1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Tysiące ukraińskich dzieci na lekcjach. "Polska szkoła może być tylko dodatkowym stresem"

– Przyjeżdżają do nas dzieci z ogromną traumą. Utraciły cały swój świat, mają bagaż bardzo ciężkich doświadczeń. I teraz trafiają do instytucji opartej na systemie przemocowym – mówi w wywiadzie dla magazynu Spider’sWeb+ dr Mikołaj Marcela, wykładowca akademicki, nauczyciel, ekspert w tematyce edukacji dzieci i autor książek.

fot. shutterstock/Halfpoint

W Polsce przebywa już blisko 700 tys. dzieci z Ukrainy w wieku szkolnym. Na edukację w polskiej oświacie zdecydowali się na razie rodzice tylko części z nich. Do szkół zaczęło chodzić blisko 150 tys. nowych uczniów, z czego większość, bo ponad 111 tys., do szkół podstawowych i przedszkoli (23 tys.). Jednak to, co wydaje się być największym wyzwaniem, czyli zorganizowanie tym uczniom zajęć, przeorganizowanie pracy tak, by fizycznie znalazło się dla nich miejsce, to tak naprawdę jest najmniejszy problem.

Prawdziwym wyzwaniem będzie wejście w system, który sam w sobie budzi coraz większe opory i jest coraz słabiej przystosowany do wyzwań współczesności. Bo jak ocenić sytuację, gdy w jednej z wrocławskich szkół, gdzie trafiła uczennica z Ukrainy, dla pedagogów najważniejsze było nakazać jej ściąć zafarbowane włosy?

Jak przetrwać w szkole, która zamiast inspirować, coraz bardziej wkurza? Odpowiedzi na te pytania szuka w nowej książce dr Mikołaj Marcela, wykładowca akademicki, nauczyciel, ekspert w tematyce edukacji dzieci, a także autor bestsellerowych książek o edukacji i szkolnictwie. Tym razem na warsztat bierze problemy dzieci i młodzieży. Z troską i uwagą pochyla się nad ich problemami i z ich perspektywy szuka rozwiązań.

Jego książka "Dlaczego szkoła cię wkurza i jak ją przetrwać" to głównie poradnik dla uczniów. Warto docenić przystępny język, optymistyczny ton narracji oraz wspomnienia ze szkolnych lat samego autora, a także ilustracje, które z pewnością młodzieży ułatwią odbiór. A ta dowie się niej, jak się uczyć, żeby się nauczyć i jak wykorzystywać do tego muzykę, quizy i internet, który jest kopalnią wiedzy. Autor wyjaśnia też, dlaczego porażka to nie koniec świata, lecz właściwie początek sukcesu. Czytając tę książkę, wielokrotnie żałowałem, że podobna pozycja nie trafiła w me dłonie, kiedy sam byłem uczniem. Jej lektura mogłaby bowiem sprawić, że przejście przez system edukacji byłoby nieco łatwiejsze i mniej stresujące.

W książce dr Mikołaj Marcela stawia również ważne pytania o to, jak wygląda dzisiejsza szkoła i dlaczego bardziej przypomina taśmę produkcyjną absolwentów niż ciekawych świata, pełnych pasji ludzi.

I to pytania skierowane już bardziej do świata dorosłych niż dzieci. Wnioski z udzielanych przez autora porad powinni bowiem wyciągać nie tylko uczniowie, ale i ich opiekunowie, nauczyciele i dyrektorzy szkół. Wielu z nich zapomina, że kiedy sami byli uczniami, to prawdopodobnie skarżyli się na te same zjawiska, które dziś wkurzają ich dzieci. Po skończeniu szkoły – jak trafnie to określa – ulegają jednak zbiorowej amnezji.

