SW+

Nastolatki, służby specjalne i dyskietki. Tak się wykluwała polska branża gier

Nastolatki, służby specjalne i dyskietki – tak się wykluwała polska branża gier
240 interakcji
dołącz do dyskusji

Dyskietki na szkolnych ławkach, nastolatkowie obracający dolarami i nauka kopiowania gier. To na giełdach komputerowych pod koniec lat 80. zaczynała się komputeryzacja Polski. – To była przestrzeń wolności i samodzielności. W takim środowisku ukształtowało się wielu późniejszych ludzi polskiej branży technologicznej – mówi nam Jan Popończyk, założyciel jednej z najważniejszych takich giełd działajacej w podstawówce na ul. Grzybowskiej w Warszawie.

Ten artykuł jest częścią serialu reporterskiego CD PROJEKT. NIEKOLORYZOWANE. Bez filtrów, pudru i brokatu opowiadamy o firmie, która dała nam „Wiedźmina” i „Cyberpunk 2077”. O ludziach ją tworzących i marzeniach dotyczących nowej cyfrowej przyszłości. Co tydzień ukaże się kolejny odcinek tej opowieści. Pierwszy – o młodych wilkach z CD Projekt jest już dostępny.

Lata 80. w Polsce to początki upowszechniania się komputerów. Choć były to jeszcze 8- i 16-bitowce spod znaku Atari i Commodore, to zapaleńców nie brakowało. Spotykali się m.in. na giełdach komputerowych, które zaczęły pojawiać się w dużych miastach Polski w drugiej połowie tamtej dekady.

Jan Popończyk, arch. prywatne

Najsłynniejszą z nich była ta w szkole podstawowej nr 25 w Warszawie przy ul. Grzybowskiej. Przez wiele lat mówiono o niej zwyczajowo „giełda Bajtka”. Panowało przekonanie, że to właśnie ten magazyn komputerowy zainicjował działania przy ul. Grzybowskiej. Udało nam się dotrzeć do założyciela giełdy Jana Popończyka.

O giełdzie przy ul. Grzybowskiej powszechnie mówiło i mówi się, że była to giełda „Bajtka” – ówczesnego magazynu komputerowego.

Jan Popończyk: – Faktycznie w pewnym momencie zaproponowaliśmy „Bajtkowi” stanowisko na giełdzie przy Grzybowskiej. Dostali świetne miejsce: kamienną ławę na parterze przy wejściu do szkoły. To miał być parasol.

Parasol przeciw władzy?

Jesteśmy w latach 80., proszę pamiętać. W państwie totalitarnym istnieje dążenie do kontroli wszystkiego, a już na pewno tego, gdzie zarabia się pieniądze. Miałem świadomość, że prędzej czy później służby specjalne się do nas przyczepią. Skoro inwigilowały cinkciarzy, taksówkarzy, sutenerów, barmanów i szatniarzy, to i komputerowcami by się zainteresowali. A tak – patronat „Bajtka” sprawiał wrażenie, że wszystko z punktu widzenia władzy jest w porządku i pod kontrolą, więc służby nas nie nękały.

Wtedy decyzję o takim patronacie mógł chyba podjąć minister ds. młodzieży Aleksander Kwaśniewski, prawda?

O ile wiem, to on zawsze był wielkim entuzjastą komputerów i faktycznie „Bajtek” pod niego podlegał. Ale kiedy poszedłem rozmawiać o patronacie nad giełdą, to nie z późniejszym prezydentem, a z ludźmi z redakcji.

Czyli to pan czuje się założycielem giełdy, nie ludzie z Bajtka”?

Ja się nie czuję założycielem giełdy na Grzybowskiej, ja nim jestem.

Proszę opowiadać!

Jest 1986 rok, jadę pociągiem z bratem ciotecznym do Łodzi, gdzie otworzono pierwszy w kraju sklep z komputerami. Rozmawiamy o giełdzie komputerowej w warszawskiej „Stodole” i o giełdzie filatelistycznej w szkole podstawowej nr 25 przy ul. Grzybowskiej, w której znam ludzi. Przysłuchuje się nam znajomy i w końcu wypala: „Skoro znacie ludzi z tej szkoły, to dlaczego nie zrobicie tam giełdy komputerowej?”. Ma to sens, pomyślałem!

W maju tego samego roku poszedłem do dyrekcji, powołałem się na casus giełdy filatelistycznej i szkoła zgodziła się na wynajem powierzchni bez żadnego problemu. Dostawali ryczałt, a jego wysokość była zależna od tego, ile pięter zajęliśmy. Tak to wszystko się zaczęło, miałem wtedy 22 lata. „Bajtek” jako patron pojawił się później.

