Wynajmowanie mieszkań w małych miasteczkach to droga przez mękę. Oto prawdziwy polski ład mieszkaniowy

Wynajmowanie mieszkań w małych miasteczkach to droga przez mękę. Oto prawdziwy polski ład mieszkaniowy
721 interakcji
dołącz do dyskusji

– Mieszkałem już ponad pół roku w tej mojej kawalerce, kiedy właściciel zadzwonił do mnie ni to z prośbą, ni z pytaniem, że przyjeżdża do niego kuzyn ze Stanów na dwa tygodnie. Wymyślił, że będzie spał u mnie – Jakub z Jasła nawet nie miał jak się postawić, bo właściciel zagroził mu, że albo zgadza się na dokwaterowanie, albo wypad. Fragment książki „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast” Marka Szymaniaka, wydanej nakładem Wydawnictwa Czarne.

W trzydziestosześciotysięcznym Jaśle w województwie podkarpackim Jakub mieszka od zawsze i nigdy, choć ma trzydzieści trzy lata, nie miał swojej przestrzeni. Domowy kąt zawsze z kimś dzielił, zawsze ktoś był obok: jak nie mama, to tata, jak nie rodzice, to rodzeństwo. A najczęściej jednocześnie wszyscy.

Wychował się na osiedlu zwykłych niewysokich PRL-owskich bloków, jakich pełno w każdym mieście.

– Nic specjalnego, trzy pokoje, niewielka kuchnia, łazienka i toaleta oddzielnie. Metraż niezły, bo ponad siedemdziesiąt metrów. Akurat dla standardowej rodzinki. Z tym że moja, jak na dzisiejsze czasy, standardowa nie jest. Mam trójkę młodszego rodzeństwa, więc nigdy nie miałem swojego pokoju – opowiada.

W dzieciństwie dzielił go z młodszym bratem, w drugim spali rodzice, a salon był salonem. Potem rok po roku urodziły się mu dwie siostry. Kiedy trochę podrosły, rodzice oddali im swoją sypialnię, a sami przenieśli się na sofę do salonu. 

– Nie było źle, ale jak masz taką dużą rodzinę, to rzadko bywasz sam. Dom jest pełen ludzi, więc raczej nie zapraszasz do siebie kolegów, bo i tak nie miałbyś prywatności. Jako gówniarz bujasz się po osiedlu albo kitrasz na klatce, jak jest zimno.

Rynek w Jaśle – fot. Marek Szymaniak

Po liceum chciał iść na studia. – Kilku punktów zabrakło. Zapisałem się na zaoczne w Rzeszowie. Czesne kosztuje, więc musiałem iść do pracy. No i z jednej strony poczułem się jak dorosły, bo niby zarabiałem własne pieniądze i uczyłem się trudnych rzeczy, o których moi rodzice nie mieli zielonego pojęcia, ale z drugiej nadal jak dziecko dzieliłem pokój z bratem. Na uczelni nikomu się do tego nie przyznałem, bo trochę wstyd dla dorosłego faceta.

Na styk

Po pierwszym roku Jakub wynajął pokój. – Miałem straszną gulę, bo jak to płacić komuś za mieszkanie, gdy kilka ulic dalej jest mój rodzinny dom? No ale chciałem poczuć niezależność. Udowodnić rodzicom, że mogę mieszkać sam, nie umrę z głodu, nie zarosnę brudem. Życie z nastoletnim bratem nie było łatwe. Nie chciałem, żeby przerabiał to co ja. Chciałem, żeby mógł zaprosić kolegów czy dziewczynę do siebie. Zacisnąłem zęby, wziąłem nadgodziny i jakoś dawało radę, choć na styk.

To był 2007 rok. Jakub z nadgodzinami dostawał na rękę tysiąc sto złotych. Za stancję już z rachunkami płacił czterysta. Czesne na studiach kosztowało trzysta miesięcznie.

– Zostawało mi czterysta złotych: na jedzenie, telefon, transport do Rzeszowa co dwa tygodnie, ubrania i drobne przyjemności, czyli głównie wyjście do baru z kolegami w jedyny wolny weekend w miesiącu. Było cienko, ale co zrobić? Żyłem z miesiąca na miesiąc. Jako student myślałem, że potem będzie lepiej.

I było. Po studiach Jakub awansował, dostał podwyżkę. Wynajął malutką, dwudziestoośmiometrową kawalerkę. Płacił tylko o dwieście złotych więcej, ale więcej też zarabiał, więc nawet mógł oszczędzać.

