1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

NFT, metaverse, internet 3.0. Nie kumasz? Spoko, wszyscy jesteśmy w tym dziadersami

– Kupujesz sobie markowe buty w tradycyjnej, fizycznej wersji. Dodatkowo jest kod QR i możliwość zakupu NFT z tym butem. Takiego z konkretnym numerem serii i partii tak, by mieć te buty też jako dobro cyfrowe. Przecież to oczywiste, że to w czym chodzisz w cyfrowym świecie dużo o tobie mówi – mówi Joanna „frota” Kurkowska, badaczka i analityczka trendów z firmy G2A.com o tym jak za kilka lat będzie wyglądało nasze życie w metaverse.  

NFT przedstawiający Nyan Cata (bo taką nazwę nosi internetowy mem) sprzedanno za prawie 600 tysięcy dolarów
137 interakcji
dołącz do dyskusji

Jeszcze na początku tego roku NFT i metaverse wydawały się być dziwną pieśnią technologicznej przyszłości. Fantastycznymi pomysłami, które przemawiają co najwyżej do najbardziej zaawansowanych fanów przenoszenia życia do wirtualnego świata. Jednak kiedy głośne stały się kolejne inwestycje w tokeny NFT, a tą formą finansowania swojej działalności zainteresowali się nowi twórcy, sprawa zrobiła się poważna.

Co więcej, Mark Zuckerberg dokonując ucieczki przed kolejnymi oskarżeniami o unikanie odpowiedzialności za negatywny wpływ Facebooka na ludzi, ogłosił, że teraz jego firma zaczyna inwestycje w metaversum. Czyli nowej wersji internetu 3.0, który od strony finansowej mają naapędzać tokeny NFT. Zuck chce zatrudnić do tworzenia tego internetu przyszłości tego 10 tys. osób, a nawet z tej okazji planuje zmianę nazwy firmy. I właśnie wejście tego giganta technologii tak szybko i zdecydowanie w ten temat jest najlepszym sygnałem, że ta trochę fantastyczna wizja przyszłości z mediami społecznościowymi ery 3.0 jest znacznie bliżej, niż się spodziewaliśmy.

Tylko co to faktycznie oznacza, czym są te całe NFT, dlaczego powinniśmy się nimi interesować i jak szybko wejdziemy w świat będący mieszanką mediów społecznościowych, gier on-line, komunikatorów i blockchain? A przede wszystkim dla kogo tak naprawdę ten świat jest tworzony? O to wszystko pytamy Joannę „frotę” Kurkowską, badaczkę i analityczkę trendów z firmy G2A.com.

Joanna frota Kurkowska Fot. Daria Szczygieł

Sylwia Czubkowska: NFT, czyli non-fungible token, niewymienialny token – to brzmi bardzo poważnie. A potem słyszymy, że kupując je, ludzie płacą ogromne pieniądze za jakieś jpg z kotkami. Dlaczego? O co tu w ogóle chodzi?

Joanna „frota” Kurkowska: To nawet nie kotki, tylko takie generowane piksele. Podstawą tej technologii, kupowania przez nią dóbr jest potrzeba tzw. ownership, czyli chęć posiadania. Chęć posiadania nam, ludziom towarzyszy od zawsze, od zarania dziejów i ta potrzeba przeniosła się teraz w cyfrowy świat. Na przykładzie: kiedyś w latach 80. i 90. kolekcjonowało się puszki coli, można było dzięki temu pokazać, że jest się modnym, mieć namiastkę kolorowego, kapitalistycznego Zachodu w domu.

Teraz psychologicznie podobnym trendem, modą jest zbieranie NFT. Dodatkowo działa tu też chęć pokazania się. Owszem, nie każdy element kupowany jako NFT kosztuje miliony czy nawet setki tysięcy dolarów. Ale takie się zdarzają. A im droższy, tym lepszy, możemy się troszeczkę w internecie dzięki temu polansować. Zauważają to już media społecznościowe. Twitter umożliwia na przykład weryfikację NFT jako swojego zdjęcia profilowego. Jest możliwość pokazania, że jesteś jego posiadaczem.

