1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Kryzys klimatyczny stał się dźwignią drożyzny. Klimatyczna inflacja już z nami jest

Kryzys klimatyczny stał się dźwignią drożyzny . Klimatyczna inflacja już z nami jest

Paragony grozy" za pietruszkę to dopiero początek rachunków wystawianych nam przez kryzys klimatyczny. Nie wiadomo jeszcze, ile konkretnie zapłacimy. Ale jedno jest pewne: klimatyczną inflację już czujemy w portfelach.

„Pietruszkowy koszmar cenowy” z lat 2018 i 2019, gdy kilogram tego stanowczo niekojarzącego nam się z luksusem warzywa kosztował nawet ok. 20 zł, był pierwszym tak wyraźnym sygnałem alarmowym. Za tą nagłą podwyżką przynajmniej w części stał efekt zmian klimatu, które zaczęły zbierać swoje żniwo w postaci niezwykle drogich warzyw.

Czy więc zmiany klimatu spowodują, że będzie nas stać na coraz mniej jedzenia, ponieważ do horrendalnych cen pietruszki dołączą za chwilę ceny kolejnych produktów? I czy nie jest to aby uproszczony obraz rzeczywistości, a ekonomia globalnego ocieplenia jest jednak nieco bardziej skomplikowana niż to, że zdrożeje nam rosół?

Klimatyczna inflacja w akcji

Zanim odpowiemy na te pytania, wróćmy na chwilę do pietruszki. To prawda, że jednym z głównych powodów jej wysokich cen sprzed kilku lat były długotrwałe susze. A susze, choć występowały również w czasach „przedociepleniowych”, to wraz z postępującą zmianą klimatu są (i będą!) bardziej prawdopodobne.

Susza w centralnej Kanadzie lato 2021. Fot. GerryP / Shuttesrstock

Jednak już w 2020 roku – również bardzo suchym – pietruszka kosztowała czasem niecałe 2 zł za kilogram. I tego zapewne Państwo nie zauważyli. Nic dziwnego – to element psychologii inflacji. Zazwyczaj dostrzegamy drastyczne podwyżki cen, ale duże obniżki już nie koncentrują tak naszej uwagi. Ale to jeszcze nie wszystko: ceny pietruszki zmieniają się sezonowo. Jej cena może spaść, kiedy wzrasta import. A ten prawdopodobnie wzrośnie, kiedy okaże się, że warzywo jest drogie na rynku krajowym.

Zmiany cen konkretnych warzyw w konkretnym roku, choć sugestywne, są kiepskim wskaźnikiem ekonomicznych kosztów zmian klimatu. Pietruszkowe paragony grozy mogą oddziaływać na wyobraźnię, jednak ceny konkretnych produktów (nie tylko warzyw zresztą) fluktuują w gospodarce; zmieniają się z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, a suma tych zmian (precyzując – suma dosłownie setek tysięcy cen w gospodarce) składa się na wskaźnik zwany inflacją. 

Czy więc zmiany klimatu są obojętne dla gospodarki? Bynajmniej! Tylko trzeba to wszystko obserwować z odpowiedniej perspektywy. Na początek przyjrzyjmy się już zaobserwowanym kosztom zmiany klimatu.

56 mld strat z kryzysu

Wiemy, że globalne ocieplenie ciągnie za sobą nie tylko podwyższenie się średniej temperatury na Ziemi. Zmiana klimatu to więcej ekstremalnych zjawisk pogodowych: susz, nawałnic, tornad, powodzi błyskawicznych, wichur, podtopień, gradu. Tak, to prawda, że wszystkie te zjawiska miały miejsce również przed spowodowanym przez człowieka ociepleniem klimatu. Ale wtedy występowały po prostu rzadziej. Ba, zjawiska kiedyś uważane za ekstremalne powoli stają się naszą nową normą!

