1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Dziennikarskie zero, geniusz, skandalista. Wszystkie twarze Krzysztofa Stanowskiego

W ciągu dnia Krzysiek robi obchód po ogrodzie. Sprawdza, czy wszystkie rośliny żyją, może coś nowego zakwitło albo któraś czegoś potrzebuje? Wieczorem Stanowski rozjeżdża w Hejt Parku Jasia Kapelę. Kim jest Krzysztof Stanowski, który był gościem Kuby Wojewódzkiego?

Krzysztof Stanowski
592 interakcji
dołącz do dyskusji

– Chuj ci w dupę, wyłudzaczu, dziękuję bardzo! – mówi podniesionym głosem do słuchacza Krzysztof Stanowski podczas jednego z czerwcowych Hejt Parków. Przysłuchującym się temu gościem programu jest Wojciech Kowalczyk, były reprezentant Polski, srebrny medalista olimpijski z przeszłością w ligach hiszpańskiej i cypryjskiej. Zanim tam wyjechał, grał w Legii Warszawa.

Jest 1994 rok, „Kowal” walczy z Legią o mistrzostwo Polski przeciw Górnikowi Zabrze. Przed meczem to jego nazwisko, a nie nazwę klubu, skandują kibice na trybunach. Gdzieś wśród nich jest 12-letni Krzyś Stanowski z tatą, który ciągnie syna na pierwsze mecze. Krzyś jest pod wrażeniem, to jego pierwszy raz na stadionie. A ten Kowalczyk, chłopak z bloków, jest prawdziwym bohaterem trybun. Zapewne w międzyczasie kibice śpiewają też, co i w co sędziemu, ale nie ma to znaczenia. Chłopiec łapie dzięki tacie i popularnemu „Kowalowi” bakcyla. Zaczynają się regularne wizyty przy Łazienkowskiej.

Rozwijając nową pasję, jednocześnie przeżywa osobistą tragedię – jego tata coraz ciężej choruje. Gdy nie może już chodzić z synem na mecze, wysyła starszą siostrę do opieki. Na początku 1997 r. ojciec Stanowskiego umiera. Mija miesiąc, gdy chłopak pisze maila do „Przeglądu Sportowego”. Choć komputery dopiero wchodzą do Polski, 14-letni Krzysiek potrafi to zrobić, bo informatyka jest jego drugą obok piłki pasją. Zresztą to tata kupił mu pierwszego peceta, na którym syn uczył się programować.

W tamtym czasie polski futbol nie odbiega swoim stanem od stanu samych boisk. Co prawda Legia Warszawa i Widzew Łódź zdobywają awanse do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale są to jeszcze czasy, gdy w tych rozgrywkach faktycznie biorą udział mistrzowie krajowych lig, a nie drużyny z drugich, trzecich czy czwartych miejsc. Reprezentacja kraju dostaje raz za razem baty. Polska liga jest sponiewierana korupcją wśród piłkarzy, trenerów i działaczy oraz bandyterką z latającymi po głowach zawodników nożami i zabójstwami chuliganów w ulicznych porachunkach włącznie. „Sędzia chuj” to na stadionach nie wulgaryzm, lecz zwyczajowe przywitanie kibiców.

„Dzień dobry, mam na imię Krzysiek, mam 14 lat i chciałbym być dzienikarzem” – mniej więcej tak brzmi mail wysłany do gazety. Mężczyźnie, który na niego odpisze, Stanowski zadedykuje po 19 latach książkę – na poły o sobie, na poły o piłce nożnej – „Stan futbolu. Tajemnice boiska, szatni i piłkarskich gabinetów”. Co prawda Wojciech Kowalczyk zdążył przenieść się zagranicę, ale młody Krzysiek jest już wkręcony w piłkę na maksa. Chce jeździć na mecze, pisać ciekawe teksty i wzbudzać nimi zainteresowanie u czytelników.

Niedługo potem pisze jeden z pierwszych artykułów. W zasadzie to tekścik-zapychacz w środku gazety na samym dole strony. „Sieć komputerowa zaczęła się rozwijać tak dynamicznie, że doczekaliśmy pierwszych list dyskusyjnych. Ich sposób działania jest prosty – każdy, kto zostanie przyjęty do tego klubu komputerowego, odbiera i jeśli chce wysyła swoje internetowe wiadomości” – pisze w jednym z pierwszych artykułów w marcu 1997 r.

Gdy w 2021 r. w Hejt Parku w towarzystwie swego młodzieńczego idola Kowalczyka wypowiada do słuchacza wspomniane na początku przekleństwo, w sieci komputerowej ogląda go na żywo ponad 30 tys. osób. Dziś niemal 39-letni Stanowski jest jej królem. Wysyła swoje internetowe wiadomości w ilościach hurtowych – zwłaszcza na Twitterze, gdzie jego zasięgi liczone są w milionach.

Bluzgi rzucone w stronę słuchacza są zasłużone. Dzwoniący jest sprzedawcą cudownych garnków, kołder i odkurzaczy. Przypadkiem jedno z tych ostatnich sprzedał babci żony dziennikarza. Za 2900 zł. Nie wiadomo, po co konkretnie dzwoni, prowadzący szybko przerywa, przeklina, a reżyserka zrzuca telefon.

Tak wulgarna scenka nie jest typowa dla Stanowskiego, ale jeśli komuś miała się przytrafić, to nie dziwne, że akurat jemu. Otaczają go sytuacje budzące emocje, przypadkowe lub sprowokowane przez niego samego. Co jakiś czas wywołuje falę komentarzy, tweetów, a czasem także artykułów w mediach. Pod jego nazwisko próbują podczepić się niektórzy influencerzy lub influencerzy in spe; reklamodawcy proszą, by wspomniał ich w programie choćby negatywnie; na Kanale Sportowym najwięcej osób zbiera się właśnie, gdy to on prowadzi Hejt Park. Sam kanał na YouTube subskrybuje już 550 tys. internautów.

Człowiek, którego trzyma się draka

W sercu Mordoru – warszawskiego kotła białych kołnierzyków – na drugim piętrze jednego ze starszych budynków znajduje się siedziba Weszło, a od ponad roku także Kanału Sportowego. Długi korytarz, kilka pomieszczeń, studio, green screen, za nim duża przestrzeń z rekwizytami: jest tekturowy Leo Messi, są szaliki klubowe, piłki, lodówka Tyskiego i płótno, na którym namalowany Stanowski rzuca Jasiowi Kapeli sto złotych za to, że ten jeszcze przez 10 minut będzie na wizji.

