. W 2021 roku w zarejestrowanych w ZUS, czyli pracujących legalnie Kolumbijczyków było 513, zaś w 2026 roku już ponad 20 tysięcy. A to oczywiście tylko dane oficjalne, bo nie wiadomo jak duża część przyjezdnych, pracuje nielegalnie.
– Dla pracowników z Ameryki Południowej czy Azji Południowej wyjazd do Polski jest szansą, choćby na lepsze zarobki, wsparcie finansowe rodziny. Podobnie, jak był szansą dla Polaków, którzy po wejściu do Unii Europejskiej emigrowali za pracą na Zachód. Teraz Zachód jest u nas. Ten proces się odwrócił i z kraju emigracyjnego staliśmy się krajem imigracji – dodaje Przybył.
Święto cwaniaków
Masowy napływ pracowników z odległych państw to efekt wielkiego popytu ze strony przedsiębiorstw borykających się z brakami kadrowymi. Mowa o wszelkich centrach logistycznych, sortowniach, branży żywnościowej, w tym głównie zakładach mięsnych, czy budowlance. Jednak nie rekrutują oni pracowników same. Lukę w wakatach wypełniają cudzoziemcami, ale kluczową rolę odgrywają tu pośrednicy, w tym agencje pracy tymczasowej.
Firmy ściągają pracowników z zagranicy, bo w ten sposób mogą utrzymać model biznesowy oparty o taniej pracy Fot. Shutterstock / Drawlab19
Czym są agencje pracy tymczasowej? Mówiąc krótko pośrednikiem między pracownikiem a firmą, który zatrudnia tego drugiego i podnajmuje trzeciemu. Agencje są platformami, za pomocą których przedsiębiorstwa mogą łatwiej reagować na dodatkowy popyt czy kryzysy, a pracownicy szybciej znaleźć pracę.
Przykład? Zbliżają się święta, klienci zamawiają prezenty online, dla sortowni to okres wytężonej pracy, więc firma zatrudnia na ten okres dodatkowe osoby, aby obsłużyć większy ruch. Podobnie w czasach kryzysu. Sytuacja jest niepewna, wiele osób nie może znaleźć pracy, więc chwytają tymczasowe zlecenie godząc się na gorsze warunki pracy. Dlaczego gorsze? Bo pracownik zatrudniony w agencji ma zwykle słabszą pozycję negocjacyjną, nierzadko gorszą umowę, niższe wynagrodzenie, a przede wszystkim łatwiej go zwolnić. W końcu ma być i musi być elastyczny.
Elastyczność jest tu kluczowa, bo kiedy agencje pracy tymczasowej powstawały w polskim porządku prawnym, czyli w 2004 roku, sytuacja gospodarcza była zupełnie inna niż dziś. Wówczas mierzyliśmy się z wysokim, kilkunastoprocentowym bezrobociem. Agencje pracy tymczasowej miały kosztem stabilności i bezpieczeństwa zwiększyć elastyczność pracowników. Często były też jedyną szansą dla młodych lub osób niewykwalifikowanych na zdobycie pracy.
Tyle tylko, że w ciągu kolejnych dwóch dekad sytuacja na rynku pracy zupełnie się zmieniła. W ostatnich latach mamy rekordowo niskie bezrobocie. A mimo to agencyjny biznes ma się świetnie. Ba, cała branża warta jest 7 miliardów złotych. Obecnie jest to w dużej mierze możliwe za sprawą pośredniczeniu w zatrudnianiu obcokrajowców. Agencje wyspecjalizowały się w tym, aby pozyskiwać pracowników z zagranicy, mają w wielu krajach swoich przedstawicieli, potrafią załatwić wszelkie formalności i to zdecydowanie szybciej niż nie mające w tym doświadczenia przedsiębiorstwo. Różnice bywają kolosalne i widoczne od samego początku, czyli uzyskaniu zezwoleń na pracę. Bywa, że przeciętny przedsiębiorca musiałby czekać na to kilka miesięcy – czasem trzy a czasem pół roku czy dłużej. Zaś agencje uzyskują potrafią sprawę zamknąć w kilka tygodni.
Jak to możliwe? Pytam Adama Wojdę, który zarządza firmą Pathfinder. To agencja doradzająca innym przedsiębiorstwom w zakresie HR, legalizacji pobytu i zatrudniania obcokrajowców w Polsce. Wojda prowadzi też na Youtube kanał, w którym promuje działania mające upowszechnić wyższe standardy branży.