Według opracowania Ministerstwa Środowiska z 2013 roku w latach 2001–2011 bezpośrednie straty wynikające z ekstremalnych zjawisk pogodowych oszacowano na ok. 56 miliardów złotych. Eksperci szacują, że bezpośrednie szkody to tylko część kosztów. Doliczając do tego gospodarcze straty pośrednie (takie jak utrudnienia w działaniach zakładów produkcyjnych czy spowolnienie dostaw przez zniszczone drogi), pojawia nam się rachunek w wysokości ok. 90 miliardów złotych.

Dla porównania: dochody budżetu Polski w 2021 roku mają wynieść nieco ponad 400 miliardów złotych. Straty wywołane przez ekstremalne zjawiska pogodowe w pierwszej dekadzie XXI wieku wyniosły więc jedną czwartą dzisiejszych rocznych wpływów budżetowych.

Warto jednak pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze, są to oszacowania dla wszystkich zjawisk pogodowych, bez przypisania im związku ze zmianami klimatu. Nie wiemy, czy udział zmian klimatu w całej tej kwocie to 10 proc. czy 50 proc. Wiemy natomiast, że konkretne straty związane z ociepleniem klimatu ponosimy.

Druga kwestia to fakt, że zmiany klimatu przyspieszają. To oznacza, że w dekadzie 2021–2031 będzie więcej ekstremalnych (czy też: niegdyś uważanych za ekstremalne) zjawisk pogodowych niż w latach 2001–2011. 

Trzecia sprawa, niezbyt oczywista, to fakt, że w liczbach bezwzględnych rachunki za zmiany klimatu – nawet jeżeli mielibyśmy do czynienia z taką samą intensywnością ekstremalnych zjawisk pogodowych, co w pierwszej dekadzie XXI wieku – będą coraz wyższe. Dlaczego? Wynika to z faktu bogacenia się naszego kraju. Tworzymy lepszą infrastrukturę, mamy lepsze domy, jeździmy droższymi samochodami. A naprawa droższych samochodów kosztuje więcej. Tak samo jest z infrastrukturą: naprawa lepszej (i gęstszej!) infrastruktury będzie nas kosztować coraz więcej! Rachunki wystawiane nam przez pogodę będą więc coraz wyższe.

Im goręcej, tym gorsza praca

W przywołanym powyżej rządowym dokumencie znajdziemy jeszcze jedno niepokojące zdanie: „Pomimo rozbudowanego systemu finansowania zadań związanych z usuwaniem skutków klęsk żywiołowych prawdopodobnie w ciągu 11 lat nie przywrócono stanu, który istniał przed wystąpieniem ekstremalnych zjawisk pogodowych i klimatycznych”. Oznacza to, że niektóre straty wynikające ze zmian klimatu na całe lata pogarszają stan infrastruktury lub pozycję ekonomiczną dotkniętych ekstremalną pogodą ludzi. 

Spójrzmy teraz na szerszy obraz. Europejska Agencji Środowiska stwierdza, że w latach 1980–2013 ekstremalne zjawiska pogodowe wynikające ze zmian klimatu kosztowały Europę blisko 400 miliardów euro! Największe straty zanotowano w Niemczech, Włoszech i Francji.

Polski Instytut Ekonomiczny przywołuje dane, z których wynika, że w latach 1980–2008 globalne ocieplenie przyczyniło się do obniżenia plonów kukurydzy o 3,8 proc., a pszenicy o 5,5 proc. „Inne szacunki wskazują, że (po odjęciu wpływu rozwoju technologicznego) wzrost globalnej temperatury o jeden stopień Celsjusza przekłada się na spadek plonów pszenicy o 6,0 proc., ryżu o 3,2 proc., kukurydzy o 7,4 proc., a soi o 3,1 proc.” – czytamy w opracowaniu.

Spadek produkcji rolnej czy też – będąc precyzyjnym – wzrost niższy niż w przypadku świata bez globalnego ocieplenia to tylko jeden z przejawów szerszego zjawiska, jakim jest przekładanie się zmiany klimatu na PKB. Jakie są inne mechanizmy ekonomii zmian klimatu?

