1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Anonymous do Putina: „Znajdziemy każdego trupa kryjącego się w twojej szafie”. Wciąż nie znaleźli

Zaczęło się od ataku samych słynnych Anonymous na Kreml. Potem cyberpartyzantka zaczęła się rozlewać. Kanały redditowe, pokoje na Discordzie czy Telegramie podpowiadają, jak przyłączyć się do wojny i „dołożyć swoją cegiełkę w hakowaniu Rosjan”. Każdy może zostać hakerem, który zawalczy w tej wojnie. Tylko czy faktycznie te cegiełki mają większe znaczenie dla jej losów?

Anonymous do Putina: Znajdziemy każdego trupa kryjącego się w twojej szafie

– Planujemy ujawnić to, co było skrywane przez lata, obalić ciebie i twoich skorumpowanych kolesi. To tylko kwestia czasu, aż odkryjemy brudne sprawki, które próbujesz chować przed społeczeństwem. Zdobyłeś władzę, kłamiąc. Znajdziemy każdego trupa kryjącego się w twojej szafie. Wzywamy cię, żebyś zostawił mieszkańców Ukrainy i zrezygnował ze stanowiska – kolektyw najsłynniejszych hakerów-aktywistów świata znanych jako Anonymous w ledwie kilkanaście godzin po tym, jak rosyjskie czołgi zaczęły rozjeżdżać ukraińską ziemię, ogłosił, że włącza się do wojny.

I to włącza się jednoznacznie po ukraińskiej stronie. 

Anonymous nie patyczkowali się już w tej pierwszej odezwie: – Poniosłeś porażkę, nie wywiązałeś się z obowiązków moralnych i obywatelskich urzędnika i zawiodłeś tych, którymi miałeś zarządzać. To też wezwanie do wszystkich innych Anonymous – to czas, żeby Putin zaczął być odpowiedzialny za swoje słowa. 

Buńczuczne wezwanie raczej nie wzbudziło strachu u Putina. Za to odegrało inną rolę: wzbudziło w internautach entuzjazm i wiarę w to, że niczym w filmie romantyczni, troszkę szaleni spece od cyfrowego świata obalą dyktatora i lada moment czeka nas happy end. Ludzie z całego świata chwycili za klawiatury, by im pomóc.

Tyle że po dwóch tygodniach wojny kolejne ataki Anonymous wcale nie przechyliły szali na korzyść zaatakowanej Ukrainy.

Od RT do satelity

Zaczęło się od DDoSów (Distributed Denial of Service), czyli ataków polegający na zapchaniu serwera ofiary taką liczbą zapytań, że ten nie jest w stanie ich obsłużyć. Ta metoda nie jest niczym nowym, wręcz przeciwnie – od nastu lat cyberprzestępcy tak właśnie utrudniają życie swoim ofiarom. Od kilkunastu lat używają jej też Anonymous do pognębienia tych, których uznają za wrogów wolności, demokracji i praw człowieka. Tej metody użyli więc już na samym początku do pokazania rosyjskim urzędom, że nie zamierzają tylko wygłaszać odezw. Cele wtedy były głównie prestiżowe. Padła strona urzędującego na Kremlu prezydenta, Ministerstwa Obrony Rosji i rozpowszechniającej propagandę telewizji RT (Russia Today). Problemy miało też kilku rosyjskich dostawców internetowych.

Na DDoSie też nie poprzestali. 25 lutego haktywiści mieli wykraść informacje z bazy danych strony rosyjskiego resortu obrony. Znajdować się w niej miały m.in. adresy mailowe, dane logowania i numery telefonów rosyjskich urzędników. 26 lutego twierdzili, że przejęli ok. 200 GB maili z serwerów Tetaedr, białorusińskiego producenta broni wspierającego atak na Ukrainę. Mieli zaatakować Yandex, który dla Rosjan jest odpowiednikiem Google: największą rosyjską firmą w sektorze technologicznych i największą wyszukiwarką. Do sieci miały trafić dane ponad 150 tys. użytkowników: loginy, hasła i adresy e-mail. 

