Obijaj się dla klimatu! Im mniej roboty, tym lepiej

Globalne ocieplenie
766 interakcji
dołącz do dyskusji

Od kilku lat pojawiają się głosy, że jako społeczeństwo powinniśmy się zastanowić nad skróceniem czasu pracy. Ostatnio do argumentów odnoszących się do poprawienia dobrostanu psychicznego i zdrowotnego oraz możliwości zwiększenia naszej produktywności dochodzi jeszcze jeden: klimatyczny.

Gdyby faktycznie dokonać dziś takiej zmiany, w samej Wielkiej Brytanii doprowadziłaby do 2025 roku do zmniejszenia emisji CO2 tego kraju o 127 mln ton rocznie. Brzmi fantastycznie? A jednak to jak najbardziej twarde dane wyliczone w niedawno opublikowanym raporcie Platform London, organizacji opowiadającej się za społeczną i ekologiczną sprawiedliwością. 

Jak zaznaczają autorzy raportu, ścięcie brytyjskich emisji o 21,3 proc. jest ekwiwalentem usunięcia z tamtejszych dróg ok. 27 mln samochodów – w zasadzie całego prywatnego transportu. Ten jest jednym z głównych winowajców brytyjskiej emisji dwutlenku węgla. Rzućmy jednak okiem szerzej. 

Cykl węglowy + człowiek = Wielkie Nieskończone Kłopoty 

Choć globalne ocieplenie w ostatnich latach odmieniane jest przez wszystkie przypadki, to rzadko w prasie możemy znaleźć wyjaśnienie, jaki jest w zasadzie jego mechanizm. Wprowadźmy więc kilka pojęć, które pozwolą nam mniej więcej zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

W ekosystem naszej planety „wmontowane” jest coś, co naukowcy zajmujący się klimatem nazywają „cyklem węglowym”. Odpowiada on (a przynajmniej odpowiadał) za w miarę stabilną ilość CO2 w atmosferze. Naturalnymi źródłami tego gazu cieplarnianego jest m.in. proces oddychania wielu organizmów żywych. Tak wytworzony CO2 jest „wyłapywany” przez rośliny, które w procesie fotosyntezy wbudowują węgiel w swoje tkanki. Cały proces jest o wiele, wiele bardziej skomplikowany, najważniejsze jednak jest to, że bilans cyklu przez setki tysięcy czy miliony lat wychodził mniej więcej na zero.

Ale w połowie XIX wieku w tym ewoluującym przez miliony lat procesie pojawia się nowy element: człowiek. Z jego ogromnym apetytem na energię. Zaczyna ją wytwarzać na ogromną skalę poprzez spalanie paliw kopalnych.

Paliwa kopalne to nic innego jak resztki organiczne, które od milionów lat odkładały się w warstwach ziemi. Dzisiaj wydobywając je i spalając, pompujemy do atmosfery węgiel, który przez owe miliony lat był wyłączony z naturalnego i ustabilizowanego cyklu węglowego. Przez emisję rokrocznie miliardów ton dwutlenku węgla – będącego gazem cieplarnianym – naruszamy więc delikatną równowagę. 

Fot. NadyGinzburg / Shutterstock

A czym jest gaz cieplarniany? To substancja, która – w wielkim uproszczeniu – powoduje zatrzymanie w atmosferze części energii pochodzącej ze Słońca. Gazy cieplarniane dla ziemskiej atmosfery są czymś w rodzaju ścian szklarni (pewien ich poziom jest niezbędny do tego, aby na Ziemi istniało życie, jakie znamy; problemem jest nadmiar tych gazów). Stąd też czasem gazy cieplarniane nazywane są „gazami szklarniowymi” (dwutlenek węgla nie jest jedynym gazem cieplarnianym, innymi są choćby para wodna lub metan). Zwiększając ich ilość w atmosferze, niejako doszczelniamy naszą ziemską szklarnię, co wywołuje wzrost średniej temperatury. Im grubsze ściany w szklarni, tym więcej ciepła w niej pozostanie. Im więcej gazów cieplarnianych, tym więcej ciepła pozostaje na Ziemi i w atmosferze.