PIE porusza również kwestię spadku wydajności pracy. Zjawisko to przebiega dwutorowo. Po pierwsze – jak zaznaczają eksperci instytutu – wraz ze wzrostem temperatury spada podaż pracy. Z analizy amerykańskiej gospodarki wynika, że liczba przepracowanych godzin gwałtownie spada, kiedy temperatura powietrza przekracza 30 stopni Celsjusza. Powyżej tej temperatury spora część ludzi po prostu przestaje pracować i stara chronić się od upału. 

Upał w Sao Paulo. Fot. Nelson Antoine

Drugi mechanizm – związany poniekąd z pierwszym – to spadek wydajności osób pracujących. Optymalna temperatura do pracy wynosi ok. 22 stopnie Celsjusza. Kiedy wzrasta powyżej tego poziomu, spada nasza zdolność do skupiania uwagi oraz sprawność wykonywania czynności manualnych. Im jest cieplej, tym popełniamy więcej błędów. Nawet jeśli nie odpoczywasz, tylko pracujesz w upale, to robisz to znacznie mniej efektywnie niż w przyjemnych 22 stopniach. W makroskali oznacza to obniżenie produktywności całej gospodarki.

Oszczędność z handlu emisjami 

Już dziś wiemy, że klimat będzie się dalej ocieplał. Na ten fakt nie mamy wpływu. Tak działa machina zmian klimatu – raz wprowadzona w ruch jest bardzo trudna do zatrzymania. Mamy jednak wpływ na dwie kwestie: jak bardzo jeszcze zmienimy klimat. I w jaki sposób dostosujemy się do zmian, które już zaszły i które się nieuchronnie wydarzą. Jeśli chodzi o tę pierwszą kwestię to mówimy oczywiście o różnych sposobach ograniczania emisji.

Najbardziej oczywistymi sposobami na ograniczenie emisji jest przechodzenie na niskoemisyjne źródła energii. I to również będzie kosztować. A nawet: już kosztuje.

Jednym ze sposobów ograniczania emisji jest tak zwany system ETC (Emission Trading System), czyli system handlu emisjami. W skrócie jest to system limitów emisji gazów cieplarnianych, które mogą wytworzyć objęte nim instalacje. Z czasem limit ten jest obniżany, aby generowanie gazów cieplarnianych było coraz mniej opłacalne. 

Według Komisji Europejskiej obecnie ETS obejmuje ok. 10 tysięcy różnych instalacji na terenie UE, co stanowi 40 proc. emisji generowanych w państwach wspólnoty. Choć ETS był niejednokrotnie krytykowany za nieskuteczność, to po wielu modyfikacjach coraz sprawniej spełnia swoją rolę. Szacuje się, że objęte nim instalacje ścięły swoje emisje o 35 proc. od 2005 roku (moment rozpoczęcia działalności systemu) do 2019 roku.

Unia Europejska jednak wdraża coraz bardziej ambitne plany dekarbonizacyjne. W ramach zaproponowanego w lipcu tego roku tak zwanego programu FitFor55, czyli celu ograniczenia emisji o 55 proc. do 2030 roku względem roku 1990, wspólnota zamierza rozszerzyć system ETS na transport morski i lotniczy. Unia będzie również bardziej rygorystycznie przyglądać się samochodom osobowym i dostawczym. Wszystko po to, aby do 2050 roku ściąć emisje do zera. 

Jeżeli by się to udało, stalibyśmy się pierwszym zeroemisyjnym kontynentem na świecie od początku ery przemysłowej. Jesteśmy to zresztą światu winni – to tu się emisje ludzkości zaczęły! Wszystko to jednak będzie kosztować. Jak zauważa wyżej przywoływany już Polski Instytut Ekonomiczny, ambitne cele klimatyczne powodują wzrost cen energii. To jest związane właśnie z wzrostem cen uprawnień do generowania CO2. 

