Turystyka w erze post-COVID. Gdzie i jak będziemy podróżowali

Turystyka w erze post-covid. Gdzie na wakacje
141 interakcji
dołącz do dyskusji

Nigdy nie będzie takiego lata – śpiewał Bogusław Linda w utworze „Filandia”, jednym z największych przebojów Świetlików. Wydaje się, że tegoroczne lato właśnie takie będzie: wyjątkowe, wyczekane, ale też inne niż dotąd znaliśmy.

Po ponadrocznym zmaganiu z pandemią, licznych lockdownach i długim zamknięciu w czterech ścianach chcemy wreszcie wrócić do normalności. Nie oznacza to jednak powrotu do tego, co było, lecz do nowego świata, który dopiero na naszych oczach się kształtuje. A nieznane zawsze budzi niepewność.

– Polacy są głodni wakacyjnych podróży, ale są też ostrożni – mówi dr Michał Lutostański, socjolog i dyrektor strategiczny w firmie badawczej Kantar Polska. Przypomina, że w wielu miejscach na świecie COVID-19 wciąż jest niezwykle groźny i zbiera śmiertelne żniwo. Pojawiają się też nowe warianty wirusa, a przy obecnym tempie szczepień niewykluczona jest jesienią czwarta fala zakażeń. – Dlatego podobnie jak w zeszłym roku wyjazdy wakacyjne Polaków będą bazować na turystyce krajowej. Widać, że Polacy mają obawy przed zagranicznymi wyjazdami – dodaje.

Przed czym się wzbraniamy? Do wojaży poza granicę kraju zniechęcają nas trzy główne obawy.

– Po pierwsze, lęk przed zmarnowaniem pieniędzy, bo co jeśli pojadę za granicę, a na miejscu okaże się, że wszystko poza hotelem jest zamknięte i nie będzie można w pełni wypocząć, zobaczyć największych atrakcji? Po drugie, lęk przed utratą czasu. Dłuższy urlop mamy zwykle raz do roku, a dodatkowo jest ryzyko, że po powrocie będziemy musieli odbyć np. dwutygodniową kwarantannę. Po trzecie, boimy się o swoje zdrowie, że np. zarazimy się nowym wariantem wirusa. Dla wielu poziom niepewności jest zbyt duży, aby ryzykować – mówi dr Lutostański.

Jego słowa potwierdzają przeprowadzone w maju badania Kantar Public. Wynika z nich, że 46 proc. badanych Polaków ma plany wakacyjne, ale tylko niewielka część (6 proc.) zamierza udać się zagranicę. Większość rodaków zostanie w kraju. Powinniśmy więc przyzwyczaić się do myśli, że popularne kierunki zaczną być mocno oblegane, trudno będzie o nocleg, kolejki do wejścia na Giewont staną się codziennością, a plaże nad Bałtykiem zostaną jeszcze gęściej zastawione parawanami.

Tylko niewielka część Polaków planuje zagraniczne wakacje. Fot. Shutterstock.com / Zigres

Skoro więc podobnie jak w zeszłym roku masowo będziemy odkrywać uroki polskich gór czy jezior, to cena krajowego wypoczynku wzrośnie. – Branża turystyczna na pewno będzie chciała odbić sobie długie miesiące organicznego funkcjonowania i będzie po prostu drożej. Już zresztą to widać – uważa Justyna Dżbik-Kluge, autorka książki „Polacy last minute. Sekrety pilotów wycieczek” i dodaje: – Może okazać się, że pobyt nad Bałtykiem będzie droższy od pobytu nad Adriatykiem.