Autor apeluje więc do rodziców, aby przypomnieli sobie czasy, kiedy sami każdego dnia taszczyli plecak do szkoły. Z jakim trudem wstawali na poranne lekcje i ile właściwie z nich wynosili. Zachęca też opiekunów, aby przypomnieli sobie, co im się w edukacji nie podobało i porozmawiali z dziećmi. Sprawdzili, czy mają podobne opinie na temat wystawiania ocen lub egzaminów. Jeśli ich zdania będą zgodne, to powinni zadać sobie pytanie: dlaczego robią własnym pociechom to, co im robili ich rodzice? A także zaczęli szukać możliwości, aby ich dzieci nie musiały iść tą samą drogą, co oni sami.

Mimo że książka "Dlaczego szkoła cię wkurza i jak ją przetrwać" ukazała się dzień przed wybuchem wojny w Ukrainie, to w żaden sposób nie straciła na aktualności. Wręcz przeciwnie. Staje się bowiem świetnym poradnikiem także na ten trudny czas, kiedy do polskich szkół trafia tysiące dzieci zza wschodniej granicy. Odpowiedzi na to, jak im pomóc, a przy tym ulepszyć polski system edukacji, szukamy w rozmowie poniżej.

"Generalnie polskie szkoły funkcjonują w systemie mocno przemocowym"

Dr Mikołaj Marcela, autor książki "Dlaczego szkoła cię wkurza i jak ją przetrwać". Fot. Grzegorz Celejewski

Od lat krytycznie oceniasz polską szkołę. Jeszcze przed wojną w swoich książkach przekonywałeś, że to instytucja feudalna, oparta na przemocy i dyscyplinie, która – idąc za tytułem jednej z twoich książek – niszczy ludzi i społeczeństwa. A teraz ta sama szkoła stała się przystanią dla ponad 160 tys. dzieci uciekających przed wojną. Lepiej, żeby tam nie trafiły?

Mikołaj Marcela: To źle, że w ogóle ktokolwiek trafia do instytucji, w której panują rozmaite formy systemowej przemocy i która tak bardzo negatywnie wpływa nie tylko na ludzi, ale i na społeczeństwo. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Czytałem ostatnio o sytuacji w jednej z wrocławskich szkół. Trafiła tam uczennica z Ukrainy. Kazano jej ściąć zafarbowane włosy. To jest dobry przykład tej przemocy. Z jednej strony to działanie bezprawne, bo w statucie szkoły nie może być zapisów dotyczących koloru włosów, a z drugiej to łamanie człowieka, który przybywa do nas po pomoc w bardzo trudnym momencie swojego życia. I co go spotyka? Przemoc.

Oczywiście nie w każdej szkole tak to wygląda. Ale generalnie polskie szkoły funkcjonują w systemie mocno przemocowym. Zaklinanie rzeczywistości przez ministerstwo nic tu nie zmieni. Polskie szkoły nie są miejscem opieki i troski, gdzie uciekające przed wojną dzieci mogłyby znaleźć spokój. Nie są też miejscem, gdzie nauka spadnie na drugi plan. Widzimy to już po deklaracjach, że ukraińskie dzieci muszą dostawać oceny, pisać egzaminy oczywiście z polskiej podstawy programowej, z polskiego programu nauczania. Muszą wejść w nasz system, bo jak inaczej?

Nie masz obaw, że rzeczywistość polskiej szkoły będzie dla dzieci z Ukrainy dodatkową traumą?

Te dzieci przyjeżdżają do nas z ogromną traumą. Utraciły cały swój świat, mają bagaż bardzo ciężkich doświadczeń. A niestety polska szkoła, cały system edukacji tylko w niewielu przypadkach jest miejscem, w którym ktoś w ogóle potrafi dostrzec, że młodzi ludzie mogą doznać traumy.

Dlatego potrzebujemy szkoły jako instytucji opieki, troski. Miejsca, w którym można się rozwijać i budować społeczność. Uczyć się nawiązywać autentyczne, wartościowe relacje zarówno z rówieśnikami, jak i dorosłymi, czyli nauczycielami. Niestety, teraz ta druga relacja to relacja władzy i pod tym kątem szkoła może być dodatkowym stresem dla i tak już straumatyzowanych dzieci.