Rozbetonowanie miast 

Niektórzy mogą zapytać, po co w zasadzie mamy tyle płacić za tę energię? Nie lepiej po prostu nie robić nic, ewentualnie łatać drogi zniszczone przez kolejne powodzie? Odpowiedź jest prosta: należy ścinać emisje, ponieważ zaniechanie w przyszłości będzie nas dużo więcej kosztować niż zmiana źródeł energii na bardziej zielone.

Ale to nie wszystko, będziemy potrzebować również „rozbetonowania” miast. To jest jeden z elementów wyżej wspomnianego dostosowania do zmian klimatu, które już się wydarzyły i tych, które niechybnie nadejdą.

Betonoza to świetny sposób na to, żeby zwiększyć siłę uderzeniową powodzi błyskawicznych. Dlaczego? Ponieważ w świecie zmian klimatu będziemy mieli coraz częściej do czynienia z falami upałów przeplatanymi nawalnymi opadami. Nie dość, że wyschnięta ziemia źle absorbuje duże ilości wody, to nasze miasta przez lata były betonowane kostką Bauma w ramach swego rodzaju dziwacznej quasi-modernizacyjnej mody. Ziemia przykryta kostką brukową nie może wchłonąć ogromnych opadów. Te więc będą spływać chodnikami i placami, zamieniając je w rwące potoki. Coraz częściej zresztą widzimy to nie tylko na ekranach telewizorów, ale również w swoich miastach. Aby temu zapobiec, będziemy musieli wydać miliardy złotych na naprawienie szkód, które wyrządzili krajobrazowi i bezpieczeństwu mieszkańców miejscy włodarze betonujący swoje miasta.

Ile kosztować nas będzie kryzys?

Spójrzmy teraz w przyszłość. Jak podkreślają badacze zajmujący się splotem ekonomii i klimatu, wszystkie prognozy obarczone są bardzo dużą dozą niepewności. Dlaczego? To zagadnienie wielopoziomowe. To już truizm: zmiany klimatu wynikają z naszych emisji gazów cieplarnianych. To, w jaki sposób ilość gazów cieplarnianych w atmosferze przełoży się na konkretne zjawiska pogodowe, nie jest do końca pewne; poruszamy się tutaj w pewnych zakresach prawdopodobieństwa.

Nie wiemy, jak emisyjne będą przyszłe gospodarki. Choć mniej więcej potrafimy przewidzieć, w jakich widełkach zmieści się wzrost temperatury po wyemitowaniu tylu i tylu miliardów ton ekwiwalentu CO2 do atmosfery, to nie wiemy, ile tych ton ludzkość jeszcze wygeneruje. Nie wiemy, jak bardzo uda nam się spiąć, żeby ograniczyć emisje. I wreszcie nie znamy przyszłych technologii i ich udziału w całej tej układance. Być może niektóre technologie pozwolą nam okiełznać część negatywnych skutków globalnego ocieplenia.

To tylko niektóre z niepewności, na które natrafiają badacze, próbując oszacować wpływ globalnego ocieplenia na przyszłą kondycję ekonomiczną świata. Mając z tyłu głowy to, o czym powyżej napisałem, zerknijmy na to, co mówią z grubsza prognozy ekonomii zmian klimatu.

Brookings, jeden z najbardziej szanowanych i najbardziej merytorycznych think tanków w Stanach Zjednoczonych, przytacza dane, z których wynika, że globalne ocieplenie na poziomie 2 stopni Celsjusza oznacza dla USA roczny ubytek 0,5 proc. PKB w latach 2080–2099 (przypomnijmy, że obecnie ociepliliśmy klimat o ok. 1,2 stopnia względem ery przedprzemysłowej). 

Fot. Edgar G Biehle / Shutterstock.com

Obniżenie produktu krajowego brutto związane będzie ze zmniejszeniem podaży pracy, zmianą zapotrzebowania na energię czy – o czym już była mowa wyżej – spadkiem produkcji rolnej.