– Rok 2020 był dla turystyki w Polsce i na świecie katastrofą. Ten rok zaczął się obiecująco, ale nadal do rekordowego 2019 dzieli nas przepaść. Możliwe więc, że branża będzie nadrabiać straty – mówi Marek Kamieński, ekspert i biegły sądowy ds. turystyki. Odbijać trzeba szybko, bo sezon turystyczny w Polsce jest stosunkowo krótki i trwa zaledwie od połowy czerwca do połowy września. – Niewiele hoteli i pensjonatów ma pomysł na przyciąganie gości poza sezonem. Przeważnie w te cztery miesiące muszą zarobić na cały rok, a koszty utrzymania, pracownicze, mediów rosną, więc i ceny idą w górę – dodaje Kamieński.

Marek Kamieński zwraca też uwagę, że trudnego okresu pandemii część hoteli czy pensjonatów po prostu nie przetrwało. – O ile biura podróży sobie poradziły i nie było spektakularnych upadłości, to wiele hoteli nie otworzyło się po rozmrożeniu gospodarki. To zresztą trend globalny – zauważa ekspert.

Paula Kukołowicz, analityczka Polskiego Instytutu Ekonomicznego i współautorka raportu „Branża turystyczna w Polsce”, ocenia, że wskutek pandemii na rynku mogą zacząć dominować większe podmioty, które będą przejmować mniejszych graczy mających problemy finansowe. – Pandemia stworzyła grunt pod większą koncentrację rynku, szczególnie, że przed sektorem stoi jeszcze trudne wyzwanie w postaci braku przychodów z biznesowych konferencji, firmowych szkoleń czy spotkań – twierdzi ekspertka PIE.

Kluczem szczepionki

Dlatego cała branża tak mocno czeka na czas, kiedy większość populacji będzie zaszczepiona, a więc bezpieczna. Pandemia wywróciła do góry nogami życie wielu utrzymujących się z turystyki pracowników, np. pilotów wycieczek czy rezydentów. – Jedna z bohaterek mojej książki, bardzo oczytana dziewczyna, która zjechała kawał świata, mówiła mi we wrześniu 2020 roku (kiedy było już wiadomo, że wakacje będą bardzo okrojone), że aby mieć z czego żyć, była na rozmowie o pracę w magazynie. Wielu pilotów próbowało się przekwalifikować i szukało innego zajęcia. Są tacy, którzy się zmobilizowali i np. dorabiali, przeprowadzając remonty, ale jest niemała grupa tych, dla których ta sytuacja była niezwykle dołująca. Wśród pracowników branży turystycznej wzrósł niestety poziom depresji czy załamań nerwowych – mówi Justyna Dżbik-Kluge.

– Kluczem powrotu do normalności zarówno dla branży, jak i turystów, są szczepienia. Nie ma innej alternatywy. Wyłącznie zaszczepienie jak największej ilości ludzi będzie oznaczało, że będziemy wolni od koronawirusa i mniej od niego uzależnieni – mówi Marek Kamieński.

Podróżowanie po krajach UE ma ułatwić unijny certyfikat covidowy. Fot. Shutterstock.com / Alex Tihonovs

We wkraczaniu do nowego świata ważną rolę będzie miał unijny certyfikat covidowy, który od 1 lipca ma ułatwić nam podróżowanie po Unii Europejskiej. Będzie dowodził on, że przechorowaliśmy już COVID-19, jesteśmy zaszczepieni albo mamy negatywny wynik testu CPR. Każdy, kto będzie posiadał taki dokument, zostanie zwolniony np. z konieczności przejścia kwarantanny czy robienia dodatkowych testów.

– Jeśli zostanie wdrożony w prawidłowy sposób, zacznie bezproblemowo działać, to można spodziewać się odbicia w turystyce zagranicznej. Polacy chętniej ruszą w ciepłe rejony Europy, jeśli zmniejszy się niepewność dotycząca zagranicznych podróży, czyli nie będzie odwoływanych przez pandemię lotów, obowiązkowych w niektórych krajach testów PCR, za które trzeba płacić nawet kilkaset złotych czy obaw związanych z obowiązkową kwarantanną po powrocie. To może rozwiązać certyfikat covidowy – uważa Paula Kukołowicz. I dodaje: – Wyjazdom zagranicznym i przełamywaniu obaw będą też sprzyjały wysokie ceny wakacji w Polsce.