Za godzinę Anglia zagra z Danią w półfinale Euro 2020. Po meczu Krzysztof Stanowski poprowadzi Hejt Park. Tym razem gościem będzie Igor Lewczuk, piłkarz Znicza Pruszków (a dawniej m.in. Legii Warszawa i francuskiego Girondins Bordeaux). Mijamy studio, green screen, siadamy na kanapie, włączam dyktafon. Stanowski jest u siebie – rozkłada się wygodnie, kładąc nogi na stole. Jest ubrany w krótkie spodenki, t-shirt i adidasy. Zbliża się dla niego finisz miesięcznego maratonu: nie tylko relacjonował Euro 2020 i niemal codziennie prowadził programy, ale i zarywał noce, bo na drugim końcu świata o prymat mistrza kontynentu biją się piłkarze z Ameryki Południowej. A wśród nich ten najukochańszy – Leo Messi.

– Regularnie ktoś stara mi się zaszkodzić, póki co nieskutecznie. Głupio by zabrzmiało, gdybym powiedział, że to niemożliwe, bo pewnie jest możliwe. Ale jednocześnie mam przekonanie, że sobie w życiu poradzę – mówi, przegryzając rybę z frytkami, którą dostarczył mu przed chwilą kurier. W tym celu zdejmuje nogi ze stołu.

Najnowsza draka dotyczy współpracy Kanału Sportowego i Telewizji Polskiej właśnie w czasie Euro oraz odsunięcia Dariusza Szpakowskiego od komentowania finału tego turnieju. W artykule „Rzeczpospolitej” dziennikarze Mirosław Żukowski i Stefan Szczepłek zarzucają Markowi Szkolnikowskiemu, dyrektorowi sportu w TVP, że ten m.in. „daje antenę wielu słupom reklamowym, np. twórcom napędzanego hazardowymi pieniędzmi Kanału Sportowego”. Chodzi m.in. o Mateusza Borka, Tomasza Smokowskiego czy Stanowskiego. Ten pierwszy w trakcie Euro komentował mecze, włącznie z finałem w zastępstwie Szpakowskiego. Drugi występował w pomeczowych studiach. Trzeci od niecałych trzech lat ma w TVP Sport program „Stan futbolu” – ten sam, który jest emitowany w Weszło, TVP po prostu także udostępnia sygnał (dawniej program był współemitowany w Eleven Sports, a jeszcze wcześniej w Sportklubie).

To nie pierwszy raz, gdy padają tego typu zarzuty. Krzysztof Stanowski był prawdopodobnie pierwszym dziennikarzem, który podjął się działań na rzecz biznesu hazardowego, gdy w 2006 roku został przedstawicielem firmy Bet24 na Polskę. Współpraca z bukmacherami to jeden z koronnych argumentów krytyków Stanowskiego. On sam uważa jednak, że krytyka ta zawsze wynika wyłącznie z personalnej, nakierowanej na niego antypatii. Mimo że reklamowanie hazardu stanęło na przeszkodzie nawet... telewizji TVN 24. Niedawno Marcin Meller chciał go zaprosić do programu „Drugie śniadanie mistrzów". Stanowski zaproszenie przyjął, ale po godzinie okazało się, że władze stacji nie zgadzają się na jego występ. Powód: Stanowski jest ambasadorem firmy bukmacherskiej Fuksiarz.

– Nie mają amunicji, więc sięgają po to. Mnie to śmieszy. To mniej więcej tak, jakbym ja się czepiał Michała Białońskiego, który pracę dziennikarza godził z prowadzeniem sklepu z warzywami – odpowiada dziennikarz. Jednak to o nim słyszy się w kontekście środowiskowych wojenek, choć sam zapewnia: – Kilka osób może mnie nie lubi, ale w każdej branży ktoś się z kimś lubi, a ktoś nie. Zdecydowanie więcej mam dobrych przyjaciół i znajomych niż kos.

I dodaje: – Dość swobodnie wyrażam swoje opinie na temat innych ludzi, ich talentu, przyzwoitości lub jej braku. A ludzie są pamiętliwi i wystarczy, że raz coś napiszesz, by potem się mocno do takich ocen przywiązywali. Większość osób gryzie się w język, wychodząc z założenia, że nie wiadomo, co życie przyniesie, z kim będzie trzeba pracować, kto będzie twoim szefem. Ja nie mam tego typu obaw.

Gdy zbieram materiały do artykułu, kolejni dziennikarze sportowi proszą o anonimowość. – Najlepiej, jak twoje nazwisko nie pojawia się przy jego nazwisku – tłumaczy jeden. Inny wprost pyta, co dobrego może mu dać fakt, że coś o Stanowskim powie w artykule? – Bez nazwiska proszę, ale jakbyś miał jakieś problemy ze Stanowskim, to potwierdzę to, co Ci opowiedziałem - mówi kolejny. A Stefan Szczepłek, współautor artykułu z „Rzeczpospolitej”, rzuca tylko: – Nie mam najmniejszej ochoty o nim rozmawiać. To osoba, która nic dobrego zawodowi dziennikarza sportowego nie przynosi. W zasadzie to już nawet nie dziennikarz, tylko biznesmen.

Kłamstwo Dziennikarskiego Zera

Jeden z tych środowiskowych sporów trafił do sądu. W 2017 r. w cywilnym procesie o ochronę dóbr osobistych Stanowskiego pozwał dziennikarz sportowy Dariusz Tuzimek. Obaj pracowali ze sobą w latach 2004-2005 w „Przeglądzie Sportowym”, gdy Tuzimek był zastępcą naczelnego, a Stanowski szefem działu piłkarskiego. Tuzimkowi nie spodobały się fragmenty książki „Stan futbolu”, w której Stanowski opisywał tamte czasy. W kilku akapitach przedstawił Tuzimka w mocno negatywnym świetle.

Maj 2021 roku. 56. odcinek „Stanowiska” – autorskiego programu, w którym Stanowski opowiada głównie o piłce nożnej ze swojej perspektywy. Tym razem jednak program składa się z pytań od widzów. Ktoś porusza kwestię procesu z Tuzimkiem. Dziennikarz tłumaczy, że nie pamięta przebiegu dyskusji w sądzie. Relacjonuje tak: „Zapadł wyrok w pierwszej instancji, nie ostatniej i ten wyrok jest taki, że jest dwóch rannych, bym powiedział. Ja jestem z niego zadowolony, bo co najważniejsze, nie muszę przepraszać Dariusza Tuzimka. Po drugie, nie muszę mu płacić odszkodowania za to, że miał reklamować alkomaty chyba i że mu ten kontrakt reklamowy przepadł. Generalnie ja dostałem duże koszty sądowe, Darek dostał duże koszty i wydawnictwo dostało koszty. Wydaje mi się, że tu są sami ranni i nie ma zwycięzcy stuprocentowego”. Na koniec bagatelizuje całą sprawę: „Odbieram to, jakby pani sędzia powiedziała: nie przychodźcie więcej do mnie z tymi bzdurami, bo nie mam czasu na coś takiego i dla przestrogi wam dopieprzę”.

