1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Prawicowy zaklinacz umysłów u Zuckerberga. Kim jest Joel Kaplan i jak bronił interesów prawicy na Facebooku?

„Kaplana zatrudniono, by uprawiał lobbing u republikanów na rzecz Facebooka, ale szybko stało się jasne, że jego największym sukcesem było lobbowanie na rzecz republikanów u Facebooka” – zatweetował kiedyś jeden z amerykańskich komentatorów. I szybko usunął tego tweeta. Za to Kaplan nieusuwalnie dba o dobre relacje firmy Zuckerberga z prawicą.

Prawicowy zaklinacz umysłów u Zuckerberga. Kim jest Joel Kaplan i jak bronił interesów prawicy na Facebooku?

Było krótko po listopadowych wyborach. W wielu amerykańskich hrabstwach i komisjach wyborczych wciąż czekano na rezultaty i spierano się o wynik. W pewnym momencie w jednej z nich, kluczowej dla ostatecznego wyniku wyborów, ciśnienie dosłownie wysadziło sufit. Zwolennicy republikańskiego kandydata na prezydenta rzucili się, by fizycznie przerwać ponowne próby przeliczania głosów. „Jeden facet zaczął mnie popychać i kopać, bałem się, że jeśli mnie przewrócą, mogę zostać zadeptany na śmierć” – poskarżył się gazecie „Washington Post” obecny na miejscu przedstawiciel lokalnych struktur partii demokratycznej.

Urzędnicy liczący głosy w końcu się poddali, buntownicy mogli ogłosić sukces, udało im się zakłócić proces wyborczy. Nigdy już nie wrócono do liczenia tych kart i nie sprawdzono podobno wadliwych maszyn do głosowania. Opinia publiczna dopiero po czasie dowiedziała się, że to nie była tylko spontaniczna demonstracja, ale akcja działaczy partii republikańskiej, których ściągnięto w tym celu na miejsce.

Brzmi znajomo? Do tych wydarzeń doszło nie przy okazji ostatnich wyborów w 2020 roku ani w dniu zamieszek w Waszyngtonie 6 stycznia, ale 20 lat temu. Wtedy o urząd prezydenta ubiegali się George Bush i Al Gore, a o zwycięstwo walczono na ułamki procentów, protesty i pięści do ostatniej chwili. Bush, jak wiemy, wygrał – a głosy z pechowej komisji na Florydzie mogły być decydujące.

Między zamieszkami z pewnej komisji w stanie Floryda, które pomogły przeważyć szalę na rzecz Busha juniora i zamieszkami na Kapitolu z 6 stycznia tego roku, jest jeszcze jeden związek. Wśród osób, które były na miejscu w listopadzie 2000 roku i zdaniem niektórych obserwatorów mogły powstrzymać tłum, był pewien młody, charyzmatyczny republikański prawnik nazwiskiem Joel Kaplan. Gdy kilka lat później przesłuchiwała go komisja w amerykańskim Kongresie, przekonywał, że choć był na miejscu, to nie brał udziału w zamieszkach, nie zachęcał do nich, nie widział żadnych problemów i przemocy, więc nie mógł też niczego powstrzymać.

Gdy po zamieszkach 6 stycznia 2021 roku media zaczęły egzaminować platformy cyfrowe – przede wszystkim Facebooka – i ich rolę w podważaniu wyniku wyborów, odpowiedź giganta z Doliny Krzemowej była zaskakująco podobna. Nie zachęcaliśmy do przemocy, nie braliśmy w niej udziału i nic złego nie zrobiliśmy, więc to nie my mogliśmy cokolwiek powstrzymać. Osobą odpowiedzialną za relację Facebooka z rządem i polityczne treści na platformie był w tym czasie najwyżej postawiony w firmie republikanin i konserwatysta. To były działacz partii republikańskiej, urzędnik za czasów Busha, a później prawicowy lobbysta. Ten sam Joel Kaplan.

Joel Kaplan w 2014 roku opowiada, jak w Indiach odbyły się pierwsze tak mocno korzystające z Facebooka wybory

Bohater tej historii wcale nie znalazł się tam przypadkiem. W ciągu 10 lat pracy dla globalnego cyfrowego giganta miał sprawdzić się w wielu rolach: zderzaka, polityka, lobbysty, zaklinacza konserwatywnych umysłów.