– Jak na Jasło, to była okazja. Znajomy mojego szefa wynajmował to mieszkanko, ale lokator mu zrezygnował. Powiedział szefowi, że ma wolne, a szef mi, i tak po sznurku miałem mieszkanie, którego oficjalnie nawet nikt nie ogłaszał. Bo w małym mieście tak to właśnie wygląda. Zupełnie inaczej niż w dużym. Rozpuszcza się wici, bo tak jest szybciej, bezpieczniej, no i bez podatku. Rozpowiada się sąsiadom, rodzinie, a oni niosą to dalej. Ofert jest bardzo mało, więc chętnych nie brakuje. Tu mało kto się ogłasza w internecie, a jak już wrzuci ogłoszenie na Spotted albo OLX, to po chwili ma pięćdziesiąt wiadomości. Ludzie się rzucają jak na mięso za komuny. Kiedyś z ciekawości przeglądałem portale i grupy z ogłoszeniami, jedno dotyczące najmu było może sprzed dwóch dni. Odpowiedziałem na nie, a tam facet umęczonym głosem mówi, że telefon mu ciągle dzwoni, ludzie piszą SMS-y, nawet nie ma czasu zmienić, że już nieaktualne.

Jasło – fot. Marek Szymaniak

Widząc moją minę, Jakub proponuje, żebym sam sprawdził, i nie czekając, wyjmuje telefon. Na OLX jedno ogłoszenie, na Otodom i Gumtree – zero, w lokalnych grupach na Facebooku – nic aktualnego.

– Mieszkań na wynajem jest tak mało, że wynajmujący są pod ścianą. Muszą godzić się na wszelkie fanaberie właściciela. Mieszkałem już ponad pół roku w tej mojej kawalerce, kiedy właściciel zadzwonił do mnie ni to z prośbą, ni z pytaniem, że przyjeżdża do niego kuzyn ze Stanów na dwa tygodnie, a on sam mieszka w domu pod miastem i nie chce go u siebie, bo „nie ma miejsca”. Wymyślił, że kuzyn będzie spał u mnie. Nie chciałem się na to zgodzić. W końcu płacę, mamy umowę, to chyba na jej czas to moje mieszkanie? Na to on, że się mną rozczarował, że z żalem, ale musi wypowiedzieć naszą umowę i mam się wyprowadzić. I że dziwi się, że mój szef tak mnie chwalił. Nie wprost, ale zagroził, że będzie musiał go przede mną ostrzec. Byłem w szoku, bo to chwyt poniżej pasa. Nie dość, że mogłem stracić dach nad głową, to jeszcze pracę. Wiedziałem, że nie znajdę niczego z dnia na dzień. Uległem, zgodziłem się na kuzyna. Pomyślałem: to tylko dwa tygodnie. Jakoś przetrwam, może nie będzie tak źle. Właściciel od razu zmienił gadkę i powiedział, że mi to wynagrodzi w czynszu.

Kuzyn okazał się pięćdziesięcioletnim panem z brzuszkiem, który lubi sobie wypić, za to nie lubi po sobie sprzątać.

– Jakoś znosiłem to, że facet jadł, a brudne talerze magazynował w zlewie. Zaciskałem zęby i po nim zmywałem. Znosiłem nawet to, że korzystał z moich kosmetyków, bo „nie opłaca mu się kupować, skoro zaraz wylatuje”. Ale jak zaczął przychodzić narąbany i drzeć mordę przez pół nocy, spaliśmy w jednym pokoju, on na materacu to miałem dość. Wykrzyczałem mu, że dzwonię do właściciela, a on na to, że właśnie od niego wraca, i zaczął się tak śmiać, że aż puścił głośnego bąka. To jest taka sytuacja, że zastanawiasz się, czy to nie ukryta kamera. Spakowałem w torbę trochę ciuchów, laptopa i poszedłem spać do matki. Ja z mojego mieszkania wyszedłem, żeby mieć spokój. Rozumiesz? Do dziś sobie pluję w brodę, że nie wywaliłem gościa na zbity pysk.

Jakub wrócił po dwóch dniach. Bałagan był niesamowity. Wszędzie walały się puste puszki po piwie i konserwach, słoiki po ogórkach. Za to kuzyna ani śladu.

– Zadzwoniłem do właściciela kawalerki, opowiedziałem o wszystkim. Chyba wyczuł, że to przesada i nawet mnie przeprosił. Powiedział, że on wszystko załatwi, żebym nic nie ruszał. Kilka godzin później przyjechał z Ukrainką, która wysprzątała całe mieszkanie. On za to zapłacił, a mi obniżył czynsz o dwieście złotych. Mówił, że po stówce za każdy tydzień. Wtedy wiedziałem, że muszę znaleźć inne mieszkanie.