Na poniższym filmie Krzysztof Stanowski mówi to od drugiej minuty:

Stanowski nie powiedział jednak wszystkiego. Cały wyrok brzmi bowiem korzystniej dla Tuzimka. Stanowski przegrał na kilku frontach. Po pierwsze sąd zakazał wydawnictwu (a w uzasadnieniu wyroku dodał, że tyczy się to także Stanowskiego) publikowania i rozpowszechniania w jakiejkolwiek formie kilku fragmentów książki „Stan futbolu” dotyczących właśnie Tuzimka. Stanowski ma też usunąć kilka fragmentów artykułów o Tuzimku ze strony Weszło. Poza tym sąd zasądził, że Stanowski razem z wydawnictwem Czerwone i Czarne mają wpłacić solidarnie na rzecz Tuzimka 15 tys. zł plus liczone od czterech lat odsetki. Dopiero kolejne cztery punkty wyroku to kwestie opłat kosztów sądowych i tylko o nich w programie wspomina Krzysztof Stanowski, odpowiadając na pytanie widza.

Dariusz Tuzimek mówi o tej sprawie wprost: – W wielu miejscach książki Krzysztof Stanowski pozwolił sobie na zupełny luz, kompletnie nie licząc się z faktami. Sprytnie miesza fakty, prawdy i nieprawdy z ocenami w taki sposób, że czytelnik nie wychwyci, co jest opinią autora, a co faktem. Łatwo z kogoś zrobić głupka, przykleić mu łatkę, dorobić gębę. Skandale dobrze się sprzedają. Autor cynicznie wykorzystuje to, że mało kto jest w stanie zweryfikować, jak było naprawdę. Przede wszystkim ma być ostro i bezkompromisowo, mniejsza o resztę. Kiedyś o jednym jego koledze napisano: „Wali prosto z mostu, a jak się pomyli, to nie przeprasza, tylko dalej wali. Spod mostu”. Wydaje mi się, że ta opinia pasuje nie tylko do jego kolegi.

Obie strony odwołały się od wyroku (Tuzimek domaga się przeprosin, wydawnictwo uznaje wyrok za niesprawiedliwy). Termin rozpoczęcia procesu w drugiej instancji nie jest znany. – Nikt przede mną nie odważył się na wytoczenie mu procesu. Wiadomo, to są koszty, czas, stres, więc nie każdy się zdecyduje. Wiem, że byli tacy, co próbowali, ale mieli kłopot nawet z doręczeniem wezwania do zaprzestania naruszania dóbr osobistych, bo dziwnym trafem nikt nie odbierał awizo. Nie odpuściłem tematu, bo wiedziałem, że Stanowski napisał nieprawdę. A nieprawdy nie można udowodnić, nawet jak się do tego zaprzęgnie stado kumpli, pracowników i znajomych. Dlatego liczę, że sprawiedliwości stanie się zadość – mówi Tuzimek.

Co by napisał Stanowski

Cała czwórka tworząca Kanał Sportowy zaczynała karierę dziennikarską w latach 90. Najmłodszy z nich Stanowski jednocześnie najwcześniej stawiał pierwsze kroki. Pisząc maila do „Przeglądu Sportowego”, był w ósmej klasie podstawówki. – Byłem wtedy najmłodszy w „Przeglądzie” i moje zadania można by określić jako „przynieś, wynieś, pozamiataj”, ale poza tym posiadałem cenną umiejętność obsługiwania skrzynki mailowej – wspomina Michał Rosiak, przez lata dziennikarz sportowy, obecnie ekspert cyberbezpieczeństwa w CERT Orange Polska. To on w 1997 roku odebrał i odpisał na maila od 14-letniego Stanowskiego. – Faktycznie pomyślałem, że przyjdzie dzieciaczek, to przynajmniej odciąży mnie przy odbieraniu telefonów od czytelników. I tak na początku było: oto przyszedł młody, pokorny chłopak, który chce się czegoś nauczyć. Brał się za wszystko, bardzo lgnął do wiedzy, był bardzo pracowity. Wyglądało, jakby miał plan na siebie – dodaje Rosiak.

Stanowski wspomina, że miał olbrzymie szczęście. Ówczesna redakcja „Przeglądu Sportowego” złożona była ze świetnych i chętnych do pomocy dziennikarzy. Młody Krzysiek spędzał w redakcji każdą wolną chwilę, czasem późną nocą odbierała go stamtąd autem matka. Dobierał zdjęcia do artykułów, układał tabele ligowe, relacjonował mecze niższych lig. Raz spytał szefa działu piłkarskiego, czy może wyjść na pół godziny, bo musi sprawdzić, czy dostał się do liceum. Po powrocie został przywitany oklaskami przez zespół. Ówczesny „Przegląd” nazywa „rodziną zastępczą”.

Awans do liceum zbiega się z piętnastymi urodzinami i pierwszą relacją z meczu piłkarskiej ekstraklasy. Na spotkanie Widzewa Łódź ze Stomilem do Olsztyna zawozi go mama. Zaczyna jeździć regularnie, jego pozycja w redakcji rośnie, choć daleko mu jeszcze nawet do matury. – Poznałem Krzyśka w przedziale pociągu, gdy miał jakieś 15-16 lat i jechał na ten sam mecz, na który jechałem ja z Januszem Basałajem. Już wtedy wiedziałem, że potrafi świetnie pisać, ale nie miałem pojęcia, że jest tak młody – wspomina Tomasz Smokowski, jeden z czterech, obok Stanowskiego, Michała Pola i Mateusza Borka, twórców Kanału Sportowego.

Michał Rosiak przypomina sobie, jak ze Stanowskim dostali zadanie opisać derby Warszawy z dwóch perspektyw: Rosiak jako kibic Polonii, a Stanowski Legii. – Napisałem, jak to kibicuję Polonii, jaki to ważny dla mnie mecz itd. Krzysiek natomiast był z kibicami przed meczem, był na trybunach, potem świętował po meczu i zrobił z tego reportaż. Gdy oddaliśmy artykuły i to przeczytałem, pomyślałem: „ja pierdzielę, jaki zajebisty tekst, szkoda, że sam takiego nie napisałem”. Zasłużył na wszystko, co dzisiaj ma, bo bardzo mało jest ludzi z takim piórem – mówi.