To jest bardzo ciekawe porównanie z tym zbieraniem puszek. To był wtedy sposób na odreagowanie komunistycznej biedy. Mamy coś takiego pięknego, zachodniego…

Kolorowego i potwierdzającego nasz status. 

Ustawialiśmy gdzieś te puszki na regale z meblościanki tak, by każdy gość mógł je zobaczyć. I z NFT jest podobnie? To takie udowodnienie, że jestem w stanie pozwolić sobie na cyfrowe posiadanie, takie trochę festyniarskie, ale też tajemnicze, niekoniecznie zrozumiałe dla zwykłych ludzi.

Dokładnie. I wokół tego zjawiska zaczyna się już rozwijać niezły biznes, kolejne usługi. Przy czym dużo zachowań, które na tym rynku funkcjonują, są po prostu odwzorowaniem naszych zachowań znanych z realnego świata. Powstają choćby startupy albo strony opensourcowe, które się skupiają na tworzeniu galerii z tych obrazków zakupionych w NFT. Podłączasz tam swoje konto i możesz sobie ustawiać te potwierdzone własnością dobra, jak chcesz. To jak w realu, gdy kupujesz sobie sztukę, to też chcesz ją gdzieś pokazać.

Drogi obraz wieszało się w salonie, w widocznym miejscu. A teraz zakupiony plik NFT, tak jak powiedziałaś, wrzucamy sobie na profilówkę na Twittera.

Albo do takiej galerii, w której sobie ustawiasz kolejność tych obrazków. Coraz bardziej hot topikiem są teraz wszelkiego rodzaju ramki, wyświetlające jpgi, czyli taki łącznik świata cyfrowego z prawdziwym. Ludzie kupują sobie te ramki i zmieniają wyświetlane NFT. Picassa sobie nie zmienisz, możesz co najwyżej założyć sobie inny obraz na ścianę. Natomiast tutaj programujesz kolejne grafiki.

To brzmi jak ten startup Mateusza Kusznierewicza z ramkami do wyświetlania zdjęć podłączonymi do WiFi. Wystartował jakieś sześć lat temu i nie zostawiono na tym pomyśle suchej nitki, że pomysł no niespecjalnie innowacyjny.

Rzeczywiście to podobny koncept. Ramki Kusznierewicza nie były może „VR-em swoich czasów”, który musiał trochę poleżeć, żeby dojrzeć i stać się technologią faktycznie rozwijaną i przyszłościową. Ale to pokazuje, że pewne pomysły, technologiczne zamysły wracają. Tyle że znajdują sobie nowego konsumenta, który właśnie tego produktu w danym momencie potrzebuje. A przy NFT, choć to takie cyfrowe zjawisko, to okazuje się jednak, że ludzie chcą mieć jakąś fizyczną namiastkę. Oczywiście nie wszyscy, bo ten świat NFT jest bardzo, bardzo złożony i jedni są już mocno zanurzeni w digitalu. Natomiast inni potrzebują po prostu zrobić taką małą galerię sztuki.

Fot. mundissima / Shutterstock.com

Czyli mamy konsumentów, klientów, którym marzy się coś ciekawego do kupienia, żeby się wyróżnić, ale też by mieć to poczucie posiadania oryginału. Z drugiej strony mamy coraz szybciej rozwijający się ekosystem, który na tym zarabia. Ale mamy też przeróżnych twórców, którzy znaleźli tutaj nowy sposób monetyzacji swojej sztuki czy czasem wręcz siebie jako twórcy. Musimy więc chyba wytłumaczyć, że jako NFT nie są sprzedawane tylko pliki jpg.