I od razu pomysł wypalił?

Pierwsze dwa miesiące to była kameralna, hobbystyczna impreza, o której mało kto słyszał. Ale akurat zaczęły się wakacje i giełda w „Stodole” miała zostać tymczasowo zamknięta. Tuż przed tym faktem pojechałem tam i rozdystrybuowałem informację, że na Grzybowskiej giełda będzie działała przez całe wakacje. I wtedy wystrzeliło! Już zawsze mieliśmy tłumy.

Co to znaczy tłumy?

Rząd wielkości 10 tysięcy ludzi podczas jednego weekendu.

Marcin Kiendra arch. prywatne

A skąd w ogóle pan w tym wszystkim? Skąd się brało komputery, zanim powstały giełdy?

Mój ojciec Tadeusz Popończyk w latach 70. wykładał na Politechnice Warszawskiej, gdzie zajmował się systemami informatycznymi. Akurat w 1983 r. skończyłem warszawskie liceum Gottwalda, które potem wróciło do starego patrona – Stanisława Staszica, miałem więc dostęp do wiedzy i interesowałem się tym. Moim marzeniem było, aby mój młodszy brat miał własny komputer i mógł się rozwijać w kierunku informatyki.

Ponieważ średnia pensja wynosiła 25 dolarów, a komputer kosztował ponad dwa tysiące, łatwo obliczyć, kiedy można by na niego odłożyć. Niemniej uparłem się i stąd między innymi takie pomysły jak giełda. Gdy zacząłem ją prowadzić, ojciec początkowo trochę mi doradzał, ale po jakimś czasie poprosiłem go, by przejął ją pod swój zarząd. Niechętnie, ale się zgodził. Ja chciałem zająć się branżą komputerową.

Czyli handlem na giełdzie.

Nie, ojciec przestrzegał mnie, bym nie łączył prowadzenia giełdy z handlem na niej. Dlatego gdy on przejął zarządzanie, ja zajmowałem się jedynie rezerwacją miejsc dla handlarzy. Poza tym zajmowałem się sprowadzaniem sprzętu na indywidualne zamówienie, ale nigdy nie miałem stoiska na giełdzie.

Jak to na indywidualne zamówienie? Skąd?

Marcin Kiendra arch. prywatne

Firmy, instytucje państwowe czy uczelnie musiały skądś brać sprzęt w odpowiadających im konfiguracjach. Do Berlina Zachodniego można było wjechać bez wizy czy paszportu. Jak tam się znało ludzi, to było możliwe realizowanie takich indywidualnych zleceń. Giełda dawała naprawdę dużo kontaktów. Ja czasem pomagałem ludziom.

To znaczy?

Przyszła kiedyś na giełdę pani z twardym dyskiem 10 GB*. Dość spora cegła. Sprowadziła ją jakimś sposobem ze Stanów Zjednoczonych. Nie chciała tego sprzedawać ot, tak na giełdzie, więc przekazałem jej kontakt do jedynego z funkcjonujących wtedy w Polsce banków, bo wiedziałem, że ktoś w nim czegoś takiego szuka. Kupili go za jakieś ciężkie pieniądze. Jeśli dobrze pamiętam, to było coś koło 10 milionów złotych (30 tysięcy dolarów), a wykładowca na uczelni zarabiał wtedy – rocznie! – 170 tysięcy. Ale ani ja, ani giełda jako taka w tej transakcji nie braliśmy udziału.

I pan tak pomógł, ale z ojcem na tym wszystkim nie zarabialiście.

Jak wspomniałem, mój ojciec podjął się prowadzenia giełdy niechętnie, ale skoro wziął ten problem na siebie, zorganizował ją w taki sposób, że zgromadził wokół giełdy grupę ludzi prowadzących. To byłem ja, mój brat, trochę naszych znajomych i znajomych taty. Wpływy za bilety pomniejszone o koszty wynagrodzeń tych osób, wynajmu, konieczności współfinansowania remontów w szkole to w zasadzie były jakieś niewielkie pieniądze. W każdym razie porównywalne z pensją ojca na uczelni.

Zresztą ojciec był „na widelcu” z racji swojej opozycyjnej działalności oraz zaangażowania w organizację pielgrzymek jasnogórskich przy Duszpasterstwie Akademickim. Miał świadomość, że sprawy finansowe będą w razie czego pierwszym punktem zaczepienia, więc tego pilnował szczególnie.

Marcin Kiendra arch. prywatne

Jeżeli chodzi o mnie, to wpływy za rezerwacje z giełdy zapewniały mi do końca 1989 roku spokojne utrzymanie, będąc stabilnym fundamentem umożliwiającym inne działania. Ale to już zupełnie inna historia.