W swej nowej książce "Dlaczego szkoła cię wkurza i jak ją przetrwać", skierowanej głównie do uczniów, radzisz im, jak przetrwać w szkole. Jaką radę dałbyś tym, którzy do tej szkoły trafiają?

Na pewno taką, że szkoła to nie jest cały świat. W głowach dorosłych – nauczycieli, rodziców i opiekunów – ta szkoła, oceny i egzaminy są czymś bardzo ważnym. Przywiązują do nich zbyt wielką wagę. Zresztą kiedy sami byliśmy młodsi i uczyliśmy się w szkole, to wkurzały nas te wszystkie oceny, sposób traktowania, uwagi. Widzieliśmy, że to nie ma sensu, ale kiedy stajemy się dorosłymi, to o tym zapominamy.

Nazywasz to "zbiorową amnezją dorosłych".

Właśnie. Po ukończeniu szkoły nagle zmienia nam się na nią spojrzenie. Tego, co nas kiedyś denerwowało, teraz sami wymagamy od własnych dzieci.

Ale wróćmy. Co bym radził? Trzymać się wewnętrznego kompasu. Pamiętać, że oceny i wyniki egzaminów nic o nas jako o ludziach nie mówią. Nie pokazują, jacy faktycznie jesteśmy.

Po drugie, radziłbym spróbować znaleźć narzędzia, które pomogą nam przetrwać w szkole w taki sposób, abyśmy mieli jak najwięcej czasu dla siebie. Dziś szkoła pod względem czasu zbyt mocno obciąża młodych ludzi. To pogłębia się z roku na rok. Od dekad. Dzieci są zbyt przemęczone. Brakuje im czasu na zabawę i odkrywanie swoich pasji, rozwój, autentyczne uczenie się, które polega przecież na podążaniu za ciekawością.

A po trzecie? Dbać o siebie. Mieć czas i przestrzeń na sen, aktywność fizyczną, dbanie o własne ciało.

Piszesz też właśnie o tym paradoksalnym braku aktywności fizycznej, która w teorii w szkole przecież jest na lekcjach WF.

Jest, ale głównie tylko w teorii. Już samo bierne siedzenie na lekcji przez 45 minut jest mocno usypiające. Wystarczy, że odezwiemy się nieproszeni albo pohuśtamy się na krześle i najczęściej od razu dostajemy uwagę. A to przecież naturalne potrzeby. A więc tak, w teorii szkoła sprzyja ruchowi, w praktyce nie, bo nie jest stworzona z perspektywy dzieci, lecz dorosłych. Nie jest dostosowana do ciała i psychiki młodego człowieka. Skonstruowana tak, aby wymagać od nich chociażby konsekwentnego działania, nauki, ciągłego skupienia, czyli czegoś, czego na tym etapie rozwoju nie są w stanie zrobić.

Twoja książka ukazała się dzień przed wybuchem wojny. Pewnie teraz dopisałbyś specjalny rozdział dla ukraińskich uczniów. Co by się w nim znalazło?

Na pewno ten ostatni rozdział dbania o psychikę, radzenia sobie ze stresem przeniósłbym na sam początek. Aby miały narzędzia do wykształcenia w sobie optymistycznego myślenia. Nie hurraoptymistycznego, bo to pewnie niemożliwe i nawet niepotrzebne czy niebezpieczne, ale taki zdrowy optymizm, który pozwala funkcjonować i nie załamywać się w obliczu tego, co się stało i nowych, codziennych zdarzeń. Innymi słowy, optymizm jako realizm w duchu nadziei. Pamiętajmy, że to często dzieci z traumą, która potrzebuje specjalistycznej opieki i zaleczenia. Dlatego istotne jest, aby ktoś im powiedział, jak mogą sobie radzić z tym wszystkim, co dzieje się w ich głowach.