Maszyna klimatyczna ruszyła 

Musimy się przygotować, że takich ekstremalnych zjawisk będzie w naszej szerokości geograficznej coraz więcej. To jest pewne. Nawet jeżeli jak za ruchem czarodziejskiej różdżki powstrzymalibyśmy w jednej chwili antropogeniczne emisje, to cechująca się pewną bezwładnością maszyna klimatyczna i tak będzie się jeszcze przez jakiś czas ocieplała. Możemy jednak (ba, musimy!) powstrzymać skalę zmian właśnie przez zmniejszanie emisji. Jeżeli byśmy tego zaniechali, to za kilka, kilkanaście dekad pogoda uniemożliwiłaby ludzkości normalne funkcjonowanie. 

Tak, mogą nas czekać upały i susze jak w Hiszpanii. A samo to, że Hiszpania sobie dzisiaj z nimi jakoś radzi, nie jest dla nas wielkim pocieszeniem. Dlaczego? Ponieważ infrastruktura państw powstaje dziesiątki, czasem setki lat. I jest ona budowana z uwzględnieniem lokalnych warunków klimatycznych. Między innymi właśnie dlatego inaczej wyglądają budynki na Syberii, a inaczej w ciepłej Portugalii. Zmiany klimatyczne mają potencjał wywrócenia tego wszystkiego do góry nogami. A wraz z niszczeniem infrastruktury również gospodarka może się pogrążyć w chaosie. A wraz z nią życia naszych dzieci i dzieci ich dzieci.

Wróćmy do skróconego tygodnia pracy i możliwości ograniczenia emisji. W książce „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej” Bill Gates pisał, że aby zrozumieć jakiś problem, najpierw należy mu się przyjrzeć z lotu ptaka. Dlatego potrzebne są ogólne liczby, do których będziemy odnosić owe 127 milionów ton dwutlenku węgla. Według wyżej wspomnianego raportu emisji CO2 można byłoby uniknąć przez skrócenie tygodnia pracy.

Natura ma tę moc

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) w 2020 roku ludzkość wyemitowała 30,6 mld ton dwutlenku węgla do atmosfery. Emisje były niższe o 8 proc. względem roku poprzedniego. Był to zresztą pierwszy spadek od ponad dekady. Wcześniejsze obniżenie wypuszczania dwutlenku węgla do atmosfery było związane z kryzysem gospodarczym 2008 roku. 

Globalnie to jedynie kryzysy, wojny i właśnie pandemie obniżają emisje. Dzieje się tak ponieważ emisje wynikają z zapotrzebowania na energię. Kiedy natomiast przychodzi kryzys (wojna czy właśnie pandemia) zapotrzebowanie na energię spada: w czasie kryzysu mniej produkujemy, mniej podróżujemy, mniej kupujemy.

Przyjmijmy więc, że w ostatnich latach roczna „produkcja” CO2 wynosiła nieco ponad 30 mld ton. Ale to nie wszystko. Wspomniany już wyżej Gates w swojej książce zwraca uwagę na jeszcze jedną liczbę. Chodzi o 51 miliardów ton. To suma tak zwanego ekwiwalentu dwutlenku węgla. Ekwiwalentu, ponieważ, jak wyżej już wspomniałem, nie tylko CO2 jest gazem cieplarnianym. Ale na potencjał globalnego ocieplania planety można przeliczyć również… zmianę użytkowania terenów zielonych.

Jeżeli karczujemy las, który jest naturalnym rezerwuarem węgla, a zamiast niego tworzymy pastwiska, to pozbawiamy naturę części „mocy” potrzebnych do wychwytywania dwutlenku węgla z atmosfery. Koniec końców, dla ilości CO2 w atmosferze nie ma większego znaczenia, czy więcej go emitujemy, czy pozbawiamy naturalne systemy sposobów na jego pochłanianie. 

Czy więc w obliczu tych dwóch liczb – ponad 30 miliardów ton rocznie, a nawet ponad 50 miliardów ton – owe 127 milionów ton (odpowiednio zaledwie 0,4 i 0,25 proc.) robi jakąkolwiek różnicę? Odpowiedź jest prosta: tak! 