Wszystko jest sprzedawane. Co sobie wymarzysz, cytując zespół L.O.27: „możesz wszystko”. Od mp3, przez jakieś urywki filmów, cyfrowe kolaże, twitty. Głupio to powiedzieć, bo to jest straszny banał, ale tak naprawdę tylko wyobraźnia nas ogranicza. W przyszłości to się dopiero będzie działo, jak zjawisko wyjdzie bardziej do mainstreamu i więcej ludzi zacznie po prostu bawić się nowym formatem prac i dóbr cyfrowych.

W Polsce najgłośniejsze były dwie sprzedaże: Doda sprzedająca swoje „ciało” w postaci kilkuset tokenów i MartiRenti sprzedająca swoją „cyfrową miłość”. Brzmi to tak fantastycznie, że aż można podejrzewać tu jakiś skok na kasę.

Co ważne, obie akcje były robione przez tę samą firmę. Platformę Fanadise powiązaną z agencją marketingową DDOB. 

Dokładnie. Dlatego właśnie mam wrażenie, że były to raczej akcje marketingowe niż faktyczne, oddolnie wymyślone monetyzacje za pomocą NFT. Wzięto takie potencjalnie głośne oraz nośne koncepcje i postaci, by w mainstreamie narobić szumu wokół NFT.

Póki co inaczej się nie da. Jeśli nie weźmiesz sobie influencera, to mainstream jest jeszcze niedotykalny w tym formacie. Ludzi tu ewidentnie poruszają takie historie i one mogą dotrzeć do szerszego odbiorcy. Słuchałam wykładu Bartka Sibigi z Fanadise, który stoi za tymi kampaniami i on tłumaczył, że owszem, w sercu projektu jest technologia NFT, ale ich targetem jest masowy użytkownik. Dzięki temu chcą wyjść poza bańkę zapaleńców.

Myślisz, że jest na to szansa? Że powiedzmy w przeciągu 2-3 lat NFT stanie się masowym zjawiskiem?

Mam taką nadzieję. Bo to naprawdę jest szansa na odświeżenie modeli finansowych. To może być ogromna konkurencja dla Kickstartera czy Patronite, czyli oddolnego społecznościowego finansowania: czy twórców, czy ciekawych projektów. Z racji mojego zawodu i zainteresowań bardzo kibicuję w tym zakresie branży gamingowej oraz rozrywkowej, a te dwie branże są nierozerwalne ze społecznościami. Nie jest to oczywiście regułą, ale to, co produkujesz albo prezentujesz, raczej nie poradzi sobie rzucone w próżnię. Prędzej czy później trzeba zbudować dookoła „produktu” tę mityczną wspólnotę. Nie sprzedasz gry, jeśli nie zbudujesz społeczności, nie sprzedasz koncertu, nie mając tej społeczności. I tutaj NFT otwiera bardzo dużo różnego rodzaju alternatywnych opcji finansowych. Widać też kolejne branże, gdzie powoli zaczyna się takie myślenie, np. handel nieruchomościami – taki NFT może być jak księga wieczysta.

Natomiast dla mnie to jest technologia, która najszybciej może zmienić oblicze rynku eventowego. Artysta zbiera na trasę czy wydanie swojego albumu, jednak nie robi tego za pomocą platform crowdfundingowych, tylko sprzedaje NFT-ki. Kupujący zaś w zamian dostaje przykładowo potwierdzenie oryginału dostępu do premierowego wydania albumu. Więc jest i inwestorem, i zarazem ma to dobro wcześniej z potwierdzeniem swojego stanu posiadania. 