I nikt tak teoretycznie dochodowego biznesu nie chciał przejąć?

Byli ludzie, którzy chcieli przejąć giełdę jako strukturę, wygryzając mojego ojca. Chodziło o Klub Turystyczny „Pod Kamykiem”, pod którego egidą formalnie działała giełda. Jakoś w 1987 r. stwierdzili jednak, że sami będą prowadzili giełdę, nas odsuwając na bok. Dzień później pobiegłem do Studenckiej Spółdzielni Pracy przy Politechnice Warszawskiej i zaproponowałem im 10 proc. udziałów z giełdy w zamian za możliwość działania pod ich szyldem. Zgodzili się.

Kto na giełdzie handlował?

Och, to był bardzo szeroki przekrój. Nie brakowało obrazków, gdy 14-letnia latorośl zarządza stoiskiem, na którym pracują jego rodzice. Oni sprzedają, on kopiuje, tłumaczy, co jest na dyskietkach. Handlować mógł każdy i każdy próbował.

I każdy miał to samo. Ponoć było tak, że na start giełdy oferta była zróżnicowana, ale po kwadransie wszyscy handlarze mieli już pokopiowane nawzajem tzw. gry i użytki.

Tak, ale wciąż każdy mógł sprzedawać inaczej. Jeden zbierał w sobotę zamówienie, nagrywał spokojnie i w niedzielę klient odbierał. Inny umawiał się na odbiór za tydzień albo zamawiał przez telefon i przychodził na gotowe. Jakiś handlowiec sprzedawał samemu nagrane zestawy np. gier sportowych czy strzelanek, inny robił składanki gier różnego rodzaju na jednej dyskietce. Każdy mógł kształtować własne ceny, relacje z klientami. Pomysłowość była kluczem.

Marcin Kiendra arch. prywatne

Zarobki?

Choć jak PRL długi i szeroki narastał kryzys, na giełdzie przez cztery lata była hossa, z tygodnia na tydzień rosły obroty, zyski. Nastolatek zarabiał w weekend więcej niż jego rodzice w kwartał. Dla wielu handlarzy – przypominam, często to byli bardzo młodzi ludzie – to był pierwszy w życiu zarobek własną pracą. Mój ojciec dawał im całkowitą wolność, a oni korzystali.

Z tą wolnością to trochę dyskusyjne. W październiku 1989 roku Marcin Przasnyski we wstępniaku „Bajtka” napisał o ultimatum. Redakcja odbierze giełdzie patronat, jeśli w ciągu dwóch miesięcy nie zostaną wprowadzone pewne zmiany. Chodziło m.in. o ukrócenie handlu walutami, kopiowanymi zachodnimi magazynami czy wyrównanie szans właśnie przez zdjęcie rezerwacji, które pan prowadził.

Ta wolność miała dobre i złe strony, bo przez to, że ojciec dawał wolną rękę, mogli się pojawić także i cinkciarze. Choć przypomnę, że w 1989 roku handel walutami zabroniony już nie był.

Ale niepłacenie podatków od zysków z takiej działalności już tak.

Ale od tych spraw jest Urząd Skarbowy, a nie giełda. Tak jak wspomniałem, tam była wolność. Jak znam ojca, to nawet nie zdawał sobie sprawy, że kręcą się tam cinkciarze. Giełda była w jego rękach w sensie czysto organizacyjnym, ale to właśnie było kluczowe dla kierunku dalszego rozwoju polskiej informatyki.

Chodzi o fundamentalne, wręcz warunkujące cywilizacyjne reguły działania. Otóż w zarządzaniu giełdą ojciec mógł iść w kierunku, że użyję języka prof. Konecznego, „turańskim” – to ja tu rządzę i wyznaczam reguły na bieżąco, „bizantyjskim” – piszę regulamin i wszyscy musimy go przestrzegać lub „łacińskim” – giełda jest dla odpowiedzialnych, wolnych ludzi, a ja rzadko i niechętnie rozwiązuję spory, o ile mnie o to ktoś poprosi. Ojciec wybrał tę ostatnią ścieżkę.

Marcin Kiendra arch. prywatne

A co z tymi rezerwacjami miejsc, o co też miał pretensje „Bajtek”?

W początkach giełdy funkcjonował sam parter, potem doszło pierwsze piętro z korytarzami bocznymi, a jeszcze później drugie piętro i sala gimnastyczna. Rezerwacjami objęte były tylko parter i pierwsze piętro. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, by wszystko było zarezerwowane. Giełda miała być dla wszystkich i była, dlatego ten zarzut „Bajtka” uważam za nietrafiony. Giełda naprawdę prężnie działała.