Największe do tej pory poruszenie wywołała zapowiedź z 28 lutego, że Anonymous ujawnią listę rosyjskich agentów. „W wielu państwach zatrzęsie się podłoga” – ogłosili. Na razie jednak takiej listy nie ma. Plik, który się pojawił, został już rok temu opublikowany przez białoruską cyberpartyzankę. Zawiera dane ponad dwóch tysięcy osób, które współpracowały z reżimem Łukaszenki: imiona i nazwiska, adresy, zdjęcia i numery telefonów oraz opisy czynów, które sprawiły, że na tej liście dana osoba się znalazła.

Szybko na celownik Anonymousów trafiły też serwisy informacyjne, a konkretnie rozsiewana przez nie kremlowska propaganda. To jej przełamanie i obejście, by dotrzeć do zwykłych Rosjan, było ważniejsze niż samo zaszkodzenie kontrolowanym przez Moskwę mediom. Kiedy 4 marca rosyjska Duma przyjęła drakońskie prawo, które zabrania rozprzestrzeniania „fałszywych informacji” związanych z działaniami w Ukrainie, stało się jasne, że państwo zrobi wszystko, by prawda o tym, co dzieje się w Ukrainie, nie rozprzestrzeniała się w Rosji. Za mówienie o wojnie, rosyjskiej agresji i liczbie ofiar po stronie Moskwy można trafić do więzienia na 15 lat.

Stąd plan Anonymous, by z prawdą dostać się, gdzie się tylko da. Np. na strony mediów rosyjskich, w tym TASS, rosyjskiej rządowej agencji informacyjnej, która nagle zaczęła wyświetlać apel o powstrzymanie Putina.

– Drodzy obywatele, wzywamy was, żebyście powstrzymali to szaleństwo, nie wysyłajcie swoich synów i mężów na pewną śmierć. Putin każe nam kłamać i naraża nas. Ta wiadomość zostanie skasowana, a część z nas wyleją lub zamkną w więzieniu, ale nie jesteśmy w stanie tego dłużej znieść – brzmiała wiadomość, która niespodziewanie pojawiła się na stronie. 

Anonymous ogłosili też, że udało im się włamać do rosyjskiej telewizji. W obrazy z dnia codziennego i oficjalnie przedstawianej „operacji stabilizacyjnej”, podczas której bratni naród wita braci Rosjan chlebem i solą, wstrzyknąć dramatyczne obrazy z wojny i ukraińskie piosenki. 

Do walki z propagandą zachęcali też zwykłych obywateli. Podchwycili i rozpromowali pomysł jednego z internautów, który zachęcał do publikowania recenzji restauracji, hoteli i firm w Google Maps wraz z informacją o tym, co naprawdę dzieje się na Ukrainie. Przygotowali nawet gotowca do wklejania: „Jedzenie było świetne! Niestety Putin popsuł nam apetyt, najeżdżając Ukrainę. Powstań przeciwko dyktatorowi, powstrzymaj zabijanie niewinnych ludzi! Twój rząd kłamie!”. Akcja trwała w najlepsze, aż zablokował ją sam Google, który oświadczył, że łamie ona jego zasady. Teraz zachęcają do wysyłania podobnych w treści SMS-ów na losowe numery zwykłych Rosjan.

Trzecim rodzajem ataków były te mające utrudnić Rosjanom komunikację. Anonimowi pochwalili się, że przejęli komunikację wojskową Rosjan i ujawnili jej częstotliwość (USB 4229 khZ), a łączona z nimi grupa NB65 1 marca zasugerowała, że odcięła Rosji dostęp od jej własnych satelitów szpiegowskich, wyłączając centrum kontroli agencji kosmicznej Roskosmos. Dmitry Rogozin, szef Roskosmosu, szybko zdementował te informacje, co w obliczu wojny propagandowej nikogo specjalnie ani nie zaskoczyło, ani nie przekonało. Kiedy jednak w wywiadzie dla Interfaksu dodał, że wyłączenie satelitów jakiegokolwiek kraju może służyć za casus belli – powód do wszczęcia wojny – przestało już być tak zabawnie.