– Rekrutacja pracowników z zagranicy jest o wiele bardziej skomplikowana niż zatrudnienie Polaka. Należy dopilnować wielu czynności administracyjnych, co wymaga wiedzy, czasu, ludzi. Większość przedsiębiorstw np. produkcyjnych nie ma dedykowanych działów i pracowników, którzy zajmowaliby się rekrutacją za granicą. Dlatego wolą zlecić to zadanie (tak jak czasem outsourcują np. księgowość) na zewnątrz do wyspecjalizowanych w tym agencji, bo tak jest po prostu taniej i szybciej. Agencje mając kontakty i doświadczenie radzą sobie tym zadaniem o wiele lepiej – tłumaczy Adam Wojda.
Dodaje też, że ich rola nie kończy się zwykle na znalezieniu i zatrudnieniu pracownika. Zanim do tego dojdzie nierzadko sprawdza kwalifikacje kandydata. W przypadku prostej pracy fizycznej nie jest to obowiązkowe, ale wśród np. spawaczy już tak. Ich kwalifikacje sprawdza się przez tłumaczenie dokumentów potwierdzających daną umiejętność np. ukończenie kursu, ale też poprzez nagrywanie wideo tego, jak ktoś pracuje, czyli w tym przypadku w jakiej technologii potrafi spawać. Agencje pomagają również załatwić transport, czyli np. lot do Polski, a potem dojazd do miejscowości, gdzie dany pracownik będzie pracował i mieszkał. Dach nad głową, czyli zakwaterowanie np. w hotelu pracowniczym też często organizuje agencja.
– Pośredniczymy też w formalnościach po przylocie do Polski, czyli pomagamy wyrobić PESEL, złożyć wniosek o pobyt czasowy, czy konto bankowe. Doświadczonym i sprawdzonym pracownikom pomagamy też "pójść na swoje", czyli wynająć mieszkanie na rynku, a nawet ściągnąć rodzinę, jeśli ktoś planuje zostać w naszym kraju na stałe – mówi Wojda.
Praca tymczasowa, problem długotrwały
Problem w tym, że niemal na każdym z tych etapów mogą pojawić się liczne nieprawidłowości. W przemysł migracyjny, o którym wspominał dr Kamil Matuszczyk, zaangażowanych jest bowiem wielu aktorów. Jest to wręcz cała sieć podmiotów od indywidualnych pośredników, agencji pracy i rekruterów w danym kraju, przez firmy prawnicze i przewozowe czy oferujące noclegi, aż po instytucje administracji publicznej i przedsiębiorstwa, do których ostatecznie trafiają imigranci. Jednocześnie przemysł ten od lat trawi wiele patologii. I mowa o tej jego części, która uchodzi za ‘legalną’ a nie o działających wprost poza prawem przestępcach, przemytnikach i handlarzach ludźmi.
– Pracownicy mobilni są najsłabszym ogniwem w tej międzynarodowej układance. A im dłużej badam przemysł migracyjny, tym bardziej jestem krytyczny, bo skala obchodzenia przepisów, naginania rzeczywistości, aby tylko jak najwięcej zarobić kosztem ludzi jest coraz większa – mówi dr Kamil Matuszczyk.
A kiedy pytam go o największe nieprawidłowości najpierw wzdycha, potem bierze głęboki oddech, a następnie uprzedza, że lista jest tak długa, że wymieni tylko kilka najpoważniejszych i zidentyfikowanych patologii przemysłu migracyjnego.
Jedną z najczęstszych praktyk są nielegalne opłaty rekrutacyjne. Choć prawo zabrania pobierania pieniędzy od pracowników za znalezienie pracy, to ten proceder wciąż istnieje.
– Mogą to być opłaty za pomoc uzyskaniu zezwoleń, rzekomą konsultację, przygotowanie dokumentów, ich tłumaczenie albo złożenie wniosku o wizę, czy badania lekarskie. Powód zawsze się znajdzie – mówi dr Kamil Matuszczyk.
Czasem są to kwoty drobne, a często sięgające kilkuset dolarów. Bywa więc, że pracownik zaczyna pracę z długiem, co wpędza go w pewną formę nowoczesnego niewolnictwa, bo uzależnia się od pośrednika. Nie może zmienić pracy zanim nie spłaci należności. Nie może też poskarżyć się odpowiednim instytucji czy złożyć sprawy na policji, bo obawia się deportacji. Ba, bywa że pracownicy są zupełnie wyizolowani. Pracują w zakładach oddalonych od miasta, tam też są zakwaterowani. Mogą wyjść z pracowniczego hostelu, ale nie znają języka, nie wiedzą jak dojechać do większego ośrodka. A jeśli pracują na czarno lub umowie zlecenie, to jakakolwiek forma sprzeciwu, oznacza utratę dachu nad głową.