Problemy jednak już są, co pokazuje przykład przebywającego wiosną w Stanach Zjednoczonych Łukasza Bedkowskiego. Polak przechorował za oceanem COVID-19, a więc jest ozdrowieńcem, a wiosną tego roku zaszczepił się pfizerem, drugą dawkę przyjmując na początku maja. 15 czerwca przyleciał do Europy. Najpierw wylądował w Warszawie. Zgłosił się do lekarza, który odnotował w systemie zarówno przebytą chorobę, jak i szczepienie. Mimo to kilka dni później, podczas podróży do Włoch, spotkała go przykra niespodzianka. 

– Przed wylotem musiałem zrobić test PCR, który kosztował mnie 250 złotych. A za kilka dni lecę do Berlina i znowu będę musiał zrobić kolejny test za 250 zł, bo mnie nie wpuszczą na pokład samolotu. Polski rząd nie wpadł na to, że ludzie będą się szczepić poza Polską i nie stworzył żadnej procedury nostryfikującej szczepienia wykonane w innych krajach – mówi Łukasz Bedkowski.

Potwierdzenie przyjęcia obu dawek szczepienia przez Łukasza Bedkowskiego

System nie tylko nie widzi jego szczepienia, ale i tego, że jest ozdrowieńcem, bo lekarz nie mógł skutecznie wprowadzić do niego tych informacji.

– W systemie jest informacja o mojej wizycie u lekarza, ale nie ma tego, co w jej czasie się wydarzyło. Nie mogę więc wygenerować kodu potwierdzającego szczepienie lub/i przebycie choroby. Formalnie więc nie funkcjonuję w polskim systemie jako ozdrowieniec, bo nie ma jak tego uznać. Nie mam żadnych zaświadczeń od lekarza czy czegoś takiego, bo w USA nic takiego nie ma. Mam tylko wyniki testów: najpierw pozytywnego, a potem negatywnego i tam to wystarcza. Nie ma mnie w systemie, bo, jak usłyszałem w Ministerstwie Zdrowia, zostałem zaszczepiony poza Narodowym Programem Szczepień. Z kolei w sanepidzie dowiedziałem się, że nie są w stanie mi pomóc, ponieważ nie ma żadnych przepisów określających taką sytuację jak moja. Wpadłem w czarną dziurę, z której nikt ani nic nie jest w stanie mnie wyciągnąć, a w podobnej sytuacji za chwilę będą tysiące osób zaszczepionych poza Polską – dodaje. 

Co na to Ministerstwo Zdrowia? Resort wyjaśnił, że jedynie szczepienie wykonane w ramach Narodowego Programu Szczepień może być odnotowane w e-Karcie Pacjenta, widoczne na Internetowym Koncie Pacjenta oraz potwierdzone polskim certyfikatem. Podkreśla jednocześnie, że władze naszego kraju uznają w zakresie ruchu granicznego zaświadczenia dotyczące szczepień wystawione przez instytucje innych państw. 

To jednak nie rozwiązuje problemu zagranicznych podróży. Resort zdrowia wyjaśnia, że rozwiąże go dopiero Unijny Certyfikat COVID, który zgodnie z zapowiedzią Przewodniczącej Komisji Europejskiej powinien zostać uruchomiony w okresie letnim. „W ramach tego zaświadczenia będą zawarte informacje potwierdzające, że dana osoba została zaszczepiona przeciwko COVID-19, uzyskała ujemny wynik testu lub przeszła tę chorobę” – wyjaśnia MZ.

Czas zmian

Covidowe paszporty to nie jedyna pandemiczna zmiana, która z pewnością zostanie z nami na dłużej. Zmienią się też niektóre zachowania samych turystów. Po zeszłorocznych problemach m.in. z odwołanymi lotami rzadziej mamy ochotę jeździć za granicę indywidualnie.