Kaplan, Biały Dom, Palo Alto

CV Joela Kaplana w oszczędnych słowach wspomina o wykształceniu i osiągnięciach przyszłego dyrektora Facebooka sprzed 2001 roku. Najpierw dyplom z nauk politycznych na Uniwersytecie Harvarda, potem tytuł prawniczy uzyskany na jeszcze bardziej prestiżowym wydziale tej samej uczelni. Czteroletnia służba w wojsku, a konkretnie w artylerii, gdzie ostatecznie jako młody oficer miał pod sobą 150 osób. Dla większości zwykłych śmiertelników już te osiągnięcia wydają się imponującym dorobkiem. Ale nie robią aż takiego wrażenia na ludziach, którzy celują w sam szczyt szczytów władzy – Biały Dom. A później także Dolinę Krzemową.

Jako absolwent Harvard Law School pracował dla guru konserwatywnych prawników – sędziego Antonina Scalii. Scalia, który zasiadał w Sądzie Najwyższym USA od 1986 do śmierci w 2016 roku, był przeciwnikiem federalnego prawa do aborcji i wszystkich aktów prawnych, które postrzegał jako specjalne przywileje dla mniejszości. Zetknięcie się ze Scalią było oczywiście marzeniem dla młodych konserwatystów marzących o karierze w wymiarze sprawiedliwości i korytarzach władzy Waszyngtonu.

Kaplan na dobre związał się z republikanami na przełomie wieków. Najpierw dołączył do sztabu kampanii prezydenckiej George’a W. Busha (w tej właśnie randze pojawił się w trakcie burdy w komisji wyborczej w 2000 roku), następnie zaś trafił do administracji. Kwestia jego roli w zamieszkach wypłynęła w trakcie przesłuchań towarzyszących powołaniu młodego Kaplana do rządu. Ale nie stanęła mu na drodze i nie zablokowała kolejnych awansów. Pracował więc najpierw jako asystent szefa prezydenckiej administracji (Chief of staff), potem jako urzędnik zajmujący się prezydenckim projektem budżetu. W Białym Domu skończył na pozycji Deputy Chief of Staff for Policy, czyli człowiek numer dwa od spraw ustawodawstwa i wiceszef prezydenckiej administracji. W gabinetowej polityce zaszedł bardzo wysoko, w tej roli pracował dla Busha do końca jego kadencji.

Później szybko odnalazł się jako lobbysta w teksańskiej firmie energetycznej, gdzie osobiste stosunki z byłym prezydentem – też przecież z Teksasu – na pewno nie zaszkodziły. Sam pomysł na holding energetyczno-gazowy jednak nie wypalił, a praca podobno nie była warta rozłąki z żoną, dzieckiem i masy czasu w czterech ścianach teksańskich biurowców. Udało się gdzie indziej dzięki Sheryl Sandberg – dziś osobie numer dwa w Facebooku po samym Zuckerbergu, z którą Kaplan podobno miał przez pewien czas spotykać się jeszcze na studiach. Po jej wskazówkach firma z Menlo Park sięgnęła po usługi Kaplana w 2011 roku. Najpierw zajmował się relacjami z rządem USA, potem awansował na wicedyrektora do globalnych spraw politycznych w firmie Zuckerberga.

Wiceprezydent Dick Cheney podczas spotkania z Davidem Addingtonem, Joelem Kaplanem i Carlosem Gutierrezem. Fot. The U.S. National Archives

Czy to była typowa droga do pracy w Dolinie Krzemowej, a już w szczególności w Facebooku? Chciał on wszak uchodzić za postępową, wyluzowaną firmę, w której zarabianie kasy, zabawa i zbawienie świata miały iść pod rękę. Oczywiście, że nie. Dużo częściej przecież przez obrotowe drzwi do Doliny Krzemowej trafiali ludzie wprost z gabinetów polityków i polityczek partii demokratycznej – taka na przykład Sandberg pracowała dla administracji Billa Clintona, znała się z Hillary Clinton, a po 2008 roku jeszcze powołano ją do rady doradców gospodarczych u prezydenta Baracka Obamy.