Bo choć każda nowa informacja o włamaniu, zhakowaniu czy przechwyceniu danych przez Anonymous spotyka się z falą entuzjazmu, to wcale niekoniecznie ta cyberpartyzantka niesie tylko korzyści. Chyba że dla samych Anonymousów i ich sławy.

Atak, tyś atak i gówno atak 

– Wyobraźmy sobie, że rosyjscy hakerzy włamują się na TVN 24. W internecie pojawia się nagranie, na którym widać telewizor. Na tym telewizorze ktoś zmienia kanał, przełącza się na kanał TVN 24, gdzie widać Justynę Pochanke, która nagle znika. Zamiast niej pojawia się rosyjska twarz mówiąca, że Kaczyński nie żyje. Jakie jest prawdopodobieństwo, że z 10 milionów widzów – z czego milion oglądał to na żywo – tylko jedna osoba miała przy sobie telefon i chęć nagrania tego, co jest na ekranie? Tych nagrań powinny być setki. Albo ktoś to spreparował od początku do końca i to fake, albo to był autentyczny atak, ale on dotyczył kablówki w Krasnodarze na ulicy Czerwonoarmistów i to tylko po lewej stronie – ironicznie komentuje wspomniany atak na rosyjską telewizję Adam Haertle, specjalista ds. bezpieczeństwa i redaktor naczelny Zaufanej Trzeciej Strony.

fot. FP Creative/Shutterstock

Faktycznie, choć internet rozgrzewają informacje o kolejnych działaniach Anonymous, to trudno ocenić ich skuteczność. Twitterowe konto YourAnonNews, które nie jest oficjalnym kontem grupy (takie nie istnieje), ale jest największym i najpopularniejszym łączonym z nią, ma już 7,8 mln obserwujących. Niemal każdy tweet ma tysiące reakcji. Film YouTube, na którym Anonimowi wypowiedzieli wojnę Putinowi, ma już niemal milion wyświetleń. Komentarze pod nim są pełne wyrazów uwielbienia i wdzięczności dla haktywistów. Choć ten obraz zdecydowanie przeważa w mediach i w sieci, nie wszyscy widzą za maską Guya Faweksa tylko cybersuperbohaterów.

Haertle ocenia, że ataki Anonymous można sklasyfikować w trzech kategoriach. – Pierwsza to „obiecaliśmy i nic się nie stało”. Przykład: jedno z kont określających się jako Anonymous zapowiedziało, że ukradnie pieniądze z kont Rosjan i przeleje je na konta Ukraińców. Inne konto napisało, że tamto konto było fałszywe i to fake news – opowiada ekspert. 

– Druga kategoria to rzeczy, o których piszą, że się wydarzyły, a potem fałszują na to dowody. Tu mamy słynny wyciek listy agentów, na który wszyscy tak czekali. Ta lista się gdzieś w internecie pojawiła i owszem, była wynikiem pracy hakerów, ale białoruskich cyberpartyzantów, którzy rok temu ujawnili listę współpracowników organów bezpieczeństwa – mówi Haertle.

– Trzecia kategoria ataków to wyolbrzymianie tego, co się faktycznie udało. Tutaj mamy informacje o tym, że Anonymous wyłączył szpiegowskie satelity Rosji. Tak naprawdę był to atak na instytucje, które zajmują się łącznością satelitarną, a jego zasięg skończył się na pierwszym kroku. Nie byli w stanie nic aktywnie zmanipulować czy wyłączyć – ocenia Haertle.

Dlatego coraz więcej specjalistów studzi anonymoentuzjazm i zaleca, żeby patrzeć krytycznym okiem na kolejne akcje haktywistów: – Choć nie jest łatwo zweryfikować twierdzenia tych grup, według przeprowadzonych przez nas badań wiele z nich jest fałszywych, a zrzuty ekranu i dane z rzekomych włamań są albo stare, albo były już wcześniej publikowane, albo w wielu wypadkach mają małą wartość – pisze na blogu zajmująca się cyberbezpieczeństwem firma Check Point.