– Klienci, którzy w 2020 roku organizowali wyjazdy na własną rękę, często zostawali na lodzie, bo linie lotnicze odwoływały loty i nie zwróciły pieniędzy, tylko dały vouchery. Tak samo z hotelami. Wiele opłaconych rezerwacji nie można było zrealizować, bo np. hotel zbankrutował i pieniądze przepadły – mówi biegły sądowy Marek Kamieński. Podkreśla też, że klienci podróżujący z biurem podróży są bezpieczniejsi, bo mają swoje prawa. – W ich przypadku nie było problemu ze zwrotami pieniędzy. Wielu turystów w tym niepewnym ciągle sezonie na pewno wyciągnie z tego lekcję i wybierze zorganizowany, bezpieczniejszy wyjazd – dodaje.

Zmienić może się również sposób, w jaki będziemy się przemieszczać. Coraz powszechniejsze stają się bowiem ekologiczne postawy. Możliwe więc, że zamiast samolotu częściej będziemy wybierać na przykład pociągi, bo te drugie emitują znacznie mniej dwutlenku węgla. Takiemu trendowi sprzyja też fakt, że część podróżnych w obawie przed zakażeniem woli unikać tłocznych lotnisk czy ścisku w samolocie.

Podróże pociągami mogą stać się powszechniejsze ze względu na ekologię. Fot. Shutterstock.com / Flystock

W Europie mówi się już wręcz o renesansie nocnych pociągów sypialnianych. Szlaki przecierały austriackie koleje ÖBB, które pod marką NightJet wożą m.in. do Brukseli, Mediolanu, Amsterdamu czy Ostrawy. W zeszłe wakacje ogromną popularnością cieszył się też czeski przewoźnik RegioJet. Jego połączenie z Pragi do chorwackiej Rijeki było zapełnione w blisko 90 proc., mimo że składy zabierały na pokład grubo ponad 600 pasażerów. Nic więc dziwnego, że w tym roku firma poszerzyła ofertę o trasę do Splitu. Ceny? W letnich terminach zaczynają się od ok. 37 euro (ok. 170 zł) na miejscu siedzącym i 53 euro (240 zł) w przedziale sypialnianym.

W te ślady idą kolejni. Belgijski Moonlight Express chce od przyszłego roku nocnym, sypialnianym pociągiem wozić pasażerów między Brukselą, Berlinem i Pragą. Francuska Midnight Trains planuje od 2024 roku stworzyć całą siatkę połączeń „hoteli na szynach” jeżdżących z Paryża m.in. do Madrytu, Porto, Rzymu, Kopenhagi czy Edynburga.

Kursy sypialnianego pociągu do Brukseli planuje też po kilku latach przerwy przywrócić PKP Intercity, ale dokładny termin powrotu tego składu na szyny nie jest jeszcze znany. Póki co składami PKP IC możemy dojechać m.in. do Berlina, Wiednia, Budapesztu czy Moskwy.

Czy jednak przesiądziemy się do kolei, gdy pojawi się dogodna oferta? Marek Kamieński jest sceptyczny, bo choć biura podróży oferują podróże pociągami, to klienci wciąż wolą własny samochód albo samolot. – Turystyka opiera się na rodzinach, a te decydują portfelem. Patrząc cenowo, dojazd autem dla czteroosobowej rodziny jest zwykle tańszy niż kupno czterech biletów. Na razie więc trendu „przesiadania się do pociągów” w Polsce nie ma – mówi Kamieński.

A może kamper?

Zeszłorocznym hitem były też kampery. Kiedy hotele wcale nie mogły przyjmować gości lub robiły to w ograniczonym zakresie, to domy na czterech kółkach stały się idealną alternatywą. Dawały nie tylko poczucie bezpieczeństwa i izolacji od osób, które mogłyby nas zarazić wirusem, ale też swobodę w przemieszczaniu się.