Kaplana też nie zatrudniono przypadkiem, lecz by mieć kogoś, kto wyciągnie rękę do konserwatystów i prawicy. A nawet radykalnej prawicy, bo Zuckerberg potrzebował tam swojego człowieka. Powody zatrudnienia Kaplana nie były tajemnicą, pisała o nich prasa już w 2011 r.

Kaplan wywiązał się ze swojego zadania. Zdaniem niektórych problem z czasem zaczął polegać na tym, że wywiązywał się wręcz za dobrze. „Kaplana zatrudniono, by uprawiał lobbing u republikanów na rzecz Facebooka, ale szybko stało się jasne, że jego największym sukcesem było lobbowanie na rzecz republikanów u Facebooka”. Na ten tweet Kevina Roose'a, wpływowego dziennikarza technologicznego NYT, powołuje się portal Yahoo w artykule z sierpnia 2020 r. W czasie pracy nad tekstem dla SW+ link do tweeta był już martwy.

Facebook do prawicy: lubię to!

W połowie maja 2016 roku pewien rutynowy news stał się pretekstem dziwnej i brzemiennej w skutkach wycieczki. Trwała już kampania przed amerykańskimi wyborami prezydenckimi, a portal Gizmodo – a za nim już największe redakcje w USA – podał, że Facebook cenzuruje prawicę i jest wobec niej uprzedzony. Podobnych podejrzeń – czasem zasadnych, czasem nie – były wcześniej tuziny, ale akurat to zadziałało jak katalizator. Pracownicy redagujący zakładkę „trending topics”, która prezentowała najbardziej popularne tematy z mediów, mieli rzekomo nagminnie pomijać newsy i tematy istotne dla konserwatystów. Zarzucano im, że nie promują tematów np. z protrumpowskiego portalu Breitbart News, o ile nie piszą o nich również tytuły głównego nurtu w rodzaju „New York Times”. Z jednej strony oczywiście był to dowód uprzedzeń, z drugiej jednak: szefem Breitbart News Network był Steve Bannon, działacz polityczny, który został potem szefem kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa. Traktowanie Breitbart News jak normalnej redakcji, a nie politycznego narzędzia, samo w sobie byłoby nadużyciem. 

Niektórzy zauważyli trzeźwo, że większym skandalem niż bolączki prawicy były same kłamstwa Facebooka na temat funkcji „trending topics”. Firma dawała bowiem do zrozumienia, że zakładka odzwierciedla tematy, które organicznie znajdują zainteresowanie i popularność wśród ponad 160 milionów użytkowników platformy w USA. Że to taka obiektywna, wygenerowana dzięki mądrości algorytmu, lista newsowych przebojów. Jednak Gizmodo jasno pokazał, że tak nie jest. Po drugiej stronie okienka siedzą ludzie, którzy według własnego uznania układają listę niezależnie od wyników plebiscytu. Aktualnie „cenzura” dotyka prawicy, ale jak podkreślali także komentatorzy z przeciwnej strony barykady – jak Glenn Greenwald – „to tylko dowód na to, co dzieje się, gdy Dolina Krzemowa kontroluje treści w internecie”.

Najwyższa kadra zarządzająca Facebookiem postanowiła osobiście wyjaśnić prawicy, że to wszystko jedna wielka pomyłka i nie grozi jej nic ze strony firmy Zuckerberga. Właśnie Joel Kaplan jako najwyżej postawiony dyrektor firmy zajmujący się relacjami z politykami dostał zadanie złagodzenia tego kryzysu. Wersje tego, kto był autorem pomysłu pogodzenia się z prawicą, są różne. Jedna mówi, że Kaplan zadzwonił do ówczesnego doradcy Trumpa i lobbysty Barry’ego Benneta (pracował dla Trumpa, rządów Zimbabwe i Kataru oraz Julii Tymoszenko; ma dziś zajęte środki na koncie w związku z postępowaniami przeciw niemu, toczy się w jego sprawie również śledztwo Departamentu Sprawiedliwości). Druga wersja – opisana niedawno w wyśmienitej książce Maksa Chafkina „The Contrarian” – podpowiada, że okrągły stół Facebooka i medialnej prawicy wymyślił kontrowersyjny miliarder Peter Thiel, patron samego Zuckerbega, jeden z pierwszych inwestorów wspierających jego firmę i po dziś dzień członek jej zarządu. Thiel zresztą chwilę później – w sierpniu 2016 roku – otwarcie poparł kandydaturę Donalda Trumpa i wystąpił na konwencji partii republikańskiej.