Legion z 4chana

Ciężko jednak entuzjazm studzić, gdy Anonymous przez lata urośli do niemalże hollywoodzkiego obrazu romantycznego hakera-aktywisty walczącego ze złem - od dyktatorów, przez wielkie korporacje, na przestępcach kończąc. I zresztą bardzo skutecznie sami taki wizerunek wspierają, grając naszymi wyobrażeniami o hakerstwie. Zaczynając choćby od warstwy symbolicznej.

„Anonymous to nie grupa, nie organizacja, nie kult. Nie ma znaku, nie ma procesu rekrutacji, przywódców, przedstawicieli i członkostwa. Oficjalnej strony, konta na Facebooku, Twitterze czy YouTubie” – tłumaczy mechaniczny głos na koncie LifeMods na YouTubie.

O Anonymous najlepiej myśleć jak o napędzanym entuzjazmem ruchu społecznym, którego każdy może zostać częścią, jeśli tylko zdecyduje, że chce nią być. Choć nie ma oficjalnych symboli, ma kilka jednoznacznie z sobą kojarzonych: pochodzącą z ekranizacji komiksu „V for Vendetta” maskę Gyua Fawkesa czy człowieka bez głowy na tle globu, który symbolizuje zarówno ich międzynarodowy charakter, jak i brak liderów.

Fot. davide bonaldo/Shutterstock

Może i nie mają oficjalnej agendy, ale, tą, którą się kierują, przynajmniej w oczach publicznych, dobrze oddaje przypięta do konta YourAnonNews deklaracja „uznajemy kilka podstawowych wartości: wolność informacji, wolność wypowiedzi, odpowiedzialność firm i rządów, prywatność i anonimowość dla obywateli”. To bardzo dalekie od głównego celu Anonymous z czasów, gdy powstawali, czyli od „lulzów”.

Anonymous narodzili się na początku lat dwutysięcznych na 4chanie. Gdy na tym popularnym forum użytkownik nie podpisywał się pod wiadomością, system automatycznie oznaczał, że wiadomość pochodzi od anonimowego – Anonymous. Określenie to na tyle się spodobało pewnej specyficznej grupie forumowiczów, że zaczęli się sami tak określać. Ich akcje z początku były robione przede wszystkim dla zabawy. A ta na 4chanie pojmowana była dość specyficznie. Nękali wiadomościami osoby, które im podpadły, zalewali obraźliwymi wiadomościami wybrane kanały czy logowali się do gry Habbo Hotel, ustawiając postaci tak, że tworzyły swastyki czy blokując dostęp do wybranych lokalizacji.

Ich kariera zaangażowanych aktywistów zaczęła się dość niespodziewanie i raczej przypadkiem.

Pod koniec 2006 roku Hal Turner, popularny w internecie popularyzator neonazizmu, obraził jednego z użytkowników 4chana. Anonymous obrali go za cel. W ramach trollerskich ataków regularnie DDoSowali jego stronę, dzwonili do prowadzonego przez niego programu radiowego, blokując linię prawdziwym słuchaczom, i zamawiali do jego domu stosy pizzy oraz prostytutki. Ataki kosztowały Turnera tysiące dolarów w rachunkach za internet – zwiększony ruch na stronie zwiększył obciążenie po stronie hosta, który obciążył Turnera dodatkowymi kosztami.

Co więcej, do akcji dołączyli sprawniejsi hakerzy, którzy dotarli do maili Turnera. Wynikało z nich, że jest on jednym z informatorów FBI. Upublicznienie tej informacji zniszczyło jego reputację w środowisku radykalnej prawicy. Choć bardziej chodziło im wtedy o osobistą zemstę niż walkę z nazistowską ideologią, ich ataki zaczęły przyciągać uwagę opinii publicznej. Telewizja Fox zrobiła o nich krótki materiał, nazywając hakerami na sterydach i terrorystami. I choć przez to kariera Anonymous w mediach nie zaczęła się najlepiej, sytuacja szybko uległa zmianie. Już w 2008 roku Anonymous rozpoczęło przełomową w swojej historii operację Chanology.