Ten mechanizm może też zadziałać w sporcie. Jest taki przykład koszykarskiego zespołu Toronto Raptors, który robił licytacje na NFT-ki będące kluczami do miasta Toronto. Do każdego z tych kluczy były dopisane jakieś dobra. Za najdroższe – rzędu 5 tys. dolarów – dostawało się przydział świetnych miejsc na arenie. Zaś biznesowy influencer Gary Vaynerchuk, znany jako GaryVee, w tym roku odpalił projekt VFriends polegający na sprzedaży ponad 10 tys. tokenów NFT. To były takie karty z rysunkowymi zwierzakami, a wśród nich drobna część niosła za sobą nie tylko potwierdzenie własności, ale także wsparcie w postaci mentoringu od GaryegoVee. Dla niego była to możliwość zarobienia, ale także zbudowania wspólnoty. Więc widać, że wielu twórców, artystów upatruje w NFT alternatywy do wynagradzania ich pracy tak, jak alternatywą dla bankowości tradycyjnej miał być blockchain.

Ale jak porównasz NFT z blockchainem i krypowalutami, to przecież one miały już dawno wejść do mainstreamu, zmienić bankowość. I owszem zmieniają, ale nie jest to aż tak szybki proces i nie tak łatwo przyswajalny przez masowego klienta, jak sobie kilka lat temu wyobrażano. Więc może i z NFT nie będzie tak prosto?

Musimy sobie zadać pytanie, dlaczego to nie jest łatwo przyswajalne? Przecież wciąż samo założenie portfela kryptowalut jest dla ludzi już totalnie odstraszające i za trudne. Trzeba zapamiętywać czy zapisywać 12 lub więcej wyrazów, bo jeśli je zgubisz, to nie możesz ich odzyskać. Nieraz była już taka sprawa, że ktoś zapomniał keywordów, keypassów i kończyło się przeszukiwaniem śmietników. Więc już samo to wejście jest bardzo trudne dla zwykłego użytkownika. Dodatkowo ograniczeniem jest, że ludzie wciąż boją się kryptowalut. Natomiast cały gaming i związany z nim branża rozrywkowa stara się wykonywać działania, żeby to uprościć, nagrywa filmiki instruktażowe, pracuje nad totalnym uproszczeniem tego procesu. Tu upatruję szans na umasowienie blockchainu, a potem też NFT. Szczególnie, że przecież dziś gry i granie to już praktycznie naturalne środowisko dla wszystkich młodych.

I tu jest może clue? Bo może my, pokolenia starsze niż 30 lat, jesteśmy w tym wszystkim po prostu dziadersami? A blockchain, kryptowaluty i NFT w masowym użyciu będą dopiero dla pokolenia alfa, dzisiejszych 10-latków, ludzi, którzy urodzili w świecie mobilnym i w nim się wychowują?

Rzeczywiście tak jest. Wszelkie badania wskazują, że najbardziej chętne do całej zabawy, testowania nowych modeli finansowych są dzisiejsi 15-18 latkowie, a mocny entuzjazm kończy się na ok. 30. roku życia. Wtedy ludzie zaczynają się obawiać o bezpieczeństwo tych wszystkich nowych rozwiązań. Dochodzi jeszcze obawa przed spadkami na giełdzie. Bitcoin w ciągu roku miał początkowo kurs o wartości 30 tys. dolarów, wzrósł do ponad 60 tys., potem spadł do niecałych 20 tys., a teraz znowu rośnie i ma wartość grubo ponad 60 tys. Strata takiej ilości gotówki w wyniku mocno szalejącego kursu dla niektórych osób jest nie do przejścia mentalnie.

Z drugiej strony mamy te 10-letnie dzieciaki, które chcą kupować jakieś bajery w grach czy inne rzeczy związane z ich idolami, influencerami, więc zaczynają się powoli interesować tym tematem. Przykładem są cyfrowe waluty występujące w grach, czyli robux w Robloxie czy waluta fortnitowa. To nie są jeszcze kryptowaluty, ale dzieciaki mają już dzięki nim zrozumienie, że to jest waluta, która jest cyfrowa i ma swoją konkretną wartość. Myślę, że jak zapytasz osoby z naszego pokolenia, czy chciałyby za coś zapłacić robuxami, to nie będą miały ani ochoty, ani za bardzo nie będą wiedziały, co to jest. Ale jakbyś zapytała 10-latków, to odpowiedź będzie „super, mega, 1000 robuxów, wchodzę w to”. To jest bariera umysłu, którą trzeba przejść i albo to zrobisz, albo nie.