Pióro już wtedy było ostre. Krzysztof Stanowski lubi wspominać historię, gdy jako licealistę na stadionie Legii zagadnął go ówczesny jej trener Władysław Stachurski.

– Widzi pan tę topolę? – wskazuje leciwy trener na stojące przed stadionem drzewo.
– Widzę.
- Ładna, prawda?
- No, ładna.
– A wie pan, co by napisał redaktor Stanowski? „A dlaczego, kurwa, jedna topola, a nie dwie?!”.

Czytelnicy z całej Polski o talencie młodego dziennikarza mogli się przekonać w 2003 roku, gdy jako 20-latek wydał książkową autobiografię Wojciecha Kowalczyka. Tego samego, którego nazwisko skandowali kibice, gdy mały Krzyś pierwszy raz przyszedł na Łazienkowską. Najpierw cała historia była drukowana w „Przeglądzie Sportowym” – dzień po dniu 39 odcinków. Potem została wydana w formie książki. To wtedy po raz pierwszy poczuł dumę. – Zobaczyłem tę książkę w Empiku na półkach. Zaczaiłem się z boku i patrzyłem, czy ktoś ją będzie kupował. Poza tym jestem raczej osobą, która twardo stąpa po ziemi i nie wpada w dumę z byle powodu – zaznacza. Barwne pióro Stanowskiego i barwne życie Kowalczyka sprawiły, że książka sprzedała się znakomicie, a o autorze usłyszało więcej osób niż ówczesna liczba czytelników „PS”.

Dawny kolega z „Przeglądu Sportowego”: – Bardzo zdolny, pracowity i błyskotliwy. Pamiętam, jak na Euro 2004 pojechał jako korespondent zupełnie sam i to był kosmos, co tam robił. Już przed wyjazdem był świetnie przygotowany i potem codziennie przysyłał mięsiste reportaże, sylwetki, relacje. W zasadzie nic w tych tekstach nie trzeba było poprawiać. Obsłużył to Euro koncertowo w pojedynkę.

Michał Pol: – Jest bardzo błyskotliwym obserwatorem życia codziennego i to nie tylko sportowego. Odkąd pamiętam, ma świetne pióro i bezpardonowo rozprawia się z rzeczywistością.

Tomasz Smokowski: – Najlepsze polskie pióro w dziennikarstwie sportowym. Potrafi wspaniale ubrać swoje myśli, wyciągnąć to, co kluczowe i jeszcze robi to wszystko błyskawicznie. Widziałem, jak pracuje: siada i po 10 minutach ma gotowy, doskonały tekst. Z niego słowa się wylewają, w przeciwieństwie do mnie ma niezwykłą łatwość pisania.

Dawny kolega z „PS”: – Rano na kolegium wymyślał kilka tematów i jeden brał na siebie. W ciągu dnia gdzieś się pokręcił, to do kogoś zadzwonił, to z kimś w redakcji pogadał. O godz. 16 siadał do komputera, a za 15 minut miał gotowy, znakomity tekst na 8 tys. znaków.

Liczenie kroków po polsku, czyli tabloidowy sznyt

W pewnym momencie do gazety dołączył dziennikarz sportowy Paweł Zarzeczny, wtedy znany Polakom z anteny Canal+, gdzie występował jako ekspert przy meczach polskiej ekstraklasy. Zarzeczny został wicenaczelnym i szybko dostrzegł w Stanowskim dobrze utalentowanego dziennikarza. W 2002 roku wysłał go jako korespondenta na mundial do Korei Płd. i Japonii. Dla 19-latka to ogromne wyróżnienie, zwłaszcza że „Przegląd Sportowy” – największa i najstarsza gazeta sportowa w kraju – miał na pokładzie wielu starszych i uznanych żurnalistów.

W czasach gdy Zarzeczny pracował w jednej redakcji ze Stanowskim, ten pierwszy miał obstawiać u bukmacherów ustawione przez słynnego „Fryzjera” mecze. Tak przynajmniej w 2006 r. zeznał przed prokuraturą sędzia piłkarski Piotr W., jeden z głównych rozgrywających w aferze korupcyjnej.

Zarzecznemu nie postawiono jednak żadnych zarzutów. W ostatnich latach życia coraz bardziej odchodził na boczny tor w branży dziennikarskiej, jego choroba alkoholowa postępowała, współpracował przede wszystkim z Weszło. Nie raz na łamach mówił o Stanowskim jako swoim wychowanku. O wpływie Zarzecznego na swojego młodszego kolegę mówił w prasie m.in. Janusz Basałaj, obecnie szef departamentu ds. mediów i komunikacji w PZPN. Tomasz Smokowski w rozmowie ze mną stawia go w jednej linii z nieżyjącymi dziennikarzami sportowymi Krzysztofem Mętrakiem, Januszem Atlasem i Zarzecznym właśnie. Zwracają na to uwagę także inni moi rozmówcy.

I przypominają sytuację z czasów „Przeglądu Sportowego”. Jest początek pierwszej dekady XXI w. W lidze niemieckiej właśnie wprowadzono technologię mierzenia dystansu pokonanego przez każdego z piłkarzy w czasie meczu. Zachodnie media podają: bramkarz Bayeru Leverkusen Hans-Jorg Butt w ciągu 90 minut przebiegł w sumie 8 kilometrów. Inspiruje to Stanowskiego.

– Piłkarze w polskiej ekstraklasie na pewno biegają mniej niż niemiecki bramkarz, trzeba to zmierzyć!
– Ale jak? – pytają współpracownicy.
– Będziemy liczyli kroki.
– Jak!?
– Coś wymyślimy. I dajemy ten temat na okładkę w poniedziałek!

W efekcie każdy korespondent gazety dostaje jednego piłkarza ze swojego meczu i przez 90 minut śledzi każdy jego ruch. Każdy krok musi być zapamiętany, a każde pięć kroków zanotowane. Bo wymyślony naprędce przelicznik brzmi: 5 kroków = 3 metry. Korespondenci największej gazety sportowej w Polsce nie śledzą więc potyczki, nie będą w stanie napisać, jak przebiegały zawody, być może nawet z końcowym gwizdkiem nie będą znali wyniku meczu. Ale kroki muszą być policzone, zwłaszcza że teza już gotowa: polskie grajki biegają mniej niż niemiecki bramkarz.