Nierzadko imigranci są wprowadzani w błąd przez pośredników już na etapie rekrutacji. Bywa, że po przyjeździe do Polski pośrednik podsuwa pracownikowi dokument, który wygląda jak umowa, ale de facto nią nie jest. Do tego jest sporządzony, w języku którego obcokrajowiec nie rozumie. W efekcie nie jest nigdzie zarejestrowany. A wpadnięcie w pułapkę pracy na czarno sprzyja wyzyskowi. Często jest też tak, że choć przyjezdni już pracują, to o jakąkolwiek umowę muszą dopraszać się miesiącami. W najlepszym razie dostają też śmieciówkę zamiast obiecanej umowy o pracę.
– Zastępowanie etatów umowami cywilnoprawnymi pozbawia ich podstawowych praw pracowniczych, takich jak płatne urlopy czy zwolnienia lekarskie – mówi Michał Polakowski, specjalista ds. polityki społecznej w OPZZ.
Dążenie do maksymalizacji zysków przez nieuczciwie działających pośredników rodzi w nich zresztą ponadprzeciętną kreatywność w omijaniu przepisów. Kilka lat temu popularnym na to sposobem było mianowanie cudzoziemców wspólnikiem w spółce z o.o. zobowiązanym do pracy na jej rzecz. Pozwalało to ominąć procedury i nie płacić składek. Ostatnio za sprawą reportażu TVN24 głośno było zaś o przypadkach zapisywania kolumbijskich imigrantów do fikcyjnego zakonu, by jako misjonarze świadczyli „posługę na rzecz kościoła”. Formalnie taka osoba nie potrzebuje zezwolenia na pracę, a składki do ZUS opłaca Fundusz Kościelny. Różnica to czysty zysk pośrednika.
Długa lista patologii
Patologii jest oczywiście dużo więcej. Dotyczą one też pieniędzy. Często jest też tak, że po przyjeździe do Polski i rozpoczęciu pracy wynagrodzenie jest znacznie niższe niż to, które ustalono przed wyjazdem. Do tego pensja wypłacana jest w ratach, nierzadko z dużym opóźnieniem, co dodatkowo wiąże pracowników z pracodawcami.
Po przyjeździe do Polski warunki pracy i socjalne bardzo często odbiegają od tego, co obiecywano pracownikom w ich ojczyźnie Fot. Shutterstock / Drawlab19
Na miejscu okazuje się, że nadgodziny nie są dodatkowo płatne (choć powinny), czy że zmiana trwa nie 8 godzin dziennie, lecz 10, 12 czy więcej. Okazuje się też, że pracuje się też w soboty, niedziele i święta.
Do tego pracownicy często obciążeni są dodatkowymi opłatami m.in. za odzież roboczą czy transport do pracy. Inne opłaty są naliczane w formie uznaniowych kar. A te mogą być naliczane właściwie za wszystko. Od źle nałożonego ubrania roboczego, zbyt długiego korzystania z toalety, przez nieobecność pracy z powodu choroby i to mimo posiadanego zwolnienia lekarskiego od lekarza, czy wcześniejsze zerwanie umowy. W efekcie wynagrodzenie jest niższe niż płaca minimalna.
Pracownicy z tego, co zarobią płacą też za zakwaterowanie. Obiecuje im się mieszkanie, ale po przyjeździe do Polski najczęściej trafiają do hostelu pracowniczego czy wynajętego domu, w którym w każdym pokoju na piętrowych łóżkach żyje nawet kilkanaście osób. Brakuje pryszniców, toalet, lodówek, kuchenek do gotowania. Warunki życia są często fatalne. Co zresztą pokazała choćby niedawna publikacja “Gazety Wyborczej” opisująca, jak imigranci żyją w Warszawie żyją w kapsułach i piwnicach bez okien.
– Nieuczciwi pośrednicy zarabiają na każdym możliwym kontakcie z pracownikiem. Szukają nowych sposobów, aby doliczyć dodatkowe opłaty i kary. Starają się na wiele sposobów przywiązać pracowników do siebie, bo niektórzy zarabiają nie tylko na tym, że zrekrutowali pracownika, lecz dostają także np. złotówkę za każdą przepracowaną godzinę tego pracownika u danego przedsiębiorcy. Zależy im więc, aby zmusić cudzoziemca do pozostania w miejscu zatrudnienia, ale także zarabiać na nim podczas całego pobytu w Polsce – mówi dr Kamil Matuszczyk.