Pamiętam swoją transformację w kierunku tego nowego świata. Jak mnie w 2017 roku kolega przekonywał, że bitcoin i blockchain to przyszłość, najlepsza technologia i rewolucja na lata, też mocno nie ufałam. Totalnie otworzyło mi głowę dopiero DeFi, czyli zdecentralizowane finanse. Potem odkryłam gry blockchainowe. Teraz rozmawiamy sobie o tych NFT-kach głównie z perspektywy miliona dolarów za obrazki z internetu, bo tak wciąż wygląda NFT w masowym odbiorze. Przebijają się najmocniej opowieści o jpg z twittami czy śmiesznymi grafikami sprzedawanymi za 70 milionów dolarów. To działa na wyobraźnię, ale nie tłumaczy, co się faktycznie stało, na czym polega ta cała rewolucja, która dzieje się na naszych oczach. 

A co się stało?

Nagle okazało się, że można być faktycznym właścicielem nie tylko fizycznego dobra, ale pliku cyfrowego i dzięki tym wszystkim innym projektom związanym z NFT, o których już wspominałyśmy, można otrzymywać w ten sposób pewnego rodzaju klucz do kolejnych usług czy dóbr.

To już brzmi trochę prościej. Choć i tak wciąż powszechną reakcją jest takie poczucie mindblow i komentarze „nie rozumiem już świata, w którym żyjemy”.

Wiem, wiem. Albo reakcje, że jeżeli tak jest, to ja się zwalniam z roboty i będę robił tylko głupie obrazki i sprzedawał je w formie NFT za te miliony. To są komentarze, które najczęściej słyszę. Dzisiaj w rozumieniu ludzi ciężar technologii NFT skupia się na tym, ile się można dzięki niej dorobić. Jeszcze trudne do ogarnięcia rozumem jest to, że ważniejsza jest zmiana modelu myślenia o własności i co jej podlega. 

Pamiętam, jak kilka lat temu czekałam na pierwszy w Polsce przypadek postawienia zarzutów za kradzież wirtualnego miecza czy innego itemu z gry. Wszyscy wiedzieli, że w którymś momencie do tego dojdzie i mimo wszelkich oporów mentalnych policja będzie zmuszona przyjąć takie zgłoszenie. I rzeczywiście, w Polsce pierwsze takie sprawy pojawiły się w okolicach 2012 roku i budziły ogromne poruszenie. Dzisiaj są już normą, nikogo nie zaskakują, bo jest zrozumiałe, że niematerialne dobra też mają swoją konkretną wartość.

To jest chyba właśnie konkluzja filozofii NFT. Owszem, digital assets, czyli cyfrowe dobra, nie muszą być NFT-kami, ale dobrze tłumaczą zjawisko. Pamiętam, jak w czasach mojego liceum czy późnej podstawówki zbierało się i wymieniało takimi rzeczami, jak skórki do Winampa czy ikony do Windowsa. Nie miały one jakiejś wartości, za nie nikt nie zapłacił, ale sprawiało to frajdę, że codziennie można było zmienić skórkę do Winampa. Natomiast wraz z NFT-kami, gdzie masz potwierdzone prawo własności oryginału, to zjawisko jest takie na sterydach. Bo w przypadku NFT chodzi o potwierdzenie, że jest się true digital owner. Chodzi o ten certyfikat własności, który potwierdza własność danego dzieła, utworu, produktu. A wraz z tą własnością dochodzą kolejne benefity dla twórców danego dzieła – nie tylko artystów. 

