1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Eurowizja w rządowej aplikacji. Ukraina mimo wojny inwestuje w e-państwo

17,5 mln Ukraińców korzysta już z rządowej aplikacji Diia, czyli "Państwo i ja", która zastępuje im dokumenty tożsamości, pozwala załatwiać urzędowe sprawy, zgłaszać zbrodnie wyrządzone przez Rosjan i... odbierać finał Eurowizji. Jej współtwórca Mstislav Banik chwali się: – Nasi uchodźcy z zaskoczeniem relacjonują, że w Europie Zachodniej nie ma tak zaawansowanych usług.

Aplikacja Diia zarządza Ukrainą mimo wojny

Mimo trwającej już niemal trzy miesiące wojny Ukraina nie tylko nie poddaje się od strony militarnej, ale także pokazuje, jak ważne jest zapewnienie mieszkańcom dostępu do internetu i państwowych e-usług. W centrum tego systemu jest aplikacja Diia, będąca nie tylko cyfrowym potwierdzeniem tożsamości ale także portalem oferujących ponad 70 usług. Przed wojną pozwalała też na ekspresową rejestrację nowego biznesu - wystarczyło na to 10-15 minut, z czego skorzystało ponad 370 tys. przedsiębiorców i 4,5 tys. korporacji.

To dzięki cyfryzacji i dostępowi do internetu o dramacie cywilnej ludności Ukrainy wie świat. Ale także dzięki temu tamtejsi urzędnicy mogą nawet w wojennych warunkach próbować zarządzać pomocą obywatelom i właściwie całym państwem. O tym, jak powstało i jak działa serce tego systemu, czyli aplikacja Diia, SW+ rozmawia z Mstislavem Banikiem, dyrektorem departamentu usług cyfrowych w ukraińskim Ministerstwie Transformacji Cyfrowej.

Kiedy Ukraina zaczęła budować e-państwo? Czy stała za tym konkretna decyzja? Było jakieś wydarzenie, które doprowadziło do inwestycji w cyfryzację?

Mstislav Banik, ukraińskie Ministerstwo Transformacji Cyfrowej, fot. Oleh Dubyna / Shutterstock.com

Mstislav Banik: Zaczęło się tak naprawdę od kampanii wyborczej Wołodymyra Zełenskiego, który w 2019 roku szedł do wyborów, obiecując dużą, technologiczną zmianę w Ukrainie. Gdy został prezydentem, powołał więc Ministerstwo Transformacji Cyfrowej i powierzył je Michajłowi Fedorowowi. A oczkiem w głowie nowego resortu i ministra stała się aplikacja Diia, którą wymyśliliśmy jako prostą w obsłudze formułę kontaktu obywatela z państwem.

Po ukraińsku ta nazwa oznacza "działanie" i jednocześnie jest skrótem od słów "Djerżawa i ja", czyli "Państwo i ja".

Po raz pierwszy zaprezentowaliśmy ją jako pomysł i markę już we wrześniu 2019 roku. Założenie było takie, by możliwie całą komunikację między obywatelem a państwem przeprojektować i uprościć usługi właśnie poprzez ich cyfryzację. W grudniu 2019 r. uruchomiliśmy pierwszą wersję beta aplikacji. W trzy i pół miesiąca było w niej już prawo jazdy, świadectwo pojazdu i ubezpieczenie pojazdu. Dwa miesiące później, 6 lutego, aplikacja została już oficjalnie publicznie uruchomiona i przyjęła się na tyle dobrze, że tylko w trzy dni pobrało ją milion osób. Zadziałało, bo zaczęliśmy od cyfryzacji dokumentów osobistych, a te mają przecież wszyscy obywatele. Jakakolwiek inna, choćby najpopularniejsza usługa publiczna nie ma aż tak wielu codziennych odbiorców. Do dziś udało się nam więc scyfryzować i zaimplementować w aplikacji 12 różnych dokumentów, w tym uznawane w Unii Europejskiej certyfikaty covidowe. Wielu Ukraińców zaczęło już przyzwyczajać się, że mogą swoje plastikowe dokumenty całkowicie zostawić w domu, w jakimś pudełku.