Można tak wymieniać dłużej, szczególnie że przez lata nie brakowało też nieprawidłowości związanych z handlowaniem wizami i zakładaniem istniejących tylko na papierze agencji, które masowo wnioskowały o zezwolenia na pracę. . Ofiary takich praktyk często płaciły za dokumenty, ale po przyjeździe do Polski kontakt z pośrednikiem się urywał i okazuje się, że obiecane zatrudnienie nie istnieje lub jest na znacznie gorszych warunkach. Ten problem miały rozwiązać wdrożone w 2025 roku przepisy zakazujące rekrutowania cudzoziemców przez kompletnie nowe agencje. Dziś, aby to zrobić, biznes musi istnieć co najmniej dwa lata. Jednak i to ograniczenie udaje się już omijać, o czym opowiada mi dr Kamil Matuszczyk.
– Na grupach i stronach typu „sprzedam biznes” można znaleźć dziesiątki ofert dotyczących agencji pracy istniejących dłużej niż dwa lata. Wystarczy kupić taką agencję i dalej można omijać prawo – rozkłada ręce dr Kamil Matuszczyk.
Jak tłumaczy badacz jest tak, bo wpływowym aktorom przemysłu migracyjnego nie zależy na rzeczywistej zmianie i poprawie sytuacji pracowników mobilnych. W końcu biznesowi odpowiada status quo, bo ma dostęp do rzeszy tanich pracowników. Zaś agencje pracy świetnie na tym procederze zarabiają.
– Na tym układzie zyskują wszyscy oprócz pracowników – mówi dr Kamil Matuszczyk. – Nieuczciwe agencje zarabiają podwójnie: na pracy imigrantów oraz na niewypłaconych godzinach i składkach na ubezpieczenia społeczne, ukrywanych w szarej strefie, zaś gospodarka zyskuje ręce do pracy a firmy tańszą siłę roboczą – dodaje.
Siłę roboczą, bez której nasz kraj nie rozwijałby się tak dynamicznie. Ale też owoce tego rozwoju nie trafiałyby do obywateli, którym również nie zależy na tym, aby cokolwiek zmieniać. Bo dzięki taniej pracy przyjezdnych cześć z nas może wreszcie odczuć to, że doganiamy mityczny Zachód. W nowej książce "Rewolucja ambicji" pisze o tym publicysta Jakub Dymek.
"Polska płaci cenę własnego sukcesu. (…) Rosnąca zamożność polskich gospodarstw domowych zwiększyła apetyt na tanie i dostępne usługi: od kosmetycznych, przez remontowe, po dowóz” – pisze Jakub Dymek pokazując, że choć polska nie ma „doktryny migracyjnej”, to jakiś model jest w praktyce realizowany. Tyle tylko, że przy bezradności rządu jest to model skrojony na potrzeby biznesu i przez niego kontrolowany. „Bazuje on na milcząco przyjmowanym założeniu, że przyjezdni pracownicy są po prostu potrzebni, firmy ich chcą, a dobro gospodarki, utożsamiane często z interesem właścicieli przedsiębiorstw, jest wartością nadrzędną" – dodaje Dymek.
Odzyskać kontrolę
Adam Wojda z firmy Pathfinder zgadza się, że branże od lat trafią liczne patologie. Przyznaje, że w Polsce funkcjonuje wiele podmiotów działających na nieetycznie, często na granicy prawa lub już poza nimi. Jednocześnie podkreśla, że na rynku działa też wiele uczciwych agencji.
Polski rząd ma świadomość, że przemysł migracyjny trawi wiele patologii Fot. Shutterstock / Drawlab19
– Z rynku należy wyeliminować nieuczciwe, wyzyskujące i oszukujące ludzi podmioty, które niszczą wizerunek reszty. Nie tylko psują one renomę tym firmom, które zachowują standardy i działają legalnie, ale jest też zwykłą nieuczciwą konkurencją. Przestrzeganie przepisów, ludzkie traktowanie cudzoziemców jest po prostu droższe, więc uczciwi pośrednicy nie mogą zaoferować klientowi takich stawek. A utrzymywanie obecnej sytuacji bez żadnych zmian zmusza do równania standardów w dół – mówi Adam Wojda.