Z drugiej strony poradziłbym ich opiekunom, aby zrozumieli, że z perspektywy tych dzieci nie ma teraz nic lepszego niż zabawa. Po pierwsze to naturalny sposób uczenia się, ale też czynność, która pozwala nam przepracowywać rozmaite trudności w dość bezpieczny sposób. Pozwala eksperymentować z myślami, spotkać się z drugim człowiekiem, podążać za ciekawością. A więc zalecałbym zająć się teraz tym, co naprawdę jest dla nich ważne, żeby pomóc im zrozumieć siebie i świat dookoła. Szkoła w obecnej postaci raczej nie pozwoli im tego świata zrozumieć.

Piszesz w książce: stres to cichy zabójca skutecznej nauki. W tej sytuacji ukraińskim dzieciom nie będzie łatwo się uczyć. Dlatego ważna wydaje się tu postawa nauczycieli. Aby oni zrozumieli, że podstawa programowa nie jest teraz najważniejsza, lecz np. redukcja tego stresu?

To jest trudny moment dla nauczycieli, bo oni też funkcjonują w systemie, który ten stres generuje. Politycy, kuratoria, dyrektorzy wywierają na nich naciski, aby realizację podstawy programowej stawiać na pierwszym miejscu. Dlatego wszyscy cały czas powtarzają o zaległościach, gonieniu materiału. Zupełnie tak, jakby ktoś, kto nie przerobił kilku lekcji, od razu lądował w koszu z etykietą "stracone pokolenie" i jakby te zaległości były nie do nadrobienia przez całe życie. 

fot. Olesya Kuznetsova / Shutterstock

Jak więc powinni się zachować?

Rozumiem nauczycieli, którzy czują taką presję. Często sami wywierają ją na siebie. Jednak zalecałbym po prostu zastanowić się nad tym, co teraz jest ważne. Warto pamiętać, że ostatecznie to oni codziennie podejmują decyzję, za którą każdy z osobna bierze odpowiedzialność, niezależnie od tego, co mówi system. Powinni więc zadawać sobie pytanie: czy to, co teraz robię, jest właściwe? Czy kiedy mam do czynienia z ludźmi, którzy uciekają przed wojną, najważniejsze jest to, aby poznali wzór skróconego mnożenia? Czy też może lepiej poświęcić część lekcji na rozmowę o tym, jak się czują, jak wspólnie możemy sobie pomóc?

Nauczyciele powinni porzucić rygor i zastanowić się, na ile mogą być osobami, które będą wiedzieć, czego potrzeba dzieciom z Ukrainy, ale też polskim. Z polską młodzieżą też mamy przecież ogromny, nierozwiązany problem. Mamy olbrzymią grupę osób z depresją, stanami lękowymi, próbami samobójczymi. A teraz ten problem jeszcze się nawarstwi.

Dzieciom z Ukrainy rozsypał się ich świat. Nie ma klas, w których funkcjonowały u siebie, nie ma przyjaciół, domów. Dużym problemem mogą być przeżycia związane z wojną. Czy polskie władze zapewniają takim uczniom opiekę psychologiczną?

Będzie to bardzo trudne, bo nie zapewniały opieki polskim dzieciom. Należy jednak pamiętać, że pomoc psychologiczna leczy pewne symptomy, a nie źródła problemu. Może wspierać to, żeby dzieci potrafiły przetrwać w tym systemie, potrafiły się w nim odnaleźć, ale nie rozwiąże ich problemów, jeśli nie zaleczymy ich źródeł.

Dlatego powtarzam: jedynym rozwiązaniem jest zmiana systemu na taki, w którym np. egzaminy nie będą najważniejszą rzeczą na świecie. Spójrz. Dwa lata temu wybuchła pandemia i jaki był najważniejszy problem? "Czy robić matury?". Nic innego nie było ważne. I ostatecznie uczniowie musieli te matury napisać. Inaczej świat by się zawalił. Rok później sytuacja się powtórzyła. A teraz szykujemy kolejną powtórkę.