W maju 2016 roku po staraniach Kaplana do siedziby Facebooka zaproszono Tuckera Carlsona i Glenna Becka z FOX News oraz dziesiątkę nazwisk związanych z prawicą. Zuckerberg i Sandberg osobiście zrobili dla gości prezentację o tym, jak działa algorytm i starali się ich uspokoić. Niektórzy, jak przedstawiciele Breitbarta, odmówili udziału w spotkaniu – twierdząc, że zadowoli ich tylko wywiad „jeden na jeden” z samym Zuckerbergiem. Nie dało się jednak ukryć, że firma zrobiła co w jej mocy, żeby ukorzyć się przed wpływowymi prawicowcami. Według niektórych relacji spotkanie przerodziło się w coś na kształt partyjnej sesji samokrytyki, podczas której można było do woli wytykać Sandberg i Zuckerbergowi „liberalno-lewicowy odchył”. Beck, jeden z najbardziej znanych prezenterów radiowych prawicy ostatnich dekad i przez długi czas jedna z twarzy telewizji FOX News, stwierdził wprost: „dali mu popalić”. 

Wkrótce po tym spotkaniu Zuckerberg wydał oświadczenie, w którym podkreślał, że Facebook jest platformą „dla wszystkich idei”, gdzie „wszyscy powinni móc swobodnie wyrażać, cokolwiek zechcą”.

Teściowa Kaplana i rosyjskie trolle

Po zwycięstwie Trumpa posiadanie kogoś o konserwatywnej wrażliwości dla Facebooka stało się wręcz konieczne. Kaplan stał się osobą, z którą warto było konsultować coraz więcej decyzji. Stało się to przedmiotem głośnego (i w swoim czasie jednego z największych) reportażu o politycznych problemach Facebooka, jaki opublikował w listopadzie 2018 roku „New York Times”

Zaczęło się, gdy na początku 2017 roku amerykańskie agencje wywiadowcze (obsadzone wciąż jeszcze ludźmi demokratów i Baracka Obamy) poinformowały świat, że mają dowody wskazujące na rosyjską dezinformację na platformach społecznościowych. Dokument sam w sobie był dosyć powierzchowny, ale Facebook wiedział, że mowa również i o nich. Firma na własne oczy widziała ślady podejrzanej aktywności. Jej zespół ekspertów w tym samym czasie pracował nad raportem na ten sam temat. Zanim jednak opublikowano ustalenia Facebooka, z dokumentu skrupulatnie usunięto słowo „Rosja”. Dlaczego? „Jeśli będziemy dalej pogrążać Rosję, republikanie będą mogli nas oskarżyć o wspieranie demokratów” – miał według dziennikarzy „New York Timesa” przekonywać swoich kolegów i przełożonych Kaplan. Lepiej więc sobie darować. Nie ma co przesadnie lansować się na walce fake newsami, bo – jak cytowała Kaplana gazeta – „nawet moja teściowa obserwuje strony założone przez rosyjskich trolli”.

Platforma zareagowała według już sprawdzonego schematu – wolała, jak ujął to Kaplan, nie drażnić niedźwiedzia. Nie wiadomo, czy gra słów była świadoma, ale wiadomo było, że miał na myśli Trumpa i republikanów, nie Putina i Rosję. Facebook wolał wziąć część winy na siebie niż antagonizować prawicę albo prezydenta-elekta. W jednym się jednak Kaplan na pewno nie mylił: w oczach republikanów i Trumpa publiczne mówienie o Rosji, trollach, hakerach i dezinformacji było co najmniej kłopotliwe, o ile nie wprost odbierane jako atak. W tym sensie Facebook i partia republikańska szybko odkryły wspólnotę interesów.