W tym samym czasie pracowaliśmy nad rozwojem systemu portali internetowych wspierających Diię oraz nad cyfryzacją usług publicznych. Udało się to zrobić w przypadku 23 różnych usług, które zostały nie tylko zdigitalizowane, ale także mocno uproszczone, tak by formularze aplikacyjne obejmowały ogólnie tylko dwa lub trzy kroki. Proces ten objął też niektóre bardziej skomplikowane zadania, np. strukturyzację usług publicznych, które nie muszą być dostępne dla obywateli przez aplikację, ale i tak przyspieszyło to ich funkcjonowanie. Mamy więc dzisiaj już cały ekosystem z naprawdę ogromną liczbą użytkowników, bo łącznie z aplikacji Diia korzysta 17,5 mln Ukraińców.

To faktycznie dużo. Dla porównania w Polsce z mObywatela po pięciu latach od odpalenia korzysta 7,5 mln osób, z czego ogromna część zdecydowała się dopiero wtedy, gdy zaczęły obowiązywać certyfikaty covidowe. Najbardziej niezdecydowani są oczywiście starsi ludzie. Na pewno i Ukraina zderzyła się z tym problemem.

Od początku docierało do nas sporo obaw, że Diia będzie rozwiązaniem właściwie tylko dla młodych odbiorców. Oczywiście było sporo kampanii informacyjnych, tłumaczących, jak ona działa i na czym polega bezpieczeństwo tego rozwiązania, ale najlepiej zadziałało po prostu uruchomienie aplikacji. Gdy ludzie sami mogli się przekonać, jaką jest wygodną i nieskomplikowaną alternatywą do chodzenia po urzędach, to zaczęli z niej korzystać. Kluczowe było też dokładanie kolejnych, wyraźnie potrzebnych społecznie funkcji.

Pod koniec grudnia 2020 roku uruchomiliśmy możliwość starania się o dofinansowanie dla firm, które nie mogły działać z powodu lockdownów. Wystarczyło, by przedsiębiorcy wypełnili prosty formularz zgłoszeniowy w Diia, ponieważ wiele informacji o nich i tak już było w systemie w oparciu o dane będące w posiadaniu urzędów skarbowych. W ciągu dwóch tygodni otrzymaliśmy 700 tys. zgłoszeń w takiej postaci.

Kolejnym etapem upowszechniania cyfrowej administracji było wprowadzenie jesienią 2021 roku rozwiązania, które miało także wspierać upowszechnianie szczepień antycovidowych. Każda osoba, która przyjęła dwie dawki szczepionki, mogła z pomocą aplikacji uzyskać coś w rodzaju motywacyjnego wsparcia w wysokości 1000 hrywien [dziś to ok 150 zł] do wydania na bilety teatralne, kinowe czy książki, czyli także w tych gałęziach gospodarki, które ucierpiały z powodu pandemii. Oczywiście wraz z wybuchem wojny zdjęliśmy te ograniczenia i pieniądze można teraz wydać na dowolny cel.

Centrum operacyjne systemu Diia, fot. fot. Troyan/Shutterstock

Diia działa także w kwestii wspierania pomocy społecznej. Mamy dokonaną integrację między Diia a 12 największymi ukraińskimi bankami. Jeżeli jest przyznawana jakakolwiek pomoc społeczna, to jej odbiorca wybiera tylko w aplikacji bank i za jego pośrednictwem dostaje kartę płatniczą z dostępem do wypłaconych środków. Do tej pory wydanych zostało 16 mln takich kart wsparcia społecznego.

Kiedy uruchamia się różne usługi dla różnych odbiorców, to pomaga w rozszerzaniu grupy odbiorczej. Jak się okazało, w grupach wiekowych 18-25 lat, 25-35 lat i 35-45 lat mamy taki sam poziom korzystania z aplikacji. Więc jednak nie jest to usługa wyłącznie dla najmłodszych. Oczywiście wciąż korzysta z niej o wiele mniej seniorów. Ale i oni się pojawiają. Obecnie z aplikacji korzysta ponad 5 tys. Ukraińców w wieku powyżej 86. roku życia.

W Diia – co jest mocno zaskakujące – jednym z tych scyfryzowanych dokumentów jest paszport. Zaskakujące, bo paszporty jako dokumenty podróży nie są uznawane przez służby graniczne w innej formule niż papierowe. Po co więc takie rozwiązanie?