– Kampery stały się alternatywą, bo dawały gwarancję, że wyjazd uda się bez względu na obostrzenia – mówi dr Michał Lutostański. Jednak stwierdzenie o boomie traktuje z dystansem. – Owszem, wypożyczenia i sprzedaż wzrosły, ale startowały z bardzo niskich poziomów – dodaje.

Kampery dają duże poczucie bezpieczeństwa, co szczególnie ważne w czasach epidemii. Fot. Shutterstock.com / Virrage Images

Wtóruje mu Paula Kukołowicz: – Kiedy spojrzymy w statystyki, to okaże się, że wzrosty były spore, ale nadal nie jest to zjawisko masowe. To kilka procent rynku.

Ekspertka PIE nie ma jednak wątpliwości, że trend będzie kontynuowany także w tym roku: – Kampery dają dużą elastyczność, co jest pożądane w sytuacji pandemicznej niepewności. A przy tym pojawiła się pewna moda, więc nadal będziemy słyszeć o kamperach.

Być tu i teraz

Pandemia może być też szansą na bardziej świadome podróże i docenienie odwiedzanych miejsc. Przed erą koronawirusa często bowiem zdarzało się nam zwiedzać i odpoczywać, nie wysuwając nosa sprzed ekranu telefonu. Zamiast być tu i teraz i cieszyć się urlopem, zdarzało nam się wpadać w otchłań wirtualnej rzeczywistości. Justyna Dżbik-Kluge w swojej książce takich turystów nazywa „technologicznymi”. To ludzie, którzy robią fotografie z każdego miejsca, ciągle nagrywają filmiki albo nadają relacje online, aby na żywo dzielić się tym, co widzą, ze swoimi znajomymi w mediach społecznościowych.

– O jednym z takich „tech-turystów” opowiedziała mi przewodniczka z Krakowa. Mężczyzna całą wycieczkę relacjonował w internecie, opowiadając żonie, co widzi. Jednocześnie wysyłał zdjęcia, nagrywał filmy i od razu je publikował. Nie był to wprawdzie turysta z Polski, ale i nam zdarza się przecież spędzać urlop z nosem w smartfonie – opowiada Justyna Dżbik-Kluge.

Podróżując, warto skupić się na tym, co „tu i teraz”, ograniczyć korzystanie z mediów społecznościowych. Fot. Shutterstock.com / Song_about_summer

Pandemia sprawiła też, że dużo powszechniejsza stała się praca zdalna. Dzięki temu coraz więcej osób może decydować się na to, co wcześniej było tylko w zasięgu specjalistów w wolnych zawodach, czyli workations – od „vacations” (wakacje) i „work” (praca). Innymi słowy: przeniesienie się z obowiązkami zawodowymi w miejsce wypoczynku.

– W pandemii pracodawcy zrozumieli, że ich pracownicy wcale nie muszą codziennie siedzieć w biurze, aby dobrze wykonać swoją pracę. Skoro więc mogą obowiązki wykonywać zdalnie z domu, to mogą też z ciepłej Hiszpanii. Jednak z takiej opcji częściej będą korzystać osoby, które nie mają dzieci, bo te muszą chodzić do szkoły, czy kredytu hipotecznego, co mocniej wiąże z danym miejscem – uważa dr Michał Lutostański.

Szansa dla planety

Przed pandemią przemysł turystyczny odpowiadał za 8 proc. globalnej emisji dwutlenku węgla. W zaciągnięciu pandemicznego hamulca niektórzy eksperci widzieli szansę na to, że po wyjściu z zamknięcia turystyka odbuduje się w bardziej zrównoważonej i lepszej dla planety formie. W końcu, chcąc nie chcąc, zaczęliśmy podróżować bliżej, odkrywając lokalne zakątki i zamiast lecieć tysiące kilometrów na Bali, jechaliśmy do Białowieży. Tylko czy ten trend utrzyma się, kiedy turyści zrzucą kajdany pandemii?