Znów najważniejsze będą egzaminy? 

Tak – matury, egzaminy, oceny. Jakby nie było innych problemów. Gdybyśmy odpuścili, to pewnie świat edukacji by się zawalił. To pokazuje, jak bardzo mamy chory system, który w tej sytuacji powinien być elastyczny, dopasować się do sytuacji, brać pod uwagę ten olbrzymi stres, z jakim mierzą się młodzi ludzie. Brakuje jakiegokolwiek spojrzenia na edukację z tej ich perspektywy.

fot. Syda Productions / Shutterstock

Jaką rolę w adaptacji ukraińskich dzieci mogą mieć polscy uczniowie? Niektórzy już pomagają choćby w prozaicznych sprawach, kiedy trzeba pokazać, gdzie jest stołówka czy szatnia, jak działa dziennik elektroniczny. Inni organizują kiermasze, sprzedają ciastka, żeby uzbierać pieniądze na wyjazdy na zieloną szkołę.

Tych inicjatyw jest bardzo dużo. To zresztą pokazuje, że mamy świetnych młodych ludzi, którzy sami wiedzą, co mają robić, jak pomagać. Wystarczy, że pojawia się przestrzeń do działania i już wiedzą, jak się zachować.

Ale są otoczeni systemem. Słyszałem np. o szkole, gdzie dzieciaki dostawały dodatkowe punkty z zachowania za pomoc Ukraińcom. To pokazuje, jak szkoła i system może zniszczyć coś naturalnego. Nie trzeba przecież punktować pomocy. Nie pomagamy dla nagród, odznaczeń, medali. To odruch, za który najlepszą i wystarczającą nagrodą jest wdzięczność.

Pomoc to jedna strona medalu, ale zdarzają się też sytuacje trudne. Sam słyszałem o takiej, kiedy chłopiec z Rosji mówił ukraińskim kolegom, że Putin zrobi z nimi porządek, więc został pobity. W innym miejscu dziewczynka z Białorusi została obrzucona wyzwiskami przez polskich kolegów z klasy. To sytuacje pewnie rzadkie, ale będą się zdarzać. Jak na to reagować? 

Przede wszystkim rozmawiać. To podstawa, której często brakuje w systemie edukacji. Brakuje nam dialogu, próby zrozumienia drugiej strony, przepracowania trudnych emocji.

Dzieci muszą teraz mierzyć się z ogromnymi zmianami. Nagle uczennice i uczniowie z różnych państw stają się stronami konfliktu. Trzeba doprowadzać do tego, aby ze sobą rozmawiały. A przede wszystkim nie traktować takich zachowań jak coś złego. To często tylko próba radzenia sobie z trudną rzeczywistością, także powtarzania opinii po rodzicach. 

Trzeba tłumaczyć, że każdy człowiek ma w sobie dobro i zło, a to często sytuacja potrafi wydobyć z nas to, co najlepsze i co najgorsze. Najważniejsze, żebyśmy mieli przestrzeń do dyskusji i szansę na próbę zrozumienia, skąd takie zachowanie się w nas wzięło.

Wróćmy do tych pozytywnych wątków, bo chciałbym zapytać o nowe technologie, które mogą mieć tu kluczowe znaczenie. Już teraz dzieci z Ukrainy mogą w niektórych szkołach korzystać z telefonów, bo tam jest tłumacz Google. Ale to powinien być tylko wstęp. Jak wykorzystać nowe technologie w dalszej nauce? Adaptacji? Pracy z traumą?

Przede wszystkim nie do końca rozumiem ideę zakazu używania telefonów komórkowych. To z jednej strony jest wątpliwe prawnie, a z drugiej pokazuje, jak bardzo szkoła boi się nowych technologii. A przecież nie uciekniemy od nich. Byłoby więc lepiej, gdybyśmy świadomie z nich korzystali i rozumieli, jak na nas oddziałują. Takiej wiedzy brakuje i niestety w efekcie każdy musi uczyć się na własną rękę, a to różnie się kończy.