Jednak nawet dr Kamil Matuszczyk przyznaje, że wyeliminowanie patologii przemysłu migracyjnego nie jest łatwe. Ba, jak podkreśla, nikomu na świecie nie udało się w pełni pozbyć nieprawidłowości. Jest tak przede wszystkim dlatego, że problem jest złożony, a odpowiedzialność jest niezwykle rozproszona.
– Polskie służby i instytucje widzą tylko to, co dzieje się w kraju. Tymczasem niewłaściwie praktyki np. pobieranie nielegalnych opłat odbywają już na etapie rekrutacji np. w Indiach czy na Filipinach, gdzie nie mają jurysdykcji – wyjaśnia dr Kamil Matuszczyk.
Co z tym zrobić?
Ale nie znaczy to, że trzeba rozłożyć ręce i nic nie robić. Świadomy tego jest nawet polski rząd. W opublikowanej w październiku 2025 roku strategii migracyjnej wprost padało, że należy pilnie "odzyskać kontrolę" nad przemysłem migracyjnym i zaostrzyć walkę z nieuczciwymi agencjami, które omijają prawo.
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowało nawet projekt ustawy, który zakładał m.in. obowiązek zatrudniania cudzoziemców w oparciu o umowę o prace. Strona przedsiębiorców podniosła jednak tradycyjne larum. Eksperci Federacji Przedsiębiorców Polskich alarmowali, że rynek pracy "może tego nie wytrzymać". Ostrzegali, że rozwiązanie rozszerzy szarą strefę, a w ogóle to będzie dyskryminować Polaków.
– W efekcie pomysł został wycofany w trakcie konsultacji i nie wszedł w życie – przypomina Michał Polakowski. specjalista ds. polityki społecznej w OPZZ.
– Regulacje zdecydowanie nie nadążają za kreatywnością nieuczciwie działających pośredników, szczególnie że ich wdrożenie jest zwykle skutecznie torpedowane przez lobbing biznesu. A nawet jeśli przepisy wchodzą w życie, to często są osłabione i łatwe do ominięcia – mówi dr Kamil Matuszczyk.
Jednak są działania, które rząd powinien podejmować, aby chronić najsłabszych uczestników tej układanki, czyli migrujących pracowników. Szczególnie, że migracja jest naszą codziennością, a w przyszłości tylko nabierze na sile.
Po pierwsze, rząd może przeprowadzać szeroko zakrojone kampanie uświadamiające w krajach, z których najczęściej pochodzą pracujący w Polsce cudzoziemcy.
– Mogą to być informacje ostrzegające pracowników przed najczęstszymi formami oszustw, publikowanie oficjalnej listy rzetelnie działających agencji, czy zestawienia formalności, które samemu można załatwić wraz z opłatami, które faktycznie trzeba uiścić.
Po drugie, rządzący mogą wdrożyć system certyfikowania agencji pracy i pośredników, którzy działają legalnie i przestrzegają standardów etycznej rekrutacji.
– Firma mogłaby zdobyć taki certyfikat, jeśli spełniałaby określone kryteria dotyczące np. transparentności w modelu działania. Można też śladem Filipin stworzyć system kaucji, który wymaga wpłaty depozytu przez starające się o licencję agencyjną przedsiębiorstwo, co wymusza na nich przedstawienia dowodów, że działają zgodnie z prawem. Wyeliminowałoby to tych graczy, którzy zarabiają na nadużyciach i promowało tych, którzy robią ten biznes choć w miarę dobrze – proponuje dr Kamil Matuszczyk.
– Apeluję o te zmian od lat, ale niestety nie ma chętnych decydentów, aby ten system realnie zmienić – dodaje.
Polska bez imigrantów sobie nie poradzi. I jeśli zdaliśmy już ten test z przedsiębiorczości, to po rewolucji ambicji, czas na reformę solidarności.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-06-03T09:05:17+02:00
Aktualizacja: 2026-06-03T07:58:16+02:00
Aktualizacja: 2026-06-03T06:45:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-03T06:34:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-03T06:23:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-03T06:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-03T06:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T21:14:16+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T20:54:51+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T19:27:51+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T19:24:37+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T18:42:38+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T18:12:24+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T17:58:11+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T17:51:49+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T17:50:16+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T17:17:18+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T17:02:37+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T16:57:36+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T16:16:27+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T16:11:43+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T15:45:16+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T15:38:53+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T15:31:15+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T15:24:03+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T13:37:28+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T13:10:44+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T12:51:04+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T11:46:56+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T10:59:16+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T10:32:20+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T10:19:40+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T09:34:13+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T09:32:44+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T09:03:07+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T07:43:10+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T07:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T06:41:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T06:31:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-02T06:21:00+02:00