Zdaniem zarówno rzeczników firmy, jak i cytowanego przez portal Yahoo Finance Elliota Schrage'a, ówczesnego szefa samego Kaplana, decyzja o takim prowadzeniu komunikacji została podjęta kolektywnie i polityczne naciski czy preferencje nie miały na nią wpływu. Na doniesienia „New York Timesa” Facebook zareagował oświadczeniem, w którym jasno wini Rosję za nadużycia na platformie i przyznaje się do „zbyt wolnej” reakcji na podejrzane działania. Firma zaprzecza jednak, jakoby wobec Trumpa stosowała inne standardy niż w pozostałych sprawach dotyczących wolności słowa. Potępia też wypowiedzi Trumpa o muzułmanach z 2015 i 2016 roku, które – jak mówi oświadczenie – „są odrzucające dla wielu”, nawet jeśli zgodne ze standardami Facebooka. Ale między oświadczeniem Facebooka a zdarzeniami opisywanymi przez gazetę minęły już wówczas dwa lata.

Mark Zuckerberk, konferencja Viva 2018 r., fot. Frederic Legrand - COMEO/Shutterstck.com

Od 2016 roku zaś – pisał „New York Times” – „zespół Kaplana przejął większą rolę w relacjach z Waszyngtonem, rutynowo przeglądając informacje prasowe wychodzące z firmy, aby wyłapać słowa czy frazy, które mogłyby zirytować konserwatystów”.

Partia polityczna Facebook

W międzyczasie zatrudnianie kolejnych polityków i ludzi z korytarzy Waszyngtonu w Facebooku prowadziło do tego, że firma sama zaczęła zachowywać się jak partia polityczna. Kaplan ściągnął do Facebooka choćby Kevina Martina, za czasów Busha szefa istotnego ciała regulacyjnego – Federalnej Komisji Komunikacji. Kolejnym po Elliocie Schrage’u szefem Kaplana również został polityk, tyle że z Wielkiej Brytanii, Nick Clegg. Sheryl Sandberg i wspomniany Andy Stone również mieli za sobą przeszłość w polityce. „Zatrudnijcie jeszcze więcej siepaczy od Busha, co może pójść nie tak?!” – krzyczały oburzone głosy na Twitterze

Coś rzeczywiście poszło nie tak. Zawodowi lobbyści w firmie postanowili wykorzystać do zarządzania wizerunkiem taktyki znane z polityki. „Czarna magia zakulisowych intryg Waszyngtonu zawitała do Doliny Krzemowej” – barwnie opisywał swoim czytelnikom nowe doniesienia „New York Times”. Facebook zatrudnił bowiem – według doniesień prasowych na zlecenie Kaplana i Martina – związaną z prawicą firmę od „czarnego PR-u”, Definers Public Relations. Firma również była związana przez swojego przedstawiciela w Dolinie Krzemowej z politycznym klanem Bushów, lecz nie Georgem W. tylko jego bratem, Jebem. Definersi mieli przeprowadzić znany ze świata polityki „opposition research”. Czyli znaleźć brudy na przeciwników: zarówno ze świata technologii, jak i życia publicznego. Operacja nie odniosła większego sukcesu, bo zbyt szybko ujawniły ją media.

Facebook autentycznie przeraził się, gdy do prasy wyciekły informacje o tym, co i kogo mieli dla nich prześwietlić magicy z Definers. Jednym z celów był bowiem kapitalista-filantrop George Soros, który wcześniej krytykował Facebooka m.in. podczas forum ekonomicznego w Davos. Sandberg – która miała nie wiedzieć, kto i po co zatrudnił firmę Definers – podobno wpadła w panikę. Soros był częstym obiektem teorii spiskowych i antysemickich ataków. Gdyby okazało się, że Facebook dołożył do nich choćby dolara ze swojego budżetu na PR, byłaby to w rzeczy samej kompromitacja i katastrofa. Na szczęście dla Facebooka okazało się, że nic z materiałów przygotowanych przez Definers nie wspierało tezy o antysemickim ataku na Sorosa. Przeciwnie, to grupy protestujące przeciwko firmie – takie jak koalicja Freedom from Facebook – rykoszetem oberwały zarzutem antysemityzmu (Sanberg i Zuckerberg są Żydami). „Bardzo szanuję George’a Sorosa, a wymierzone w niego antysemickie teorie spiskowe są obrzydliwe” – pisała w odpowiedzi Sandberg