A jak wykorzystać technologie?

Tłumacz Google to oczywiście tylko jedno. Drugie to znajdujące się w internecie np. ogromne zasoby dotyczące właściwie każdego tematu. Dzieci z Ukrainy mogłyby uczyć się znacznie szybciej i skuteczniej, korzystając z YouTube’a, platform edukacyjnych czy przemówień TED w ich języku.

Ważne jednak, aby dać im przestrzeń, w której mogłyby od razu łatwo odnaleźć się ze swoim językiem i światem. Niestety, polska edukacja najczęściej nie jest na to gotowa, aby wykorzystać zasoby czekające w internecie i aplikacjach mobilnych. To niestety efekt tego, że nauczyciele nie mają wiedzy na ten temat. Oczywiście nie wszyscy, bo są chlubne wyjątki (by wymienić chociażby wszystkich Nauczycieli Roku z ostatnich lat, którzy robią bardzo wiele dobrego w tym zakresie), ale nieco generalizując – większość.

fot. Marko Aliaksandr / Shutterstock

Nauczyciele boją się nowych technologii. Mówią, że te mają złe strony, są niebezpieczne. To prawda, ale są też wspaniałą przestrzenią do rozwoju. W szkole brakuje wiedzy na ten temat, jak wiele może zaproponować nam sieć.

Od złych stron nie uciekniemy, ale możemy się na nie przygotować. Na przykład Finowie wprowadzają do edukacji nowe przedmioty dotyczące choćby wyszukiwania fake newsów. Jakie przedmioty należałoby wprowadzić do polskich szkół, aby przystosować je do XXI wieku z wojną w tle, gdzie te informacje są kluczowe?

Na pewno nic bym już nie dodawał, bo jak dołożymy edukację cyfrową, to trzeba przecież też seksualną, ekonomiczną. I za chwilę dzieci będą siedziały w szkole od godz. 6 do 24, a nocami będą odrabiały prace domowe. W szkole bardzo wielu rzeczy brakuje, ale dokładanie to nie jest rozwiązanie. Dzieci i tak już są przeciążone.

Zmieniłbym za to sposób myślenia o edukacji na taki, żebyśmy nikogo do niczego nie zmuszali, bo jak to robimy, to efekt jest zwykle kiepski. Widać to po obecnej szkole. Uczymy się w niej 12 lat języka obcego i po tylu latach nie potrafimy w nim sklecić zdania.

Obowiązek, zmuszanie dobrze wygląda na papierze, ale w życiu się nie sprawdza. Lepiej więc dać młodym ludziom przestrzeń, aby sami mogli wybrać to, czego i jak chcieliby się uczyć, a jak najmniej kazać im się uczyć. Efekty byłyby na pewno o wiele lepsze.

Jednak bardzo często się słyszy, że tej cyfrowej edukacji bardzo brakuje. Jeśli nie dodawać, to może zastąpić coś, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się nie mniej potrzebne?

Niepotrzebne jest wszystko, co jest nieinteresujące dla uczniów. Można więc cyfrową edukacją próbować zainteresować uczniów, ale nie na zasadzie przymusu. To jest główny problem.

I tak, edukacja cyfrowa jest czymś niezwykle istotnym. Ale ruch, aktywność fizyczna też jest bardzo potrzebna, a przez to, jak wygląda w szkole, jest jedną z najbardziej znienawidzonych lekcji. Jakim cudem dzieci nie lubią WF-u, kiedy siedzą w ławkach po 7-8 godzin dziennie? To tylko szkoła potrafi zrobić. I takich rzeczy jest wiele. W teorii w szkole wiele rzeczy fajnie wygląda na papierze, ale już nie w praktyce. Obawiam się, że i z edukacją cyfrową tak by było, kiedy stałaby się przymusowa. Nic też zresztą nie stoi na przeszkodzie, by była ona wprowadzana na innych zajęciach – można pouczyć się chemii w serwisie YouTube na kanale Pana Belfra, a przy okazji porozmawiać o tym, gdzie i jak się uczyć lub szukać informacji przydatnych w nauce. Można przecież łączyć przyjemne z pożytecznym. 