Mam poczucie, że cały czas wracamy do naszej psychologii w tym świecie, który jest światem teoretycznie wirtualnym, ale w rzeczywistości jest lustrzanym odbiciem świata fizycznego.

Nie jest szczególnie odkrywcze to, że wszystko już wymyślono, a teraz tylko na nowo to definiujemy. Dlatego myślę, że przyszłość czyha na nas w kwestii połączenia digitala z physicalem. Następne 2-3 lata będą w tzw. trendzie digital-physical. Będzie można sobie kupić buty w normalnej wersji. Będzie się szło do markowego sklepu i za nie płaciło, a dodatkowo pojawi się opcja skanu kodu QR i zakupu NFT z tym butem, z konkretnym numerem serii i partii tak, by mieć też dobro cyfrowe. Będzie można sobie postawić w galerii tego buta albo, jak już technologia będzie pozwalała, użyć go po prostu w którejś z gier. Przecież to oczywiste, w czym chodzisz w cyfrowym świecie, też dużo o tobie mówi. I tu jest spory biznesowy potencjał, ile nowych marek może powstać, robionych po prostu przez społeczność żądną takich rozwiązań.

Robionych przez tych ludzi, którzy to czują, rozumieją, czyli właśnie młodsze pokolenia. Kryptowaluty, blockchain były objawem buntu, woli zmiany w bankowości po kryzysie 2008-2010 roku, kiedy się okazało, że tradycyjne produkty finansowe doprowadziły do sporych problemów finansowych. Odpowiedzią miało być rozproszenie, zdecentralizowanie płatności, które, jak już mówiliśmy, wciąż nie jest mentalnie proste do zrozumienia dla ludzi i chyba prędzej zacznie działać wśród najmłodszych. Może wraz z nimi idzie po prostu nowa ekonomia, w której NFT nie będzie już ciekawostką, tylko powszechnym instrumentem?

Rzeczywiście póki co twórcy NFT są wciąż często dziadersami. To pokolenie 30-40 latków próbuje jakoś tworzyć, zawiadywać tym, ale z różnym skutkiem. Za to widzę, ilu młodszych użytkowników po prostu cieszy się tym, że mają realny wpływ na świat, w którym się obracają. Dla nich ten nasz obecny świat niejednokrotnie zawodził. Jest pełen takich rzeczy, jak ceny nieruchomości, na które nie mają wpływu i mieć na pewno nie będą. Tu natomiast mają wpływ na stworzenie czegoś, czego będą realną częścią.

Wiesz, co jeszcze nas zawiodło i to już widzimy bardzo wyraźnie i masowo? Big Techy i media społecznościowe.

I dlatego wierzę, że kolejne social media będą już oparte o metaverse. To się zresztą już dzieje. Widać to choćby po decyzji Facebooka – takiej jego ucieczce do przodu od oskarżeń o działania niekorzystne dla użytkowników w stronę inwestycji w metawersum. Faktycznie jesteśmy coraz bliżej tego internetu opartego na gamingu powiązanego z socialami i rozszerzoną rzeczywistością.

Metaverse – teraz dopiero czytelnik łapie się za głowę. Wytłumaczmy, czym jest, a raczej czym ma być ten nowy, cyfrowy świat.

To jest dość skomplikowane zadanie. Ten świat mediów społecznościowych 3.0 ma być czymś w rodzaju globalnej sieci, na którą będą się składać połączone ze sobą i współdzielone trójwymiarowe przestrzenie oferujące różne usługi. Co więcej, każdy użytkownik ma mieć możliwość budowania w metawersum takiej własnej przestrzeni w znacznie bardziej zaawansowany sposób, niż mamy to dziś w mediach społecznościowych. Ta koncepcja ciągle się zmienia. Pół roku temu byłam przekonana, że metaverse będzie jeden wspólny. Dziś widać jednak, że to mogą być światy różnych bigtechowych korporacji, które niekoniecznie będą się tak bardzo przenikać. Do tego może przecież dążyć Facebook, ogłaszając swoją inwestycję. Więc pojawia się ważne pytanie, czy te dzisiejsze błędy Big Techów nie zostaną powtórzone przez ludzi także w social media 3.0? Póki co rozmawiamy o takim metawersum, które jest fajne, bardziej punkowe. Są oddolne projekty, codziennie wychodzi coś nowego, ma mieć na niego duży wpływ inwencja użytkowników. Ale co się stanie, jak tam wjedzie jakiś duży pieniądz?