To faktycznie była bardzo odważna decyzja skierowana raczej na przyszłość. Zresztą pomaga ona uniknąć długu technologicznego, którego, co ważne, startując od razu z zaawansowanym rozwiązaniem, na starcie nie mieliśmy. Dzięki temu dziś w Ukrainie wszystkie dokumenty cyfrowe są naprawdę w pełni prawnie uregulowane, w tym także wspomniane paszporty. I są one ustawowo uznawane przez wszystkie urzędy i firmy. Jeśli np. pracownik banku odrzuci legitymizację za pomocą paszportu cyfrowego w aplikacji i poprosi o wersję papierową, to obywatel może wręcz wezwać policję.

Do dokumentów fizycznych ludzie zaczęli trochę wracać po wybuchu wojny, bo czasami na posterunku czy właśnie na granicy po prostu łatwiej jest z nich skorzystać, ale generalnie tradycyjne dokumenty przestały być normą. I dziś wielu Ukraińców, którzy wyjechali z kraju, uciekając przed wojną, jest wręcz zaskoczonych, jak w Europie wciąż nie stosuje się takich cyfrowych rozwiązań.

Czy te usługi pomagają w zarządzaniu państwem w czasie wojny? Sytuacja jest ekstremalna i, jak sam pan mówi, czasem łatwiej jest wrócić do dokumentów papierowych.

Sytuacja jest faktycznie ekstremalna i dlatego wymagana jest duża elastyczność. Ale to także oznacza nowe rozwiązania cyfrowe. Już 24 lutego, w dniu wybuchu wojny, zaczęliśmy pracować nad nowymi rozwiązaniami i usługami. Uruchomiliśmy nowe e-dokumenty, takie offlinowe. Na sytuacje, w których obywatel jest odcięty od internetu i nie ma dostępu do cyfrowych dokumentów. I tak do całego systemu Diia można się zalogować, mając po prostu biometryczny dowód osobisty i przykładając go do tyłu telefonu. Aplikacja automatycznie sczyta z niego dane. Drugim sposobem jest identyfikator bankowy z Narodowego Banku Ukrainy, czyli login i hasło bankowe. Oparliśmy się na tych rozwiązaniach, bo tak rejestr paszportowy, jak i rejestry bankowe mają wszystkie najważniejsze dane o obywatelach. Rozwiązanie to zostało uruchomione, by na posterunkach czy przy przekraczaniu granicy ułatwić pracę urzędników i służb.

Szybko dodaliśmy też formularze umożliwiające wystąpienie o status uchodźcy wewnętrznego dla osób, które uciekły z terenów objętych wojną, ale zdecydowały się zostać na terenie Ukrainy. Przed atakiem Rosji mieliśmy już takie rozwiązania, ale dla uciekinierów z Krymu i Donbasu. Teraz już ponad milion wewnętrznych uchodźców wystąpiło o ten status za pomocą formularzy w Diia.

W ciągu tygodnia od ataku została też uruchomiona nowa usługa polegająca na możliwości ubiegania się o pomoc społeczną dla osób, które straciły pracę lub możliwość prowadzenia małych biznesów w regionach, gdzie odbywają się działania zbrojne. Kolejną usługą czasów wojny jest możliwość zgłaszania zniszczeń mieszkalnych i domowych. Dzięki temu instytucje państwowe już w miarę możliwości przystąpiły do odbudowy i napraw na terenach odbitych, jak choćby w Buczy. Takie zgłoszenia są naprawdę dużym wsparciem dla samego rządu – pozwala nam to lepiej prowadzić zarządzanie kryzysowe.

A czy ludzie sami sygnalizują, jakich usług potrzebują, jakiego wsparcia w tej cyfrowej warstwie?

Oczywiście. Oprócz zgłoszeń o pomoc socjalną i zgłaszania szkód ważne jest dla ludzi, by mieć dostęp do informacji i komunikacji. Dlatego w ramach całego systemu Diia uruchomiliśmy też Diia TV i Diia Radio. To nie są właściwie usługi publiczne, jednak są potrzebne. Bo w każdym miejscu, gdzie atakują Rosjanie i zaczynają okupację, to próbują niszczyć nasze studia telewizyjne i w ich miejsce nadawać sygnał rosyjskich telewizji, które przecież rozprzestrzeniają dezinformację, kłamią o tym, że kraj już się poddał.