Wirtualni Robin Hoodzi

Globalną sławę Anonymous zawdzięczają sławie z Hollywood, czyli Tomowi Cruise'owi.

Kiedy wyciekł film, w którym ten aktor opowiada z mocno niepokojącym entuzjazmem o scjentologii, ta kontrowersyjna organizacja religijna szybko wyczuła, że to nie będzie dobra reklama i próbowała za wszelką cenę pozbyć się jego kopii z internetu. Kościół Scjentologiczny posunął się do tego, że zagroził Gawkerowi sądem, jeśli ta firma nie zdejmie filmu. 

Dla Anonimowych to było jak płachta na byka. Uznali te groźby za atak na wolność słowa, ale tym razem nie ograniczyli się do wyrażania swojego niezadowolenia przez sieć. Po raz pierwszy wyszli na ulicę. Na 10 lutego 2008 r. zorganizowali protesty w ponad 100 miastach rozsianych na całym świecie. A prawdziwi ludzie na nie przyszli. Akcja skierowana przeciwko kościołowi scjentologów było szeroko komentowana w mediach, a Anonymous zyskali dzięki niej miano haktywistów.

Pod maską Guya Fawkesa zaczęły coraz częściej kryć się osoby zainteresowane nie trollowaniem, ale zmienianiem świata. A że każdy mógł się sam mianować członkiem Anonymous, wygląd ruchu zaczął się zmieniać. Nie oznacza to, że wszyscy Anonimowi byli zachwyceni nowym kierunkiem i całkowicie zrezygnowali z głupich żartów. W tym samym roku, a więc 2008, w ramach zabawy przeprowadzono atak na forum dla epileptyków, podczas którego wrzucano animacje, mające wywołać atak u chorych osób.

O takich akcjach było jednak coraz ciszej. W 2011 roku Anonymous ogłosili swoje zaangażowanie w Arabską Wiosnę i protesty Occupy Wall Street, atakowali homofobiczną organizację Westboro Baptist Church, w oczach publicznych z haktywistów awansując w internecie na bojowników o wolność i współczesnych internetowych Robin Hoodów.

Sława Anonymous sięgnęła zenitu w 2012 roku, gdy magazyn TIME wciągnął ich na prestiżową listę najbardziej wpływowych osób świata, a jedno z twitterowych kont Anonymous zaapelowało, żeby ludzie przestali wysyłać im swoje nagie zdjęcia. Po szczycie nastąpiło jednak przesilenie, a o akcjach haktywistów zaczęło się robić ciszej. Głośniej za to było o kolejnych aresztowaniach. Część z nich związana była z atakiem z 2010 roku na gigantów bankowości – Paypala, Mastercard i Visę w zemście za odcięcie WikiLeaks od źródeł finansowania. W wyniku ataku PayPal miał stracić 5,5 mln dol. A policja całego świata zaczęła wyłapywanie kolejnych zaangażowanych politycznie hakerów.

Protest w Nowej Zelandii w 2018 r., w obronie praw zwierząt, wykorzystujący motyw Anonymus, fot. Ricardo Barata/Shutterstock

To osłabiło impet ruchu. Ale nie osłabiło ich sławy, oceny możliwości, jakie kolektywnie mają, szczególnie w obliczu wojny w Ukrainie. Podkreślał ją choćby w SW+ dr Robert Reczkowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu: – Możliwości grupy Anonymous są ogromne. Przypomnijmy, że jest to organizacja międzynarodowa skupiająca elitę cyberprzestępców, w której nie wykluczam, że są również obywatele rosyjscy, białoruscy czy ukraińscy. A więc osoby reprezentujące państwa – strony konfliktu – podkreśla dr Reczkowski.

Pospolite ruszenie haktywistów

Teraz powrócili i obwieszczają kolejne sukcesy. Ale nie tylko oni dołączyli do sieciowych walk między Rosją a Ukrainą. Swoją gotowość do atakowania Rosji w cyberprzestrzeni wyrażają kolejne może mniej znane, ale wcale nie mniej skuteczne grupy: AgaintTheWest, Ghostsec, Georgian Hackers Society Cyborg-Spam of Ukraine czy wspomniani już przy okazji wycieków list rosyjskich agentów białoruscy cyberpartyzanci. Ci ostatni pochwalili się, że dostali się do komputerów nadzorujących system kolejowy na Białorusi.