W całej Polsce korespondenci gazety liczyli w pamięci kroki, ale tezę udaje się obronić. Polski piłkarz biega mniej niż Hans-Jorg Butt – krzyczy poniedziałkowa okładka. – Oczywiście w poniedziałek do szefa gazety dzwonili prezesi klubów z całej Polski z pretensjami, że to skandaliczne. Krzysiek był pod dużym wpływem Pawła Zarzecznego. Odpowiadał mu bulwarowy sznyt – opowiada jeden z ówczesnych członków redakcji. Stanowski pytany o tę historię, odpowiada, że nie zaprzecza, ale i nie pamięta. Zarzut tabloidyzacji odpiera: – Ani ja nie wymyśliłem tabloidów, ani Paweł.

Zarzeczny umiera w marcu 2017 r., dzień przed śmiercią nagrywa pięćsetny odcinek swojego wideofelietonu „One Man Show” dla Weszło. „To jest ten nieszczęsny pięćsetny odcinek One Man Show. Prawdopodobnie jeden z ostatnich, bo, no czekają Powązki i Bródno, ciekawe czy Aleja Zasłużonych…” - mówi. Następnego dnia przyjaciele i znajomi zaczynają snuć wspomnienia o nim na mediach społecznościowych. Krzysztof Stanowski wchodzi w sprzeczkę z Romanem Kołtoniem, który wspominając Zarzecznego, nie trzyma się zasady „o zmarłych dobrze albo wcale”.

W marcu zeszłego roku Krzysztof Stanowski poprowadził czterogodzinny Hejt Park na trzecią rocznicę śmierci Zarzecznego, ale nie myśli o sobie jako o jego wychowanku. Niedawno w Kanale Sportowym wręcz zaprzeczył, by Zarzeczny był jego mentorem. Ostry styl? – Wynika i z charakteru, i z niezależności, którą udało mi się osiągnąć, ale na pewno nie z taktyki zawodowej. Patrząc na to strategicznie, to przecież nie przynosi żadnej korzyści. Znacznie lepiej jest z ludźmi wokół się lubić. Wiem, że przy ostrych czy czasem skrajnych opiniach są większe zasięgi, ale moje działania to zero taktyki, totalny spontan – tłumaczy mi Stanowski.

Ogrodnik Krzysiek

Niedawno na antenie radia newonce opowiadał, jak pewien internauta groził śmiercią jego synowi. Stanowski odnalazł mężczyznę i zażądał od niego publicznych przeprosin nagranych na wideo. To skrajny przykład reakcji, jakie wzbudza. A często dotyka tematów najbardziej wyrazistych, więc i u odbiorców od razu włączają się silne emocje. Co jakiś czas Stanowski sam dostarcza powodów do draki. A to podrze przed kamerą biografię Jerzego Brzęczka, gdy ten jest selekcjonerem reprezentacji Polski. A to pokłóci się i zostanie oblany wodą przez Marcina Najmana, aż rozdzielać obu będzie musiał Mateusz Borek. A to obśmieje w swoim programie „Dziennikarskie zero” feministkę Maję Staśko, czym wzbudzi oburzenie aktywnej w sieci młodej lewicy. Albo zmiażdży w Hejt Parku zwolenników ustawy reprograficznej: najpierw lewicowego publicystę i poetę Jasia Kapelę, a potem muzyka Sidneya Polaka. Nie omieszka obśmiać szerzącej bzdury o koronawirusie Edyty Górniak, ale i potrafi do Hejt Parku zaprosić lekarza-specjalistę, z którym będzie się spierał nad sensem obostrzeń.

Ale jakby wbrew skrajnemu odbiorowi w sieci, szef Weszło mówi, że na co dzień spotyka się z powszechną sympatią. Mimo że od startu Kanału Sportowego w marcu zeszłego roku, jest dużo bardziej rozpoznawalny. Nie ma dnia, by nie zaczepiło go na ulicy ok. 20 osób. – Wariaci? Oczywiście, że są, ale przed nimi się nie ukryjesz. Wszyscy wiedzą, gdzie bywam, w jakich godzinach. Czasami przychodzą różni dziwni ludzie pod redakcję, żeby porozmawiać. Zawsze z nimi rozmawiam, ale nigdy nie wiadomo, co takiej osobie strzeli do głowy – mówi. Dodaje, że jego wypowiedzi to żadna odwaga. – Śmieszkuję sobie w internecie i to wszystko.

Niezależność, o której wspomina, wynika w dużej mierze także z pieniędzy. Porządnie zaczął zarabiać w okolicach 2006 roku, gdy został przedstawicielem firmy bukmacherskiej Bet24, a potem PartyGaming i pozostawał dziennikarzem. W 2008 r. założył Weszło – początkowo niewielki serwis bukmachersko-piłkarski. Treści, jakie tam się pojawiały, były jednak wyjątkowe. Weszło było bezpardonowe, mówiło językiem stadionów. Jeśli w jakimś meczu arbiter nie wywiązał się porządnie ze swoich zadań, to prędzej można było przeczytać, że jest chujem, a nie kaloszem. Pikanterii wszystkiemu dodawał fakt, że czasem na Weszło pojawiały się ekskluzywne informacje, a autor artykułów podpisywał się jako tajemniczy Mr. X.

To w tamtym czasie Mr. X poznał Martę, studentkę dietetyki, z którą w 2010 r. wziął ślub. Szukał hostess do rozdawania ulotek pod stadionami piłkarskimi, a ona była jedną z tych, które się zgłosiły. Spodobały mu się jej uśmiech, entuzjazm, uroda. – Taki miks jak w każdym związku, nie będę oryginalny – mówi. Razem z dwoma synami (3 i 7 lat) mieszkają w domu w gminie Lesznowola na dużej, pełnej drzew działce. To tam Stanowski ma miniaturowe boisko ze specjalnie przywiezioną do tego celu murawą.

Jak mówi, żyją z rodziną w pewnego rodzaju izolacji – w lesie na dużym ogrodzonym terenie, z dala od tłumów. To dlatego według dziennikarza jego syn raczej nie zrobi kariery piłkarskiej. Do takiej trzeba kopać gałę od rana do wieczora przed blokiem z kumplami i wracać do domu z obdartymi kolanami. Jego syn lubi piłkę, ale ojciec nie wierzy, że można zostać piłkarzem, chodząc na treningi kilka godzin w tygodniu. Starszego potomka stara się raczej dopingować w tym, w czym chłopiec sam wykazuje zaangażowanie. Na przykład w Minecrafta, survivalową grę w otwartym świecie. Junior na tyle dobrze w niej sobie radzi, że Stanowski zamierza wysłać go na półkolonie ze związanymi z tą grą aktywnościami.