Facebook natychmiast zakończył współpracę z Definers, a winę wziął na siebie Schrange i sama Sandberg. To jednak Kaplan stał się przeciwnikiem numer jeden lewicowych grup i ruchów społecznych protestujących przeciwko polityce Facebooka. „Panie Zuckerberg, mamy dość pańskich pustych obietnic. Joel Kaplan nie może współdecydować o tym, czy usunąć lub przywrócić konto Donalda Trumpa po tym, jak latami ignorował zagrożenia dla użytkowników Facebooka i dla demokracji. Domagamy się natychmiastowego zwolnienia Joela Kaplana i przeprosin dla wszystkich użytkowników dotkniętych hejtem, przemocą i dezinformacją” – apeluje od 2018 roku petycja organizacji Color of Change (która, tak się składa, rzeczywiście korzystała ze wsparcia filantropijnej sieci Sorosa).

Petycje, takie jak ta, być może przynoszą tylko odwrotny od zamierzonego skutek. Facebook nie może wyrzucić jednego ze swoich najważniejszych dyrektorów, bo tego żądają od niego autorzy anonimowego listu. To by stworzyło precedens, a Zuckerberg byłby najdalej trzeci w kolejce do wyrzucenia. Szef firmy przy każdej podobnej okazji mówi, że dla minimalnej różnorodności opinii musi być w Facebooku choć jeden republikanin.

Ręczne sterowanie pod politykę

Gdyby ktoś powiedział, że w Facebooku działa ideologiczna cenzura na telefon, zdziwiliby się nawet najwięksi krytycy firmy. Choć może nie prawicowcy z portalu Breitbart czy Fox News, którzy uważają, że właśnie ona ich dotyka. Rewelacje portalu Buzzfeed z ostatniego roku pokazują, że tak było. Tylko interwencje, o jakich mowa, działały nie przeciw, a na korzyść prawicy i konserwatystów na platformie.

Najpierw poszło o wideo właśnie z protrumpowskiego portalu Breitbart, które miało sugerować fałszywe terapie na COVID-19 i z tego powodu automatycznie kwalifikowało się do usunięcia z platformy. Zanim to się stało, wideo i tak zgromadziło idącą w miliony widownię na samym Facebooku (zdaniem znanego komentatora Caseya Newtona – ponad 20 milionów). Rozzłoszczeni pracownicy Facebooka zaczęli wiercić dziurę w brzuchu swoich przełożonych: dlaczego Breitbart i inne media przyłapane na szerzeniu dezinformacji wciąż cieszą się dostępem do priorytetowych zakładek newsowych i specjalnego programu partnerskiego dla mediów działającego w Stanach na takich samych zasadach jak wszystkie inne media?

Zuckerberg odpowiadał, że Breitbart złamał reguły tylko raz w ciągu ostatnich 90 dni i nie ma drugiego dna tej historii. „Jednak sami pracownicy Facebooka zgromadzili dowody na to, że Breitbart – oraz inne prawicowe media – cieszą się specjalnymi przywilejami” – pisał Buzzfeed. Źródła Buzzfeeda mówiły, że we wszystkich tych sprawach pojawiają się odciski palców jednej osoby: Joela Kaplana.

fot.klevo/Shutterstock

Osoby z Facebooka, do których dotarł Buzzfeed, mówiły, że Kaplan osobiście albo ludzie z jego zespołu – czyli odpowiadający za lobbing i kontakty z politykami – kwestionowali decyzje moderatorów, próbowali wywierać presję na niezależnych fact-checkerów i ingerować w proces selekcji dopuszczalnych reklam na platformie. Za każdym razem ingerencje faworyzowały jedną stronę: prawicę. Doniesienia te potwierdził później niezależnie portal POLITICO w ramach projektu Facebook Papers.

Naciski miały czasami przyspieszyć decyzję w sprawie jakiegoś fanpejdża, czasem maksymalnie odwlec potencjalnie niekorzystny rezultat dla wydawcy, który wydaje sporo na reklamy. Innym razem Kaplan miał rzekomo zablokować propozycje usługi „Common Ground”, promującej bardziej umiarkowane treści newsowe wewnątrz platformy, bo w jego ocenie byłoby to nie fair dla mediów prawicy.