Zejdźmy w naszej dość skomplikowanej opowieści o stopień niżej i zastanówmy się, ile emitują poszczególne kraje. Przykładowo Polska w 2019 roku wyemitowała ok. 320 milionów ton CO2. Jeśli chodzi o emisję na głowę, jesteśmy w światowej czołówce. Wielka Brytania natomiast, dla której przeprowadzana była symulacja, wyemitowała w analogicznym okresie 370 mln ton dwutlenku węgla. Ścięcie 127 mln to byłoby naprawdę coś! Autorzy raportu zwracają uwagę, że owa wartość jest zbliżona do emisji całej Szwajcarii.

fot. r-stok / Shutterstock

Tak, to prawda, że te prawie 130 milionów ton przy globalnych emisjach nie jest ogromną wartością. Warto jednak pamiętać, że na te miliardy ton składają się poszczególne sektory, branże i procesy. Chociaż nie ma sensu obwiniać i szukać rozwiązania klimatycznego problemu w indywidualnych decyzjach (to niemal w ogóle nie działa!), to suma zmian na poziomie systemu jest istotna. I właśnie w takich działaniach powinniśmy szukać rozwiązań.

Mniej pracy, więcej oszczędności

W jaki sposób dokładnie skrócenie dnia pracy miałoby przyczynić się do ograniczenia emisji? Autorzy raportu zwracają uwagę na kilka mechanizmów, które miałyby do tego prowadzić. Po pierwsze, byłoby to zmniejszenie zużycia elektryczności w miejscach pracy. A pamiętajmy, że elektryczność powstaje dzięki użyciu paliw kopalnych. To prawda, że w różnych krajach prąd ma różny stopień „zabrudzenia” emisjami, co wynika w miksu energetycznego danego kraju. Wciąż jednak nie ma na świecie ani jednego kraju, który wytwarzałby energię elektryczną zupełnie zeroemisyjnie. Jeżeli będziemy spędzać mniej czasu w biurze, to biura te zużyją mniej energii.

Drugi sposób cięcia emisji to oczywiście dojazdy do pracy. Według autorów raportu dzięki skróceniu tygodnia pracy można byłoby ściąć ilość kilometrów przejechanych prywatnymi samochodami o 9 proc. 

Jak zaznaczają autorzy raportu, gospodarstwa domowe, w których mniej się pracuje, mają mniejszy ślad węglowy. I jest to kolejny argument za skróceniem czasu pracy. Dodatkowo w dokumencie znajdziemy badania, z których wynika, że duża część osób pytana o to, co zrobiłaby z dodatkowym jednym wolnym dniem, odpowiedziała jednoznacznie: spożytkowałaby go na spotkania z przyjaciółmi, angażowanie się w życie lokalnych wspólnot czy gotowanie. A więc na mniej emisyjne aktywności niż siedzenie w klimatyzowanym biurze i produkowanie bezsensownych ton zadrukowanego papieru.

Czy to wszystko może zadziałać? 

Cóż, i tak i nie. Pojawiająca się w raporcie liczba 127 milionów ton dwutlenku węgla – biorąc pod uwagę brytyjskie emisje – to naprawdę dużo. Aż za dużo. Trudno sobie wyobrazić, że przy wycięciu jednego, nawet znaczącego czynnika, jakim jest jeden dzień pracy, uzyskujemy aż tak dobry antyemisyjny wynik. I jest kilka powodów, dla których te oszacowania zapewne są przestrzelone.

Wszyscy kłamią!

Po pierwsze wiele wniosków jest wyciągniętych na podstawie deklaracji. A te są bardzo zawodne, jeśli chodzi o przewidywanie naszych przyszłych realnych zachowań. To tak zwane zjawisko społecznych oczekiwań. Często kiedy ankieter pyta nas o coś, zastanawiamy się nie tylko nad odpowiedzią na samo pytanie, ile nad tym, co uważamy, że chciałby usłyszeć ankieter, by dobrze o nas pomyślał. A później naginamy nasze preferencje czy też plany pod nasze wyobrażenie o oczekiwaniach ankietera. Nikt nie chciałby przecież wyjść na samolubnego, nieszanującego klimatu, egoistycznego dupka. 

Ba! Często sami siebie oszukujemy! I jest to zjawisko bardzo dobrze opisane w psychologii społecznej. Jak mawiał Dr House, bohater niegdyś bardzo popularnego serialu telewizyjnego pod tym właśnie tytułem: wszyscy kłamią. I to prawie prawda. Kłamie na tyle duża część z nas, żeby być sceptycznym wobec badań opartych jedynie o deklaracje.