W takich momentach – gdy dzieci są na swoich zajęciach – ma więcej czasu na opiekę nad ogrodem. To pasja, której się nie spodziewał. Bo wydawać pieniądze na wycieczki czy samochody to jasne, ale na kwiatki? Codziennie obchodzi całą działkę, sprawdza stan roślin i drzew. Raz w tygodniu przez kilka godzin jeździ minitraktorkiem i kosi trawę. Mówi, że to go odpręża. Lubi wybierać w sklepach rośliny i drzewka, ale ma do pomocy specjalistę ogrodnika. Gdy coś zakwitnie, dzieli się tym z radością na Twitterze.

Prezes, CFO, naczelny

Tajemniczość Weszło zaczęła przyciągać czytelników, a w serwisie pojawiły się pierwsze nazwiska „blogerów” i to nie byle jakich. Artykuły pisali m.in. ówczesny trener Widzewa Łódź Czesław Michniewicz, były piłkarz Wojciech Kowalczyk czy Paweł Zarzeczny. Gdy jesienią 2011 r. Stanowski ujawnił się, Weszło było już kojarzonym i czytanym przez szerokie grono serwisem. Od początku finansowo serwis oparty był na reklamodawcach – najpierw bukmacherskich, potem już z najróżniejszych branż. Sam Stanowski skupił się już głównie na tej działalności. Serwis zaczął nawiązywać współprace z innymi mediami, stacjami telewizyjnymi, coraz większymi reklamodawcami i Polskim Związkiem Piłki Nożnej.

Z czasem rozrosła się i redakcja – dziś Weszło to ponad 40 osób. W skład grupy wchodzi radio Weszło FM, kanał Weszło TV, serwisy Weszło Junior (o futbolu młodzieżowym), eWeszło (gaming) i serwis główny Weszło.com. Z niewypałów należy wymienić serwis Wyszło z lifestyle’ową tematyką dla mężczyzn. Każdy z autorów Weszło miał tam raz na tydzień coś napisać. Autorzy męczyli się, wymyślali tematy na siłę, zapominali napisać. Hubert Kęska wspomina, jak w trakcie jednej z redakcyjnych imprez dziennikarze narzekali na tę część ich zadań.

– Ale wiecie, że my na tym zarabiamy?
– Wiemy.
– I nie chcecie tam pisać, tak?
– No średnio.
– To ja pierdolę, usuwam ten serwis!

Sam Stanowski mówi jednak, że nie pamięta takiej sytuacji, a Wyszło zostało zamknięte, gdy skończyła się umowa ze sponsorem. Przyznaje jednak, że jego dziennikarze nie mieli do tego serwisu serca.

Jeszcze inną częścią jego aktywności jest założony w 2018 roku piłkarski Klub Towarzysko-Sportowy Weszło, którego zawodnicy w czerwcu awansowali do ligi okręgowej, czyli na szósty poziom rozgrywek. W ostatnim meczu na trybunach stadionu Okęcia Warszawa awans piłkarzy Weszło oglądało ponad 100 osób. Na trybunach piknikowy klimat, kibice popijają darmowe piwa, na darmową kiełbaskę prawie każdy macha ręką. Sam mecz jest jednostronny – KTS Weszło pokonuje drużynę Coco Jumbo Warszawa 13:3. Po ostatnim gwizdku zespół rusza w miasto długą, białą limuzyną. W środku piłkarze ze Stanowskim na czele wyśpiewują hity polskiej muzyki popularnej lat 80. i współczesnego disco polo. Po obiedzie na Mokotowie ruszają dalej bawić się nad Wisłę. Stanowski świętuje razem z nimi – stworzył ten klub od zera, włożył pieniądze, załatwił sponsorów, organizuje piłkarzom wsparcie medyczne, ale nie zapewnia kontraktów. Plany jednak ma duże: z szóstej ligi zamierza iść dalej i profesjonalizować klub.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze Kanał Sportowy. Większość czasu spędza na spotkaniach biznesowych i wyjazdach. W redakcji jest gościem, ma tam zresztą zaufanych ludzi. Do zarządu i rady nadzorczej KTS Weszło wpisał obok siebie Mateusza Rokuszewskiego, Leszka Milewskiego, Kamila Gapińskiego, Jakuba Olkiewicza i Michała Sadomskiego. Większość z tych dziennikarzy pracuje z nim od lat. Część stawiała u jego boku pierwsze kroki. W Grupie Weszło wspólniczką jest jego żona.

Z kolei jako swoich przyjaciół z branży Stanowski wymienia trzy osoby. Z Grzegorzem Szamotulskim, byłym bramkarzem Legii i zagranicznych drużyn, napisał książkę. Maciej Sawicki to dziś sekretarz generalny PZPN, druga najważniejsza osoba w związku, który do pracy u Zbigniewa Bońka został polecony właśnie przez Stanowskiego. Trzeci najbliższy kompan dziennikarza to trener Czesław Michniewicz. Obecnie prowadzi Legię, był też trenerem polskiej kadry do lat 20. Kibice wyrzucają mu czasem, że dostał rykoszetem w korupcyjnej aferze „Fryzjera”. Z prokuratorskich akt wynikało, że Michniewicz miał z nim w sumie 711 połączeń telefonicznych. Trener składał zeznania i opowiadał o podziale pieniędzy członków zespołu po jednym z ligowych meczów. Pieniądze miały pochodzić od innych drużyn. Michniewiczowi w tamtej aferze nie postawiono zarzutów. Kilkukrotnie próbuję z nim porozmawiać. Umawia się, przekłada terminy, wyłącza telefon, w końcu do rozmowy nie dochodzi.

– W Weszło nie było kompleksu innych dziennikarzy, redakcji. Jeżeli już jakiś kompleks był, to wobec Krzysztofa Stanowskiego. On ma znakomite pióro, a długo pracowali u niego głównie jego wierni czytelnicy. Jeden z wysoko postawionych dziennikarzy opowiadał kiedyś, jak to świetnie, że jest Krzysiek, bo gdyby nie Krzysiek, to on by pewnie na jakiejś stacji benzynowej pracował. To wielka siła Stanowskiego, że jako dziennikarz może być autorytetem, a jako szef ma świetne oko do talentów – mówi Hubert Kęska, dziennikarz newonce.sport, który przez ponad rok pracował w Weszło. Stanowski bagatelizuje: – Kult Stana występuje czasami u ludzi, którzy chcą się do nas dostać i przez pierwszy tydzień są podjarani. Potem jednak widzą, że nie ma czego kultywować.