Skąd się brały te światowe nowinki techniczne, które – jak pan mówi – tydzień po światowej premierze były na stołach przy ul. Grzybowskiej? Rozumiem, że oprogramowanie po prostu kopiowano, skąd się dało, ale sprzęt?

Wspominałem o kontaktach w Berlinie Zachodnim. Wielu Polaków jeździło tam po towar. Chyba że mowa o hurtowym sprowadzaniu towaru – tu głównym źródłem sprzętu był Tajwan.

Słucham? Skąd komputery z Tajwanu w środku PRL-u na giełdzie w podstawówce? I do tego hurtowo sprowadzane?

Trzeba by zapytać tych, którzy potem zdominowali rynek handlu hurtowego. W tamtym czasie na pewno dużo sprzętu szło z dalekiego wschodu, głównie z Tajwanu. Nie mogę wykluczyć, że wśród osób, które to robiły, nie było i takich dysponujących nie swoimi prywatnymi środkami finansowymi.

Ma pan na myśli służby PRL-u?

Nie mogę tego wykluczyć i nie zdziwiłbym się. Mimo wszystko państwo i różne jego instytucje skądś musiały te komputery wziąć, nie mogły się opierać nadchodzącej rewolucji technologicznej.

Skoro giełda oznaczała pieniądze, to czy było na niej niebezpiecznie?

Ja się nigdy nie spotkałem z żadnym napadem ani nie słyszałem o niczym takim.

Marcin Kiendra arch. prywatne

Czyli sielanka, kiełbaska, piwko i dyskietki?

Te piwa i kiełbaski to chyba w późniejszych latach się pojawiły. Ale na początku to były po prostu szkolne ławy pełne stacji dysków, dyskietek, bristolu z wypisanymi nazwami programów czy gier. I mnóstwo młodych ludzi.

Dla nich, wchodzących w dorosłość i świat informatyki właśnie na giełdzie, ta przestrzeń wolności i samodzielności to było środowisko naturalne. Nie świat korporacji, nie zasady wyznaczane przez jakąkolwiek administrację, giełdy czy państwa, tylko koncepcja przestrzeni współpracy wolnych, odpowiedzialnych, kreatywnych ludzi. Jeśli ktoś zauważył, że czegoś brakuje, umiał napisać prosty interfejs, to go pisał i miał do zaoferowania coś nowego klientowi. Nikt mu nie kazał, sam szukał metody. W takim środowisku ukształtowało się wielu późniejszych ludzi polskiej branży technologicznej.

Kiedy skończyła się przygoda pana i pana ojca z giełdą?

Po przełomie ustrojowym kontakty z giełdą miałem już sporadyczne, a ojciec odpuścił jakoś na przełomie 1990 i 1991 roku. Wtedy była straszna społeczna zawierucha, zmiana ustroju, ogromna pauperyzacja społeczeństwa, nie było klimatu na dalsze prowadzenie giełdy. Przejęło ją kuratorium i potem jeszcze kilka lat funkcjonowała. Ale z wejściem ustawy o prawach autorskich w 1994 roku jej dni były raczej policzone. Dzisiaj jest wspomnieniem mocno partyzanckiej przygody, która była drzwiami do wolności i pasji dla młodych ludzi.

Niedługo po starcie giełdy przy ul. Grzybowskiej, ta w „Stodole” przestała istnieć. I to właśnie ta przy ul. Grzybowskiej stała się legendarna na całą Polskę i wspominana jest do dziś jako miejsce, gdzie rodziła się polska informatyka. „Bajtek” w 1990 roku cofnął jej swój patronat. Sama giełda jeszcze przez kilka lat miała się dobrze, ale od 1994 roku – gdy w życie weszła ustawa o prawach autorskich – coraz częściej zdarzały się naloty policji, a liczba handlarzy malała. Pod koniec lat 90. słynna giełda zakończyła swą działalność. Jan Popończyk ma dziś 57 lat. Jego ojciec Tadeusz Popończyk zmarł 15 marca tego roku.

*Nie udało nam się zweryfikować tej informacji. Jan Popończyk przekonany jest, że chodziło o dysk 10 gigabajtów, mimo że w latach 80-tych takie dyski nie istniały w powszechnym obiegu. Jeśli zaś istniały np. do celów naukowych, to miały ogromne rozmiary. Nasz rozmówca podtrzymał jednak tę wersję także przy autoryzacji.

Więcej o tym jak giełdy takie jak ta wpłynęły na polski gamedev do przeczytania w pierwszej części cyklu CD Projekt. Niekoloryzowane".