Udało się dopiero po kilku miesiącach, też po znajomości. Jakub twierdzi, że brak ofert to efekt tego, że w mieście po prostu brakuje mieszkań:

– Spółdzielnie mieszkaniowe i prywatni deweloperzy budują niewiele. Pojawia się raz na jakiś czas nowa inwestycja, a mieszkania rozchodzą się na etapie dziury w ziemi. Popyt jest, ale co z tego? Nikt więcej nie buduje.

Jego obserwacje potwierdzają dane Głównego Urzędu Statystycznego. W ostatnich latach w Jaśle niemal nie budowano nowych mieszkań. W 2019 oddano ich do użytku zaledwie 26, czyli 0,7 mieszkania na tysiąc mieszkańców. W 2018 – 29, a rok wcześniej – 32. Dla porównania w stolicy województwa podkarpackiego, Rzeszowie, w 2019 roku oddano 3291 lokali, czyli 16,9 na tysiąc mieszkańców. Dla Warszawy wskaźnik ten wyniósł 12,1 na tysiąc mieszkańców.

Miasto wymarłe

W grudniu 2018 roku miejscy radni debatowali nad Wieloletnim programem gospodarowania zasobem mieszkaniowym miasta Jasła na lata 2019–2023.

„Młodzi ludzie mieszkają z rodzicami w blokach. W tych małych pokojach jest ciasno, każdy chciałby mieszkać osobno. […] Miejsca pracy są, młodzi ludzie mają pracę, tylko chcieliby sobie ułożyć samodzielnie życie. […] Jak patrzę na kolejnych młodych ludzi, którzy wyjeżdżają, to naprawdę patrzeć na to nie mogę. Tutaj się kształcą, a potem zostawiają wszystko i wyjeżdżają. Przecież po to zostaliśmy wybrani, żeby coś pomóc tym młodym ludziom. Przecież od dawna mówią, że Jasło jest miastem wymarłym. To róbmy coś, żeby zapełnić życiem to miasto” – mówiła radna Maria Kluz.

Radna Elżbieta Bernal pytała, czy w projekcie budżetu na nowy rok uwzględniono środki na budownictwo wielorodzinne. W odpowiedzi Tadeusz Betlej, kierownik Wydziału Gospodarki Nieruchomościami i Geodezji Urzędu Miasta w Jaśle, poinformował, że urzędnicy analizują możliwość budowy nowego bloku przy ulicy Szkolnej, w którym znalazłoby się sześćdziesiąt lokali. Jednak w budżecie nie zaplanowano na to pieniędzy, „ponieważ nie jest jeszcze wybrany model finansowania. […] Musimy z tym zaczekać” 2. Projekt finansowania budowy nie został wypracowany do końca 2019 roku – ani do lipca 2020, kiedy rozmawiałem o tym z Tadeuszem Betlejem. Oznacza to, że osoby, które liczą na mieszkania od miasta, muszą znowu przełożyć swoje plany. Część z nich z pewnością podda się i wyjedzie.

Jakub nawet nie myślał o mieszkaniu komunalnym. Pytał znajomych, którzy starali się o taki lokal, ale powiedzieli mu, że kolejka jest liczona w latach. Z informacji urzędu miasta wynika, że szacunkowy czas oczekiwania na mieszkanie komunalne wynosi około dziesięciu lat. Dlatego Jakub zdecydował się na wynajem czterdziestopięciometrowego mieszkania. Ma dwa pokoje i oddzielną kuchnię. Płaci tysiąc pięćset złotych miesięcznie plus rachunki za wodę, gaz i prąd.

– Kiedy je wynajmowałem, było świeżo po remoncie, wykończone w lepszym standardzie. Umeblowane nowocześnie, bez PRL-owskich meblościanek. Kosztuje dużo, ale dla mnie jest w świetnej lokalizacji. Do pracy idę kilka minut piechotą – opowiada Jakub i dodaje, że wprawdzie zarabia teraz więcej, ale przez wyższe koszty niewiele udaje mu się zaoszczędzić.

Dworzec PKS w Jaśle – fot. Marek Szymaniak

Na kupno podobnego mieszkania musiałby uzbierać blisko dwieście tysięcy złotych. – Mniejsze niż PRL-owskie moich rodziców, ale dla małej rodzinki dwa plus jeden wystarczy. Obecnie przy sporych wyrzeczeniach udaje mi się odkładać około pięciuset złotych miesięcznie. Policzyłem, że te dwieście tysięcy będę zbierać ponad trzydzieści lat, a faktycznie więcej, bo w tym czasie ceny będą rosły raczej szybciej niż moja pensja.