Kęska mówi, że Stanowskiego nie można nazwać despotą, mimo że zdarzyło mu się publicznie łajać swoich pracowników. Redakcja ma na Facebooku tajną grupę „La Bombonera” do omawiania spraw. Grupa opisana jest w jednym z artykułów na Weszło. – Pisał tam bardzo rzadko, ale jak już napisał, to było wiadomo, że to coś ważnego: jakiś nowy projekt, sprawy związane ze sponsorem albo opierdol – mówi Kęska. Dodaje jednak, że nigdy nie słyszał, by Stanowski krzyczał. Rzadko też chwali, generalnie jest oszczędny w uczuciach. Bardziej niż szefem jest kumplem, ale takim z decydującym zdaniem. Potrafi bronić swoich dziennikarzy – jak wtedy, gdy Michał Wiśniewski zarzucił, że opublikowany na Weszło wywiad nie miał miejsca, choć miał i był nagrany. Stanowski zażądał na Twitterze przeprosin, co muzyk faktycznie zrobił.

W Kanale Sportowym sytuacja wygląda nieco inaczej. Stanowski jest jednym z czterech współwłaścicieli. Każdy ma 25% udziałów. Jednak rola szefa Weszło jest niebagatelna. – Gdy w 2019 r. zastanawialiśmy się nad wspólnym kanałem na YouTube, to było nas trzech: ja, Mateusz Borek i Tomek Smokowski. Wszystko jednak nabrało rozpędu, gdy dołączył Krzysiek. Wtedy zaczęliśmy faktycznie klarować ten pomysł – mówi Michał Pol. – Wniósł impet w ten projekt, wtedy ruszyliśmy – dodaje Tomasz Smokowski.

Co prawda to on jest prezesem Kanału Sportowego na papierze i podpisuje umowy, ale Stanowski jest równie ważny. – Jest moim wsparciem, bardzo mnie odciąża w wielu sprawach, mam do niego pełne zaufanie, jest lojalny i rzetelny. To ja ochrzciłem go mianem CFO (dyrektor ds. finansowych), bo rzeczywiście Krzysiek doskonale liczy, umie to wszystko kontrolować i załatwiać, biznesowo robi tu najwięcej i najlepiej. Pozostała nasza trójka to bardziej artyści, my tego nie potrafimy – mówi Smokowski. Partnerami Kanału Sportowego są obecnie m.in. portal Pyszne.pl, firma bukmacherska eToTo i Tyskie, które jest też sponsorem tytularnym Hejt Parku.

Każdy ze współtwórców zapewnia, że w Kanale Sportowym nie było jeszcze żadnej kłótni. – Kanał Sportowy to jest taka płyta winylowa, na której gra czterech solistów. Czasem się przecinają, czasem jadą indywidualnie. I ta płyta świetnie brzmi w każdym momencie odsłuchu – opisuje prezes Smokowski. Stanowski dodatkowo gra solo w Weszło. Tu współpracuje m.in. z Orlenem. Redakcja wydała 200-stronicowy magazyn olimpijski „Orły Tokio 2020”, który za 9,99 zł można kupić na stacjach państwowego giganta. Tytuł wstępniaka Stanowskiego jest znamienny: „Sport ponad biznesem". Weszło prowadzi też serwis olimpijski pod banderą koncernu paliwowego – kierunektokio.pl.

Weszło w 2020 r. miało 3,6 mln zł wpływów oraz 167 tys. zł zysku. Kanał Sportowy w tym samym okresie 2,5 mln zł wpływów i 124 tys. zł zysku. Sam Stanowski wznawiając w tym roku swoje trzy książki: autobiografie Wojciecha Kowalczyka, Grzegorza Szamotulskiego i Andrzeja Iwana, zarobił na czysto 700 tys. zł.

Człowiek, który nie ma wyjebane

Gdy rozmawiamy w redakcji Weszło i Kanału Sportowego, Krzysztof Stanowski odpowiada spokojnie, nad niektórymi zdaniami dłuższą chwilę się zastanawia. Nie wygląda, by miał intensywny okres w pracy. Bardziej, jakby nic nie mogło go szczególnie przejąć. Tak jak wtedy, gdy pod koniec kwietnia pijany nadawał na żywo w relacji na Instagramie. Zaczął opowiadać o sytuacji Merveile Fundambu, kongijskiego piłkarza, którego za własne pieniądze sprowadził do Polski i zaczął promować niczym agent futbolowy. W ostrych słowach, z biesiadnymi okrzykami w tle, oceniał zarząd Widzewa Łódź, który według niego nieodpowiednio zaopiekował się młodym piłkarzem. Potem w rozmowie z magazynem Press stwierdził, że jak będzie miał ochotę, to będzie nagrywał więcej takich live’ów. W rozmowie ze mną tłumaczy, że dziennikarz go zirytował i dlatego udzielił takiej odpowiedzi.

– Ale to i tak brzmi, jakbyś miał naprawdę na wszystko wyjebane – mówię.
– Trochę mi było głupio, bo po co to nagrywać? Lepiej byłoby tego nie robić, ale trudno. Z drugiej strony głupio to byłoby po pijaku jechać, a nie nagrać wideo na wakacjach po kilku głębszych. A wyjebane? Nie mam wyjebane na pracę, bycie obowiązkowym. Mam wyjebane na ludzi, którzy coś sobie na mój temat ubzdurali i koniecznie chcą tym zainteresować innych.

Wcześniej jednak przyznaje, że przed spotkaniem czytał artykuły o sobie na Spider’s Web. Oburza się i żąda zamieszczenia cytatu: – Przeczytałem, że wprawdzie mam swoich zwolenników, ale zdecydowana większość ludzi mną gardzi lub się ze mnie śmieje. Chciałem powiedzieć, że jest to wyssane z palca, gdyż ja wyłącznie się spotykam z oznakami sympatii na co dzień. Nie wiem, skąd takie dane miał dziennikarz, ale wydaje mi się, że z dupy.