– Bardzo bym tego chciał – śmieje się dr Michał Lutostański. – Ale zmiany zachowań to długi proces. Najpierw trzeba zmienić świadomość zjawiska, obalić związane z nim stereotypy, a potem pokazać postawy osób, które już tak robią. My jesteśmy na tym pierwszym etapie. Póki co budujemy proekologiczne postawy jedynie wymuszeniami. Przestajemy używać foliowych torebek, bo są płatne. Segregujemy śmieci, bo tak jest taniej. Proces budowania proekologicznych postaw zajmie nam jeszcze dużo czasu. A po pandemii spodziewałbym się wręcz odwrotnych zachowań. Kiedy będzie to możliwe, najpierw wszyscy rzucą się na turystykę, bo w końcu mogą. Dopiero gdy ludzie poczują, że nadrobili ten zmarnowany przez pandemię czas, to niektórzy zaczną myśleć o potrzebach planety – dodaje Lutostański.

– Kiedy dzieją się ważne i przełomowe rzeczy, zdarza nam się nieco romantycznie wyobrażać, że będzie lepiej, będziemy bardziej świadomi i odpowiedzialni. Wszystkim nam tego życzę, ale niestety przypuszczam, że może to być „marzenie ściętej głowy” – podsumowuje Justyna Dżbik-Kluge.

A o pewnych ograniczeniach była mowa już przed pandemią. Wiele turystycznych miast zmagało się bowiem ze zjawiskiem nazywanym z angielskiego overtourism (przeturystycznienie), czyli nadmiernego i zbyt licznego odwiedzania niektórych atrakcji turystycznych. Mówiąc wprost: zadeptywania ich. Jeśli wciąż nie wiemy, o czym mowa, to wróćmy pamięcią choćby do masowych wieczorów kawalerskich w Krakowie, a w wydaniu zagranicznym do Wenecji, gdzie turystów toczących hałasujące walizki po bruku było tak wielu, że zakazano ich używania pod karą 500 euro grzywny.

Wiele popularnych turystycznie miejsc jest wręcz zadeptywanych. Na zdjęciu Wenecja. Fot. Shutterstock.com / Bumble Dee

Paula Kukołowicz przypomina, że już przed pandemią kraje UE dyskutowały o tym, co zrobić ze zbyt masową turystyką. Jednym z pomysłów był niewprowadzony w życie podatek turystyczny, który miał regulować ruch turystów i nadmiar skierować w inne mniej uczęszczane rejony. – Do Polski dopiero dociera ta dyskusja, ale w pandemii Kraków, który wcześniej miał problem z nadmiarem turystów, ogłosił nową politykę w tym zakresie i zapowiedział, że zacznie stawiać nie na ilość, lecz jakość. Nie będzie dbał o to, aby turystów było jak najwięcej, lecz o takich, którzy być może zapłacą troszkę więcej, ale będą mniej uciążliwi dla przyrody, dziedzictwa historycznego i lokalnej społeczności – wylicza Kukołowicz.

Co chce zmienić Kraków? Nowa strategia zrównoważonej turystyki zakłada czerpanie garściami z kultury. Oferta w tej dziedzinie ma być uporządkowana według sezonów i trafić do świata cyfrowego, aby goście łatwiej mogli zorientować się, co dzieje się w mieście.

Pomóc ma w tym dwujęzyczny internetowy portal informujący o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych. Miasto planuje też rozbudować platformę VOD Play Kraków, która w pandemii pozwoliła przetrwać instytucjom kultury, pozwalając na wirtualne uczestnictwo w wielu wydarzeniach. Sprawdziła się na tyle, że dziś śledzi ją 30 tysięcy użytkowników. Jest na niej blisko pół tysiąca różnego rodzaju materiałów (także płatnych), a w przyszłości mają pojawić się nowe, cykliczne programy. Kraków do końca roku chce też stworzyć portal łączący aż 117 muzealnych oddziałów i wirtualnej bileterii, dzięki czemu łatwo będzie można zakupić wejściówki do wszystkich instytucji w jednym miejscu.