Zdaniem Buzzfeed to również Kaplan wpłynął na Zuckerberga, by złagodzić ban bohatera altprawicowego internetu Alexa Jonesa, a także innych prawicowych influencerów w 2019 roku. Jones został ostatecznie zablokowany, ale nie zakazano promocji jego hipotez. Facebook zapowiedział – i po części wywiązał się z tego – masowe usuwanie kont i treści powiązanych z ruchem białej supremacji o tym, jak zamachowiec z Christchurch w Nowej Zelandii (a później jego naśladowcy) próbowali streamować swoje zbrodnie za pośrednictwem platformy. 

Ujawniona przez POLITICO wewnętrzna notatka Facebooka z grudnia 2020 roku porównuje sytuację firmy w trumpowskiej Ameryce do położenia mediów w krajach, gdzie zmuszone są one do współpracy czy dogadywania się z rządem. „W prawdziwie niezależnych mediach standardy są dużo wyższe niż u nas” – pisał nieznany z nazwiska inżynier lub koderka. „Rządy mają świadomość wpływu Facebooka na debatę publiczną. Domyślam się więc, że politycy domagają się – wprost lub pośrednio – od nas specjalnych przywilejów, a w obecnej strukturze firmy zespół Public Policy [czyli m.in. Kaplana – przyp. red.] może zrealizować ich żądania, bo ma kontrolę również nad decyzjami dotyczącymi treści”.

To jest sytuacja, którą w świecie polityki nazywamy konfliktem interesów. „Powszechne są skargi na to, że na nasze decyzje produktowe wpływają względy wprost polityczne” – mówi dalej notatka. W odpowiedzi przesłanej portalowi POLITICO Facebook podkreśla, że decyzje w przypadkach opisywanych przez portal nie były konsultowane wyłącznie z zespołem Kaplana, a z wieloma działami odpowiadającymi za różne prawne, biznesowe i techniczne aspekty działania platformy. 

„Odgrzewanie wkoło tej samej zużytej teorii spiskowej o wpływach jednej osoby w Facebooku nie czyni tej teorii prawdziwą” – przysłał odpowiedź rzecznik Facebooka. Dokładnie tę samą, słowo w słowo, jaką pół roku wcześniej dostał portal Buzzfeed.

Lojalność Kaplana

Może jednak rzecznicy Facebooka mają trochę racji, a ta historia opowiada tak naprawdę o czymś innym?

Był 28 września 2018 roku i w amerykańskim Senacie trwało przesłuchanie nominacyjne kandydata do Sądu Najwyższego, Breta Kavanaugh. Nad Kavanaugh wisiały zarzuty o rzekomą napaść seksualną, jakiej miał dopuścić się jako student wobec dwa lata młodszej dr Christine Blasey-Ford, dziś profesorki psychologii na uniwersytecie w Palo Alto. Większość Amerykanów przed telewizorami i ekranami komputerów nie zwróciła pewnie od razu uwagi na pewien szczegół tego przesłuchania, który dla pracowników centrali Facebooka był widoczny aż za dobrze i kłuł w oczy. 

Dwa rzędy za przesłuchiwanym kandydatem wśród członków jego rodziny siedział Joel Kaplan. Kavanaugh był po liberalnej i lewicowej stronie sporu politycznego w USA darzony gorącą nienawiścią. Nie tylko ze względu na zeznania dr Ford, ale także po prostu dlatego, że jego kandydaturę wysunął Trump. A polityczna nominacja do Sądu Najwyższego być może skompromitowanego kandydata oznaczała przejęcie jeszcze większej kontroli nad tą instytucją przez trumpistów. W Facebooku wybuchła zrozumiała burza i wewnętrzny skandal. Na zdjęciu, które obiegło media, widać spokojnego Kaplana, który przysłuchuje się wystąpieniom, a obok wściekłe i zgorszone miny na twarzach innych bliskich sędziego Kavanaugh, jego żony i matki.