Wcale więc nie musi być tak, że ludzie dojeżdżający do pracy chętnie zrezygnują z samochodów i oddadzą się spacerom z rodziną. Możliwe jest, że dodatkowy dzień weekendu zachęcałby do częstszych wyjazdów czy wręcz do krótkich wakacji za granicą. Na które oczywiście można byłoby się udać samolotem: najbardziej emisyjnym źródłem transportu.

Po drugie, twierdzenie, że gospodarstwa domowe, w których mniej się pracuje, mają niższy ślad węglowy, jest rozumowaniem postawionym na głowie. Ich niższy ślad węglowy bowiem bierze się stąd, że ludzie którzy mniej pracują, zazwyczaj statystycznie mniej zarabiają (nie jest to oczywiście reguła jeden do jednego; wiele biednych ludzi urabia się po łokcie). A to właśnie dochód jest jednym z najważniejszych predyktorów naszego śladu węglowego.

To nie jest tylko intuicja. Z przeprowadzanego w Szwecji badania wynika, że skrócenie czasu pracy o 1 proc. może skutkować zmniejszeniem użycia energii oraz emisji gazów cieplarnianych o 0,7-0,8 proc. Jonas Nassen i Jorgen Larsson, autorzy publikacji, zauważają jednak, że za ten efekt odpowiada spadek dochodu i idący za nim spadek konsumpcji. Jednocześnie zwiększenie „niskoemisyjnego” odpoczynku odpowiada jedynie za jedną dziesiątą tego efektu.

Zasłużyliśmy na trochę nieeko

W literaturze naukowej pojawia się jeszcze jedna kategoria, która może zmniejszyć proklimatyczny efekt skrócenia dnia pracy. Chodzi o tak zwany „efekt odbicia”. Zjawisko to badali m.in. Steve Sorrell, Brigitta Gatesleben i Angela Druckman. Z opublikowanej przez nich pracy wynika, że osoby, które starają się obniżyć swój ślad węglowy przez indywidualne decyzje, często właśnie „odbijają” sobie ten wysiłek na innych polach. 

Osoby, które redukują konsumpcję i oszczędzają, później kupują sobie wycieczkę zagraniczną. Jest to więc związane z wydaniem zakumulowanych wcześniej oszczędności. Można wręcz powiedzieć, że pieniądze to nasz potencjalny ślad węglowy. 

Inne oblicze „efektu odbicia” to usprawiedliwienie się. Bycie „eko” bardzo nadwyręża naszą wolę. Po jakimś czasie autoascezy przychodzi czas, kiedy możemy zacząć konsumować wysokoemisyjne dobra, myśląc sobie w duchu, że na to zasłużyliśmy. To trochę jak zjedzenie hamburgera po wymagającym treningu. Problem w tym, że taka przyjemność redukuje część naszego wysiłku. Podobnie jest z naszymi „wysiłkami klimatycznymi”. To nie znaczy, że są one zupełnie bez sensu. To znaczy, że część ich efektu jest redukowana przez inne czynniki pośrednio lub bezpośrednio związane z podjętymi przez nas krokami.

Choć nie jest to oczywiście to samo, co skrócenie tygodnia pracy, to możemy się spodziewać, że i w takim przypadku może wystąpić efekt odbicia. Na przykład w postaci wyżej wymienionych wycieczek z okazji dłuższych weekendów. Albo, o ile będziemy mieli świadomość, że wolne piątki zostały wprowadzone dla dobra klimatu, to część z nas zdecyduje się na kupno sobie bardziej paliwożernego samochodu? No przecież już jesteśmy eko, bo mniej pracujemy. Możemy sobie pozwolić na ten występek.

„Wszystkoizm” na ratunek 

Nie chciałbym być źle zrozumiany. Jestem bardzo daleki od indywidualizowania winy za globalne ocieplenie. Jestem zdania, że niemal żadne indywidualne działanie nie ma znaczenia, jeśli chodzi o działanie proklimatyczne. Zwracam tylko uwagę, że „emisyjne korzyści” mogą być mniejsze, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

To wszystko nie oznacza, że propozycja skrócenia czasu pracy nie ma sensu. Ma i to spory.