Kraków chce postawić na zrównoważony rozwój turystyki. Fot. Shutterstock.com / MsEmerald

Podejście stolicy Małopolski to jednak w Polsce wciąż rzadkość. Raport PIE pokazuje, że transformacja cyfrowa to jedna z bolączek polskiego rynku turystycznego. Szczególnie, że możliwości technologii cyfrowych nie ograniczają się do funkcji informacyjnej i pośredniczenia w procesie rezerwacji. Umożliwiają też szybkie i tanie pozyskiwanie danych dotyczących preferencji konsumentów i ich cen społeczno-demograficznych.

Jednak polskie przedsiębiorstwa rzadko sięgają po takie narzędzia. W 2018 roku tylko 5 proc. podmiotów działających w sektorze zakwaterowania i gastronomii przeprowadziło analizę typu big data, a 7 proc. korzystało z płatnych usług obliczeń w chmurze. Takie wyniki daleko odstają od średniej wybranych państw europejskich, wynoszącej odpowiednio 10 proc. oraz 19 proc. i należą do jednych z najniższych w Europie.

– Używając tego typu narzędzi, możemy dużo lepiej dopasowywać ofertę turystyczną do zróżnicowanych potrzeb grup odbiorców. Tworzyć spersonalizowane oferty pod konkretnych odbiorców – mówi Paula Kukołowicz. Zwraca jednak uwagę, że polskie prywatne firmy oraz instytucje państwowe nie do końca rozumieją, ile mogłyby na tym zyskać, więc bardzo rzadko po nie sięgają. – Wiele podmiotów zatrzymało się na początku XXI wieku. Stworzyło stronę internetową z numerem telefonu i kilkoma zdjęciami, a świat poszedł do przodu – dodaje.

Krokiem do takiej digitalizacji byłaby możliwość wirtualnego zwiedzania ośrodka wypoczynkowego czy lokalnych atrakcji, np. ekspozycji muzeum. A kolejnym rozszerzenie tego, co dziś oferują platformy jak Booking.com czy Airbnb. Z ich pomocą możemy znaleźć i zarezerwować noclegi, transfer z lotniska, dokonać płatności online itd., ale i rozszerzyć to o dodatkowe usługi. Jakie? Choćby rezerwację kolejnych atrakcji turystycznych: wycieczek, kajaków, rowerów, biletów wstępu do muzeów czy parków rozrywki, ale też udziału w warsztatach tworzenia lokalnych serów.

– Zwykle bowiem rezerwujemy hotel i niekoniecznie wiemy, na jakie atrakcje możemy liczyć w okolicy – mówi Paula Kukołowicz i dodaje, że tu jednak potrzebna jest współpraca lokalnych samorządów i przedsiębiorców. Wspólnie mogliby utworzyć platformy, poprzez które można realizować wspomniane potrzeby i zaprezentować ofertę. – Z jednej strony byłby to element marketingowy, bo turysta mógłby przed wyjściem z domu zobaczyć, co czeka go na miejscu, a z drugiej dziś wytwarza się trend łączenia podróży z doświadczaniem. Już nie tylko chcemy gdzieś pojechać, ale chcemy na miejscu też coś przeżyć i czegoś się nauczyć. Element wirtualizacji mógłby w atrakcyjnej wizualnie formie pokazywać, jak takie warsztaty wyglądają, aby przekonać klientów, że warto to przeżyć – dodaje.

Najlepiej przeżyć tak mocno, by potem mogli wspomnieć: nigdy nie będzie takiego lata. Ale choć Polska przez pandemię jest chętniej zwiedzana przez własnych obywateli, to mało kto póki co bierze przykład z Krakowa.