Spośród tych grup na razie największą sensację wywołało KelvinSecurity Team, które 1 marca sugerowało na Twitterze, że ma dostęp do sieci rosyjskiego reaktora jądrowego. Na dowód opublikowali m.in. wykradzioną bazę danych i film, na którym widać było serwery. Eksperci twierdzą jednak, że baza danych, choć okazała się prawdziwa, zawierała listę dostępnych bez konieczności hakowania prezentacji z różnych rosyjskich instytucji i uniwersytetów. Film był zaś opublikowany już rok wcześniej na YouTubie samego KelvinSecurity.

Sam minister transformacji cyfrowej Ukrainy pobłogosławił takie działania jako ważny element kampanii przeciwko Rosji. 26 lutego Mykailo Fedorov obwieścił na Twitterze, że gromadzi ochotniczy oddział cybernetycznej armii.

W ciągu jednego dnia do koordynującego jej akcje kanału na Telegramie dołączyło 120 tys. osób. Obecnie jest ich tam ponad 302 tys. Informacje na kanale są publikowane po ukraińsku i po angielsku, a wziąć w nich udział może niemal każdy. Regularnie na kanale pojawia się wiadomość ze słowami zagrzewającymi do walki, oceną skuteczności przeprowadzanych ataków i informacją o nowych celach: stronach rządów rosyjskich i białoruskich, banków, przedsiębiorstw czy mediów. Armia z Telegrama nie ogranicza się jedynie do DDoSów, ale też próbuje naciskać na zachodnie firmy, by wycofały się z Rosji, na przykład publikując ich negatywne recenzje w mapach Google.

Na razie jednak nieznane są efekty ich działań. Podobnie zresztą jest w przypadku Anonymous, którzy wrzucają zapowiedzi wielu ataków, ale nie zawsze dochodzą w końcu do skutku. Albo – jak przy zapowiedzi listy tajnych rosyjskich agentów – okazuje się, że publikują materiały, które już dawno były publicznie dostępne.

Pospolite ruszenie hakerskich kolektywów można obserwować po obu stronach konfliktu. Po stronie Rosji działają takie grupy jak Digital Cobran Gang, SandWorm czy Coomingproject. Prorosyjski KillNet twierdził, że zaatakował oficjalną stronę Anonymous w odwecie za ataki na cele rosyjskie. Nieoficjalne konto Anonymous YourAnonNews w odpowiedzi na atak przypomniało, że oficjalna strona Anonymous nie istnieje. Duże straty na wojnie szybko poniosła grupa Conti, która bierze na cel zwykle duże bogate firmy i atakuje je za pomocą ransomware'u. Według raportu opublikowanego przez rząd Irlandii zeszłoroczny atak przeprowadzony przez Conti kosztował Zieloną Wyspę ponad 100 mln dol. Conti, która jako jedna z pierwszych dołączyła do wojny po stronie Rosjan, ogłosiła dzień po rozpoczęciu wojny: „Jeśli ktokolwiek zdecyduje się na zorganizowanie cyberataku lub innej aktywności wojennej przeciwko Rosji, sięgniemy po wszystkie nasze środki, żeby odpowiedzieć, celując w krytyczne dla wroga elementy infrastruktury”.

Jednak już dwa dni później, 27 lutego, założone na tę okazję konto Contileaks prawdopodobnie przez ukraińskiego eksperta od cyberbezpieczeństwa, upubliczniło na Twitterze m.in. zapisy wewnętrznej komunikacji grupy, która sięga aż czerwca 2020 roku, adres konta bitcoinowego Conti, na którym znalazło się 65 600 BTC, a także dowody na współpracę grupy z rosyjskim wywiadem.