Więc teraz wystarczy mieć aplikację państwową i dowolne połączenie wi-fi lub przynajmniej komórkowe, by mieć dostęp do informacji, czy to w postaci telewizji, czy radia. Ostatnio państwowy kanał telewizyjny poprosił, by do Diia dołożyć też kanał UA: Kultura [UA: КУЛЬТУРА], który transmituję Eurowizję. Oczywiście zrobiliśmy to, bo technologicznie nie było to wielkim problemem, a faktycznie było widać ogromne zainteresowanie wśród ludzi. Było dużo postów na Twitterze, taki ruch w mediach społecznych wyrażający poparcie dla tego pomysłu.

Wszyscy liczyli na sukces Stefanii? [wywiad był przeprowadzony tuż przed finałem Eurowizji – przyp. red.]

Tak, potrzebujemy jakiegoś takiego mentalnego odpoczynku. Ale proszę sobie wyobrazić, jaka to jest sytuacja: oglądać Eurowizję w środku wojny za pomocą aplikacji, która jako pierwsza na świecie udostępnia możliwość posiadania cyfrowego paszportu. Nikt by tego nie wymyślił.

Dużo jest takich wyzwań, które postawiła przed nami wojna, a które powodują, że musimy bardzo elastycznie myśleć o cyfrowych usługach państwowych. W efekcie choćby w Diia jest także uruchomiona zbiórka na rzecz Armii Ukraińskiej w bardzo prostej postaci – z głównej strony wystarczy kliknąć link. Do tej pory wpłacono za jej pośrednictwem kwotę sięgającą 300 mln hrywien [45 mln zł].

Podobnie jak nikt by nie pomyślał, że powstanie usługa nazywana eWoroh, czyli eWróg, która ma pomagać oddolnemu ruchowi oporu, czyli samym Ukraińcom w zgłaszaniu, gdzie i jak przemieszczają się wojska rosyjskie, jakie cele są niszczone, jakie zbrodnie są dokonywane.

Nikt tak dobrze jak mieszkańcy okupowanych terenów lub tych, gdzie toczą się walki, nie obserwuje tych działań. Ludzie sami mieli potrzebę zawiadamiania o tym, co się dzieje. Więc ewidentnie pod wpływem tego oddolnego ruchu rząd uruchomił specjalnego chatbota, za pośrednictwem którego można zgłaszać informacje o ruchach sił rosyjskich. Pierwszy chatbot był na Telegramie. Teraz mamy już drugie rozwiązanie w ramach Diia pod lepszą kontrolą służb specjalnych. W Diia nie tylko został ten proces zautomatyzowany, więc nie trzeba otwierać Telegramu i szukać specjalnego kanału, ale przede wszystkim dokonywana jest szybka ocena wiarygodności zgłaszającego. Dzięki temu jest mniejsze zagrożenie, że to jakiś troll czy nawet rosyjski dywersant chcący wprowadzić w błąd podsyła zmanipulowane informacje. Jednak by to rozwiązanie miało sens, oczywiście trzeba było połączyć je z taką "pierwszą linią" urzędników, którzy sprawdzają zgłoszenia pod kątem lokalizacji: czy nie zostały poprawione Photoshopem, czy w inny sposób zmanipulowane. Dopiero po takiej kontroli zgłoszenia trafiają do służb wojskowych. Ale to powoduje, że e-Woroh faktycznie jest dosyć skuteczny.

Innym rozwiązaniem, które pojawiło się w Diia pod wpływem wojny i potrzeb, jakie wywołała – choć bardziej takich miękkich – jest specjalna gra e-Bayraktar od nazwy tureckich dronów Bayraktar. Za pomocą drona zestrzeliwuje się w niej rosyjskie cele. Oczywiście taka gra nie jest w żadnym razie głównym celem państwowej administracji i jakąś sztandarową e-usługą, a raczej drobnym pomysłem na rozładowanie emocji i zajęcie czasu dzieci. Szczególnie gdy siedzą w schronach i potrzebują jakiegoś zaworu bezpieczeństwa. Czegoś, by zająć głowy.

Kluczowe jest to, że aplikacja wciąż jest rozwijana. Na razie kluczowe są usługi związane z zarządzaniem kryzysowym i to na nich się skupiamy. Mamy plany na najbliższe kilka miesięcy.

Zdjęcie tytułowe: FellowNeko / Shutterstock.com