A wjedzie. Co najlepiej widać po wspomnianym już Facebooku, który przecież zapowiedział zatrudnienie 10 tys. ludzi do budowy metaverse.

Widać to też po tym, jak fundusze inwestują w gry na blockchainie, jak są zainteresowane NFT. Pytanie, czy my się czegoś nauczyliśmy? Czy jako ludzie, twórcy wyciągnęliśmy lekcję z tego, co działo się przez ostatnie 10 lat?

Myślę, że to jest w dużej mierze pytanie do najmłodszego pokolenia, czy ono się nauczy na naszych błędach? Czy nie pozwoli sobie na pewne rzeczy, wiedząc, jakie były historie z Big Techami, mediami społecznościowymi? Czy pozwoli na tak silną monopolizację tych przyszłych metawersowo-krypto-gamingowych sociali, opartych na komunikatorach i przenoszalności naszych danych?

Fajnie by było o tym porozmawiać z jakimś 10-latkiem i usłyszeć, co on ma do powiedzenia w takim kontekście. Pamiętasz taki trend, że jak się dzieci rodziły 9-10 lat temu, to rodzice im już konto zakładali, żeby zaklepać imię i nazwisko? Ciekawe, czy one w ogóle z tych kont będą korzystać, czy dla nich te nasze współczesne sociale nie będą zbyt paździerzowe?

Podsumowując: jak za 2-3 lata będziemy jeszcze raz rozmawiały o NFT, to jakie będziemy miały wnioski?

Że na początku było tak fajnie, że było dużo punku, chaosu, nikt nic nie wiedział albo tylko udawał, że wie. A teraz to już wszystko tak okrzepło. Bo tak samo, jak sobie przypomnisz, wyglądały początki Facebooka, Instagrama i innych sociali. Nikt nic totalnie nie wiedział, a ile biznesów na tym wyrosło: od agencji reklamowych po nowe zawody. Mnie też ciekawi, jaki wpływ NFT i gry blochainowe będą miały na rynek pracy. Spójrzmy na to, jaki Axie Infinity ma wpływ na Filipiny, gdzie ludzie coraz bardziej masowo nie muszą wykonywać ciężkich prac fizycznych. Bo jak jest wybór pomiędzy sprzątaniem, jeżdżeniem w taksówce, ciężką pracą w małym sklepie a siedzeniem w domu, graniem sobie w grę przez ileś godzin i zarabianiem podobnej kwoty pieniędzy, to jednak wygrywa to drugie.

Teraz pomyślmy sobie, oczywiście hipotetycznie, bo to się raczej nigdy nie zdarzy, że połowa ludzi na całym świecie, wykonująca te bardzo ciężkie i bardzo potrzebne zawody, nagle stwierdza: mam dość. I woli grać w grę, na której będzie zarabiać jakieś konkretne kwoty. Można się więc zacząć zastanawiać, czy model play to earn nie stanie się podstawą dochodu gwarantowanego. W tym sensie, że będzie gwarantowany, jeżeli samemu się go wypracuje w gierce. Myślę, że na takie pytania jeszcze nie uzyskamy odpowiedzi w ciągu dwóch lat. Ale jestem bardzo ciekawa, jak to się wszystko skończy. Albo jak to się dopiero zacznie, bo jesteśmy pod tym kątem dopiero w piaskownicy.

Zdjęcie główne: Axel Decimo/shutterstock.com