To, co może brzmieć jak sensacyjna fabuła hakerskiego thrillera, w rzeczywistości jednak wcale nie jest takie rozrywkowe. Opowiedzenie się w tym konflikcie po jednej stronie Anonymous, a po drugiej Conti zwiększa zagrożenie dla wszystkich – nawet tych, którym wydaje się, że nie biorą udziału w tym konflikcie. „Takie ataki prowadzone w którąkolwiek zwiększają mgłę wojny i powodują dezorientację i niepewność wśród wszystkich” – przestrzega firma Sophos, zajmująca się cyberbezpieczeństwem.

Wszystkie klawiatury na pokład

Grupy rządowe i hakerskie, nawet tak zdecentralizowane i zmienne jak Anonymous, to tylko część coraz bardziej skomplikowanej układanki. W wojnę angażują się także osoby publiczne. Yegor Aushev, współzałożyciel firmy z sektora cyberbezpieczeństwa Cyber Unit Technologies, ogłosił, że zapłaci 100 tys. dol. każdemu, kto znajdzie podatności w kodzie rosyjskich celów. Chętnych do współpracy szuka w mediach społecznościowych. Co ważne, przedstawiciele ukraińskiego ministerstwa transformacji cyfrowej potwierdzili, że współpracują z Aushevem.

W sieci rozwija się wiele inicjatyw zachęcających zwykłego stukacza w klawisze do wzięcia udziału w cyberataku na cele wroga. Kanały redditowe, pokoje na Discordzie czy Telegramie podpowiadają, jak przyłączyć się do wojny i „dołożyć swoją cegiełkę w hakowaniu Rosjan”. 

Nie trzeba do tego wiele ani kompetencji, ani technicznych zasobów. Instrukcje są proste, a narzędzia banalne w obsłudze. Jedną z najprostszych metod dołączenia do pospolitego DDoSowego ruszenia jest otwarcie nowej zakładki w przeglądarce.

Tyle że to dopiero wstęp. Bo zryw do entuzjastycznego hakowania może skończyć się mało przyjemnie. Po pierwsze: DDoS-owanie jest nielegalne. Trzeba też być bardzo ostrożnym, jaką stronę się otwiera i jaki program się ściąga. Nie każdy, kto zapewnia, że atakuje rosyjskie serwery, rzeczywiście będzie to robił, nie każde narzędzie do DDosów będzie gwarantowało bezpieczeństwo udostępniającemu łącze. Wraca też problem powiększania mgły wojny i ewentualnego przeszkadzania w pracy agencjom wywiadowczym, które mogą prowadzić własne ataki w zalewanych przez entuzjastów sieciach.

– Mam głębokie przekonanie, że te działania w znakomitej większości osiągają głównie efekt zadowolenia osób je prowadzących, ale w rzeczywistości efekt nie istnieje. Bo co oni chcą osiągnąć? Pokazać Rosjanom, że robią źle? Jeśli wyłączą im telewizję, to tylko włączają się do narracji Kremla, który mówi: „Zachód nas nie lubi, bo nas nie lubi”. Wyłączenie telewizji doda tylko w tym kontekście argumentów Kremlowi, że trzeba się zjednoczyć w obronie przeciwko Zachodowi. Osiągają efekt przeciwny do założonego – dodaje ekspert z Zaufanej Trzeciej Strony.

Przede wszystkim jednak efekt, jaki już wyraźnie osiągnęli, to uświadomienie, że w wojnie hybrydowej żołnierzami mogą być setki tysięcy ludzi z całego świata. A ofiarami niekoniecznie tylko walczące ze sobą strony.

Właśnie okazało się, że związana z białoruskimi władzami Ghostwriter/UNC1151 (to ona najprawdopodobniej była odpowiedzialna także za wyciek rządowych maili w Polsce, czyli Dworczyk Leaks) zaatakowała witryny polskiego rządu i wojska. Polskie wojsko było zresztą po raz pierwszy – przynajmniej oficjalnie – celem hakerskiego ataku. Wojna w cyberprzestrzeni wylała się więc poza Ukrainę i pozostanie międzynarodowa. Nawet gdy wojna w terenie się zakończy.

Zdjęcie tytułowe: Suawo / Shutterstock