Na proklimatyczne skutki skrócenia czasu pracy wskazuje słynny eksperyment w japońskim Microsofcie w 2019 roku. W sierpniu 2,3 tys. pracowników tej firmy otrzymało wolne piątki. Co ważne: ich pensje nie spadły. W tym samym czasie zużycie energii elektrycznej w firmie spadło o 23 proc., liczba wydrukowanych dokumentów spadła o 60 proc. Mało tego, o 40 proc. wzrosły wyniki sprzedaży, a o 25 proc. zmniejszyła się liczba dni wolnych, które brali pracownicy.

Ponad dekadę temu eksperyment ze skróceniem tygodnia pracy (mieliśmy tam do czynienia ze skróceniem tygodnia, a nie czasu pracy; pracownicy mieli wypracować tyle samo godzin, co w „zwykłym” tygodniu, jednak od poniedziałku do czwartku) przeprowadziły władze stanu Utah na ponad 17 tys. pracowników administracji publicznej. Skutkiem tej decyzji była oszczędność 1,8 mln dolarów tylko w jednym miesiącu oraz ścięcie emisji o 6 tys. ton CO2. 

Nawet jeżeli część efektu ograniczenia czasu pracy zostałaby wchłonięta przez „efekt odbicia”, to można liczyć na to, że gra warta jest świeczki. A to dlaczego, że w walce z klimatycznym problemem powinniśmy stosować – jak to nazywa filozof i publicysta Tomasz Markiewka – „wszystkoizm”. Tą kategorią określa on zbiór działań, które musimy podjąć, aby nie dopuścić do pogłębiania się klimatycznego kryzysu. 

Nie chodzi więc tylko o zmianę miksu energetycznego, jak najszybsze wycofywanie z niego węgla na korzyść odnawialnych źródeł energii i energii jądrowej. Chodzi o pójście szerokim łukiem. Musimy wdrażać tyle instytucjonalnych rozwiązań, które pomogłyby w zmniejszeniu emisji, ile to tylko możliwe.

Skrócenie czasu pracy ma jeszcze jeden dodatkowy walor. Poza wielokrotnie potwierdzonym pozytywnym wpływem na kondycję psychiczną i fizyczną pracowników oraz na ich wydajność pracy jest również zmianą na lepsze. Jest to o tyle istotne, że część regulacji, które będziemy musieli w przyszłości przyjąć, przynajmniej częściowo będą zapewne ograniczać wygodę naszego życia. Nie chodzi o skrajne pomysły, takie jak zakaz lotów, zmniejszenie powierzchni mieszkaniowej albo zakaz spożywania mięsa. Jednak nie jest wykluczone, ba, jest całkiem prawdopodobne, że zarówno ta pierwsza, jak i ta ostatnia aktywność będzie silniej regulowana i ograniczana. Na przykład przez dociążenie ich podatkami, co ma nie tylko zniechęcać ludzi do mięsa i latania, ale również skłaniać ich do poszukiwania alternatyw. 

W najbliższych dekadach tego typu trudnych decyzji politycznych będzie podjętych z pewnością sporo. Ale w demokracji do podejmowania trudnych decyzji potrzebne jest społeczne poparcie. Jeżeli wyrzeczenia i utrudnienia będą jedynymi rozwiązaniami, które do zaoferowania swoim wyborcom będą mieli politycy w kwestii powstrzymania katastrofy klimatycznej, to może spowolnić marsz ku powstrzymaniu kryzysu. Dlatego istotne jest też to, aby ten moment wykorzystać do zmiany, którą zwykły Kowalski, Smith czy też Schmidt odczuje pozytywnie. A takim rozwiązaniem mogłoby być np. mądre skracanie czasu pracy. 

Bo któż nie chciałby mieć trzydniowego weekendu co tydzień?

Kamil Fejfer – dziennikarz piszący o ekonomii i gospodarce. Współtwórca podcastu i kanału na YouTube „Ekonomia i cała reszta”. Współpracuje z Newsweekiem, Krytyką Polityczną, NOIZZ-em, WP Opinie, Pismem, Dwutygodnikiem. Autor książek „O kobiecie pracującej” oraz „Zawód”. Obecnie pracuje nad książką na temat przejawów zmiany klimatu w Polsce.