Powodów do internetowego szumu dostarcza sam regularnie. Kilka tygodni trwała saga wokół opłaty reprograficznej, której rozszerzenia na tzw. nowe nośniki Stanowski jest gorącym przeciwnikiem. Jak mówi, to był wdzięczny i prosty temat: z dużymi nazwiskami, które wygadywały bzdury i z publiką, która była w większości po jego stronie. Dziennikarz najpierw na antenie zapowiedział wspólnie ze Sławomirem Mentzenem, politykiem partii KORWiN, projekt ustawy całkiem znoszącej ustawę reprograficzną, a potem deklasował w Hejt Parku i Dziennikarskim Zerze kolejnych artystów, którzy zabierali w tym temacie głos. Tylko raz miał kontakty z drugiej strony. – Chciałem zaprosić właściciela x-komu, ale powiedział, że może przyjdzie jesienią. Raz odezwał się człowiek, który chciał mnie skontaktować z jedną firmą z branży elektroniki, ale powiedziałem, że nie jestem tym zainteresowany – opowiada.

Przy okazji zamieszania z ustawą reprograficzną i głośnego live'a z Jasiem Kapelą, którego talent poetycki mocno wyśmiał, sam postanowił napisać i wydać tomik poezji. Współautorem „Kmiotów polskich" jest znany dziennikarz Robert Mazurek. W przedsprzedaży tomik zamówiło ponad 11 tys. osób. Obaj świeżo upieczeni poeci deklarują, że to nowy nurt w sztuce: poezja błyskawiczna. Wiersze Stanowskiego są rymowane, Mazurka – białe. Stanowski śmieje się w mediach, że prawdopodobnie przebił w sprzedaży Szymborską. Mazurkowi w żartach zarzuca, że publikacją wierszy chce się załapać na emeryturę dla twórców dzięki przyszłej ustawie reprograficznej.

Sam dziennikarz RMF FM jest bardziej tajemniczy: – Gdy byłem pierwszy raz w Hejt Parku, pierwszy raz go spotkałem. Przy drugiej wizycie – drugi raz. To wszystko, nic o Krzysztofie nie mogę powiedzieć. Na razie łączy nas tylko poezja.

Czasem to na twitterowym koncie Stanowskiego dzieje się więcej niż w jego programach na Kanale Sportowym, bo w tym pierwszym miejscu dziennikarz nadaje całymi dniami. Zaczepia, komentuje, dzieli się radościami i wkurwami. Lubi się też kłócić – i z osobami publicznymi, i z anonimowymi internautami. – On bardzo lubi zwarcia i ja tego nie rozumiem. Uważam, że jemu się po prostu nudzi. Czasem widzę te jego wpisy i sobie myślę, że niektóre jednak nie powinny się pojawiać, a już – pół żartem, pół serio – niektóre z tych wrzucanych po północy. W tej kwestii jest mi do niego bardzo daleko. Ja lubię spokój, a on drakę. Gdy widzę te jego kłótnie, to mnie to męczy, pukam się w głowę i pytam go, po co mu to – ocenia Tomasz Smokowski.

Dariusz Tuzimek – ten, który Stanowskiego podał do sądu – ostro ocenia jego postać: – Stworzył wehikuł PR-owo-medialny, który może być bardzo użytecznym narzędziem. Stanowski potrafi być jednocześnie opiniotwórcą, biznesmenem, dziennikarzem i jeszcze dawać nazwisko i twarz bukmacherowi. A jego bezkompromisowość i tupet – żeby nie określić tego mocniej – dobrze się sprzedaje. Gawiedź to lubi. I on ma pełną tego świadomość, wie, że to mu się opłaca. Idealnie wpisał się w epokę hejtu. Więc dla skupienia uwagi urządza różne „igrzyska” i krucjaty – mówi.

- W mediach społecznościowych kreuje się na osobę, która nie uznaje żadnych kompromisów, ale nie wszyscy się na to nabierają. Bo w tych samych mediach społecznościowych ich użytkownicy wytykają mu, że to jedynie poza i wskazują, że jest powiązany z konkretnymi osobami, albo wpisany w niezbyt klarowne układy. Wystarczy przejrzeć wpisy i dyskusje na Twitterze, żeby zauważyć, jak użytkownicy po imieniu nazywają nadzwyczajnie udaną kooperację biznesową Stanowskiego opartą na relacjach ze spółkami skarbu państwa – dodaje Tuzimek.

– Jestem w porządku człowiekiem. Zwłaszcza gdy ktoś mnie lepiej pozna, to się o tym przekonuje. Krążą wokół mnie jakieś mity, ludzie wyobrażają sobie mnie tak, jak im pasuje i często to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Generalnie uważam, że jestem całkiem spoko osobą – mówi o sobie Krzysztof Stanowski, laureat Nagrody Prezydenta RP za akcję #DobroWraca na Twitterze.

Dziennikarz zbierał miliony złotych na leczenie dzieci dzięki wsparciu wielu gwiazd polskiego sportu. Zresztą działalność charytatywna to u niego stały element. Od czasu do czasu także w Hejt Parku namawia do wpłat na internetowe licytacje. W ciągu jednego odcinka potrafi zebrać nawet kilkaset tysięcy złotych. W wywiadzie w newonce.radio Kuba Wojewódzki zapytał, czy te akcje charytatywne nie są próbą przykrycia internetowych wybryków Stanowskiego. Dziennikarz zdecydowanie zaprzeczył.

– Krzysiek wymyka się podziałom, bo to nie jest dziennikarz sportowy, to jest osobowość medialna. On z jednej strony jest specyficzny, nie pierdoli się w tańcu i nie mam poczucia, by robił to dla poklasku. A za to, jak potrafi ratować ludzkie życia i angażować się w pomoc, ma u mnie dozgonny szacunek. Bo przecież mógłby leżeć do góry brzuchem i odpalać cygara studolarówkami. Cieszę się, że mogłem mu kiedyś dawno pomóc i cieszę się, widząc, jak dziś robi kolejne spektakularne rzeczy – mówi Michał Rosiak, ten, który odpisał młodemu Krzysiowi na pierwszego maila.

Michał Pol, współtwórca Kanału Sportowego: – Mam wrażenie, że my we czwórkę w Kanale Sportowym generalnie bardzo się lubimy i szanujemy. Ja Krzyśka po prostu lubię słuchać, współpracować z nim, spędzać czas, jechać gdzieś w Polskę na Hejt Park. Lubię też jego skuteczność i mimo że jest młodszy ode mnie, to ma dużo takich cech, których mi brakuje, on mnie inspiruje i nakręca.

Najświeższy pomysł Krzysztofa Stanowskiego, jakiego jeszcze nie było, to 24-godzinny live w YouTube na Kanale Sportowym. „Będę zbierał pieniądze na cel charytatywny. Niczego nie odjebałem, luz” – zapewnia na Twitterze.

Zdjęcia: zrzuty ekranu z programów Kanału Sportowego