Kaplan napisał notatkę dla pracowników firmy z przeprosinami za cały niesmak, jaki wywołała jego obecność na przesłuchaniu. Ale później i tak wydał przyjęcie dla Kavanaugh i jego bliskich z okazji zatwierdzenia nominacji przez Senat. Kavanaugh i Kaplan przyjaźnili się od wielu lat, jeszcze ciaśniej podobno przyjaźniły się małżonki obu mężczyzn, które także poznały się jeszcze za czasów pierwszej kadencji Busha. Zuckerberg osobiście wyjaśniał, że Kaplan miał prawo zrobić to, co zrobił i nie złamał żadnej firmowej zasady. Ale z Facebooka płynęły sygnały, że lepiej byłoby, gdyby Kaplan ograniczył się wyłącznie do prywatnego przyjęcia z udziałem sędziego.

Zdecydowana większość obserwatorów i komentatorów uznała akcję Kaplana za bezczelną demonstrację poglądów politycznych i znak tego, jak blisko jeden z czołowych ludzi w Facebooku trzyma się z Trumpem i jego ludźmi. Jednak gest Kaplana miał też drugie dno. 

Kaplan wcale nie chciał przypodobać się Trumpowi ani zdystansować wobec własnej firmy – zresztą prywatnie nie darzył Trumpa sympatią. Postanowił jednak pokazać coś innego: swoją lojalność. Tak jak stał za Bushem i interesem prawicy, tak jak stał za Facebookiem, tak będzie stał za swoim przyjacielem, choćby osobiście naraziłoby go to na krytykę. Była to postawa, którą – według wielu doniesień – próbował przenieść na grunt firmy.

Legendarny znak Facebooka przy wjeżdzie do firmy w Menlo Park, fot. achinthamb/shutterstock

Lepiej znosić lewicową złość, ale zachowywać się fair wobec wszystkich stron sporu i wiedzieć, gdzie leży nasza lojalność, niż ulegać każdemu rodzajowi presji. Kaplan uważał, że bardziej opłaca się wykazać tego rodzaju „zrównoważeniem” niż nie pokazać żadnych pryncypiów. Z jego decyzji Facebook wspierał finansowo w wyborach kandydatów i partie zawsze w parytecie 50:50 i pomagał w organizacji obu konwencji: republikanów i demokratów, o ile tego chcieli. Tak samo po równo oferował własnych specjalistów i pomoc w korzystaniu z narzędzi Facebooka w trakcie kampanii wyborczych. Choć z tego, co wiemy, sztab Hillary Clinton w 2016 odmówił (co być może ostatecznie drogo kosztowało samą kandydatkę) tego wsparcia.

„Kaplan ma swoje polityczne wartości, ale nie ma swojej politycznej agendy” – bronią go w wywiadach przyjaciele i byli szefowie. Twierdzą, że to człowiek, który nigdy nie rozgrywa personalnych spraw kosztem interesu partii. A dziś partią Kaplana jest Facebook. „Znam ludzi, którzy kwestionują jego poglądy, ale nie znam ludzi, którzy kwestionują jego uczciwość” – mówił Josh Bolten, inny z jego przełożonych z czasów pracy dla administracji Busha. Może więc też jest tak, że Facebook – jak całe życie publiczne Ameryki – wpadł w wir wojen kulturowych, z których nie ma dobrego wyjścia? I rację ma też do pewnego stopnia sam Zuckerberg, że gdyby Facebook słuchał się tylko lewicowych i liberalnych głosów, to równie dobrze mogliby zamknąć platformę dla połowy Ameryki. W imię różnorodności lepiej mieć choć jednego konserwatystę na pokładzie – jednego na 60 mln Amerykanów, którzy i tak zagłosują na Trumpa.

Jakub Dymek – kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym”. Związany z tygodnikiem Przegląd". Wątek sukcesów medialnych i komunikacyjnych prawicy w minionej dekadzie rozwija w książce z 2018 roku „Nowi Barbarzyńcy”. Można go również czytać na portalu Substack.

Zdjęcie tytułowe: Spotkanie Prezydenta Donalda Trump z Markiem Zuckerbergiem w Owalnym Gabinecie we wrzesniu 2019 r. fot. US White House, Joiyce N. Boghosian