Co ciekawe, z tego samego modelu wynika, że przy 9 stopniach ocieplenia strata PKB wynosiłaby zaledwie… ok. 11 proc. Co jest bardzo wątpliwym oszacowaniem, ponieważ przy takiej skali globalnego ocieplenia (właściwie niemożliwej) mielibyśmy do czynienia z katastrofą klimatyczną na naprawdę niewyobrażalną skalę. Coś w tym modelu więc musi nie grać. Przynajmniej dla wysokich oszacowań ocieplenia. Do tego wątku jeszcze wrócę. 

Brookings zauważa jeszcze jeden niezwykle istotny fakt: wpływ ocieplenia na PKB wygląda różnie w różnych krajach. Najwyższy spadek dochodu na mieszkańca będą notować kraje Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji Południowej. Wynika to po pierwsze z faktu, że kraje te (które w historii emitowały znacznie mniej niż wspomniane wyżej USA czy choćby Europa) znajdują się w miejscach, gdzie modele klimatyczne przewidują silniejsze „uderzenie” skutków globalnego ocieplenia. Po drugie, natomiast są to najczęściej kraje biedne, które nie mają środków, żeby zaabsorbować skutki katastrofy klimatycznej. 

Ale to nie koniec zmiennych. Jak zaznacza Marcin Popkiewicz z projektu Naukaoklimacie.pl powołujący się na raport naukowców z Instytutu Ziemi na Uniwersytecie Columbia, Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu oraz Instytutu Badawczego Grantham ds. Zmiany Klimatu i Środowiska, ekonomiści zajmujący się zmianami klimatu często nie doszacowują negatywnych skutków zmian klimatu. Zwłaszcza nie doszacowują tych scenariuszy, w których sprawy przybierają naprawdę zły obrót. 

Zdaniem naukowców część modeli ekonomicznych, które są używane do przewidywania ubytku PKB wskutek zmian klimatu, jest wadliwa. Pamiętacie Państwo przykład z kilku akapitów powyżej; ten z ubytkiem 11 proc. PKB przy ociepleniu o 9 stopni? Popkiewicz przytacza jeszcze bardziej „ekstremalne” oszacowania. W jednej z ekonomicznych analiz wykazano, że ubytek rzędu 50 proc. PKB będzie możliwy w przypadku ocieplenia o 19 stopni Celsjusza. 

Tymczasem taki wzrost temperatury – jak zaznacza Popkiewicz – oznaczałby wykluczanie funkcjonowania na Ziemi współczesnych organizmów stałocieplnych. A trudno sobie wyobrazić, żeby PKB na Ziemi wypracowywały żółwie albo węże.

Choć szacunki odnoszące się do ekonomicznych skutków zmian klimatycznych są obarczone bardzo dużą niepewnością, to najlepiej jest jak najszybciej ograniczać emisje gazów cieplarnianych. Dlaczego? Ponieważ w przypadku mało prawdopodobnych – ale niewykluczonych – scenariuszy katastrofa klimatyczna będzie nas kosztować nie tylko rozregulowanie gospodarki, ale również nieprzeliczalne na pieniądze śmierci i cierpienie milionów ludzi. Możliwie szybkie ograniczanie emisji w takiej optyce można porównać do zapinania pasów bezpieczeństwa. Robimy to nie dlatego, że spodziewamy się wypadku. Zapinamy je dlatego, że kiedy już nastąpi mało prawdopodobne zdarzenie, jakim jest wypadek, może nieść ze sobą koszmarne skutki, jeżeli się od niego odpowiednio nie ubezpieczymy.

Kamil Fejfer – dziennikarz piszący o ekonomii i gospodarce. Współtwórca podcastu i kanału na YouTube „Ekonomia i cała reszta”. Współpracuje z Newsweekiem, Krytyką Polityczną, NOIZZ-em, WP Opinie, Pismem, Dwutygodnikiem. Autor książek „O kobiecie pracującej” oraz „Zawód”. Obecnie pracuje nad książką na temat przejawów zmiany klimatu w Polsce.

Zdjęcie główne: Edgar G Biehle / Shutterstock.com