Jakub tłumaczy, że rozważał dwie inne opcje. – Pierwsza to wyjazd z Jasła. Tylko tak: w superoptymistycznym scenariuszu zarobię miesięcznie tysiąc złotych więcej niż teraz. Wynajem mieszkania w takim standardzie, jak mam teraz, to w większym mieście minimum dwa tysiące złotych plus rachunki. Czyli co? Przeprowadzać się kilkaset kilometrów, do obcego miasta, i zmieniać całe życie dla stówki czy dwóch oszczędności? Trochę bez sensu. Druga opcja to powrót do rodziców. Oczywiście tylko na czas uzbierania na wkład własny, choćby tych siedemdziesięciu tysięcy złotych.

Nie wynajmując u kogoś, mógłbym oszczędzać dwa tysiące co miesiąc, ale to nadal prawie trzy lata. A przecież w moim pokoju mieszka teraz nastoletnia siostra, bo mój brat wyjechał za granicę. Teraz wreszcie każda z nich ma swój pokój i trochę prywatności. I co, ja, dorosły facet, mam się wprowadzić do pokoju nastolatki? Albo kazać dwóm siostrom znowu zamieszkać razem? Mam im psuć życie, bo nie umiem sobie odłożyć na mieszkanie? Wiem, że nie mogę tego zrobić, i trwam tak bez celu już dłuższy czas.

Prawie najgorzej

Według Eurostatu w warunkach przeludnienia w 2018 roku mieszkało blisko czterdzieści procent Polaków. Dało to nam piąte miejsce od końca pośród członków Unii – średnia dla wspólnoty wynosiła 17,1 procent. Najniższe wskaźniki notowano na Cyprze (2,5 procent), w Irlandii (2,7 procent) i na Malcie (3,4 procent). Co ważne, przeludnienie w większym stopniu dotyczyło mieszkań wynajmowanych: takie lokale zajmowało prawie sześćdziesiąt pięć procent najemców. Problem ten częściej jest także udziałem niezamożnych gospodarstw domowych. Pod tym względem gorszą niż w Polsce sytuację odnotowano jedynie w trzech państwach: Bułgarii, Słowacji oraz Rumunii. O wiele niższa w porównaniu z unijną średnią jest też w naszym kraju powierzchnia użytkowa mieszkania przypadająca na jedną osobę – wynosi ona 27,4 metra kwadratowego, w UE – 42,5.

Jakub ma nadzieję, że we własnym mieszkaniu wreszcie poczuje, że to jego przestrzeń, czego zawsze mu brakowało. Poczuje się u siebie.

– Teraz jestem prawie u siebie. Była raz sobota, nigdzie się nie śpieszyłem. Wziąłem rano prysznic, wytarłem się ręcznikiem. Włożyłem bieliznę, T-shirt. Wtedy do mnie dotarło, że w sumie nie muszę. Jestem tu sam. Mógłbym przecież brać prysznic z szeroko otwartymi drzwiami. Mógłbym wyjść z łazienki z gołym tyłkiem i nikt nic nie powie. Nikogo nie zgorszę. Nikt nie będzie skrępowany, bo nikogo tu nie ma. Żadnych współlokatorów, jak na stancji. Żadnej rodziny, jak w domu. Tutaj mogę bez wstydu chodzić nawet na golasa. Ale tego nie robię. Nie mogę. Mam blokadę. Dlaczego?

Bo ja wiem? Może dlatego, że właściciel też ma klucze? Może w każdej chwili wpaść, bo mieszka obok. A może dlatego, że podskórnie czuję, że to nie moje? Nie wiem. No i nadal ubieram się w łazience.

Historia Jakuba to zapowiedź książki Marka Szymaniaka „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”, która nakładem Wydawnictwa Czarne ukaże się 23 czerwca. To zbiór reportaży o rzeczywistości miast, którym według Polskiej Akademii Nauk grozi społeczno-ekonomiczna zapaść, co widoczne jest w wyludnieniu, upadającym przemyśle, bezrobociu, problemach mieszkaniowych czy utrudnionym dostępem do usług publicznych, jak choćby ochrony zdrowia. Szymaniak próbuje ustalić, co jest przyczyną tak fatalnej sytuacji, a o szczerą odpowiedź prosi tych, którym kryzys zagraża najbardziej. Podczas podróży po Polsce spotyka się z mieszkańcami i miejskimi aktywistami, rozmawia z samorządowcami, a oficjalne statystyki zestawia z rzeczywistością

Okładka książki „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast” – fot. Materiały prasowe Wydawnictwo Czarne

Książkę już teraz można zamówić w pre-orderze.