Dwa lata temu po wybuchu pandemii zaczęły się zdalne lekcje bez sprzętu, przygotowania. Bywało tragicznie. Jeszcze nie zażegnaliśmy tamtego problemu, a teraz mamy kolejny. Jak to się odbije na edukacji polskich dzieci? Rodzice już się obawiają, że edukacyjne efekty przepełnionych klas będą fatalne.

Przepełnione klasy mamy od lat i od lat powtarzamy, że trzeba zmniejszyć ich liczebność. A teraz dokładamy do nich kolejnych uczniów i zakładamy, że jakoś to będzie.

O ile do wybuchu wojny mogło się tak wydawać, to teraz trzeba zastanowić się, co ma się liczyć w edukacji. Jak ma być mierzona jakość kształcenia? Czy sprawdzianami, egzaminami i rankingami? Czy też chcemy mieć edukację, która mierzy poziomem szczęścia dzieci w szkołach, ich chęcią chodzenia do niej, poczuciem, że się w niej rozwijają?

Ta dyskusja nas czeka, czy tego chcemy, czy nie. W końcu trzeba będzie coś z tym zrobić, bo kolejne kryzysy tylko pogarszają sytuację.

fot. David Tadevosian / Shutterstock

Kryzys jest niekiedy okazją na zmianę, ale pandemiczną szansę raczej zmarnowaliśmy. Jak będzie tutaj?

Tak, ale my nie wyciągamy lekcji z kryzysów. Był strajk nauczycieli, pandemia i nic nie zrobiliśmy. Nie wykorzystaliśmy tej szansy na zmianę. Teraz jest wojna, kryzys uchodźczy i nie widać poważnych zmian nastawienia, więc albo ten system się rozpadnie w taki sposób, że coraz większa liczba osób będzie odchodziła do szkół niepublicznych i na edukację domową, co i tak już się dzieje, albo nastąpi takie przeciążenie, że w końcu dojdzie do jakiegoś buntu rodziców.

Może jednak widzisz jakieś światełko w tunelu, że za rok będzie – mam nadzieję – dawno po wojnie i że polska szkoła będzie miała inną twarz? 

Wielu rodziców tworzy szkoły, wychodzi z systemu, powstają takie inicjatywy jak Szkoła w Chmurze. Coraz mniej jest rodziców, którzy myślą, że nie ma alternatywy dla publicznej szkoły. Coraz więcej rodziców kwestionuje otwarcie to, co się dzieje w systemie edukacji. 

A za rok? Będzie jeszcze więcej alternatyw i inicjatyw, które z jednej strony będą próbowały publiczną szkołę uczynić bardziej przyjazną dla uczniów. Ale z drugiej będzie też jeszcze większy odpływ uczniów do edukacji domowej, choć jeszcze 10 lat temu było to jakąś totalną fanaberią, postrzeganą jako dziwactwo. Dziś wielu rodziców zaczyna myślenie o szkole od edukacji domowej albo alternatywy prywatnej, jeśli tylko ich na to stać.

Aby wydarzyła się realna zmiana, politycy musieliby pozwolić, by inne modele edukacji i np. szkoły demokratyczne były częścią systemu publicznego, a także na to, aby rodzice mogli decydować o tym, że posyłają dzieci do takiej szkoły, a nie szkoły w modelu pruskim. Wtedy będziemy mieli rewolucję w edukacji, na jaką czekamy od lat.

Zdjęcie tytułowe: Halfpoint / Shutterstock
Data: 12.04.2022 r.