SW+

Zbiórki na leczenie są protezą państwa. Cementują problemy i promują marketing współczucia

Picture of the author

Jeśli jesteś młody i piękny, dasz radę zebrać w sieci kasę. Ale jeśli jesteś stary, brzydki i nie umiesz w internety… umrzyj. Rywalizacja na cierpienie jest już naturalnym elementem polskiego internetu.

– Każda dbająca o standardy platforma zbiórkowa powinna kierować się zasadą nienarażania swoich podopiecznych na zagrożenia – twierdzi Kacper Ruciński, ojciec dziecka chorego na SMA, krytykując zbiórki na leczenie tak chorych dzieci. W SW+ opisaliśmy kontrowersje związane z tym jak Siepomaga, czyli najwięszy serwis służący do pomocy w zbieraniu pieniędzy na leczenie traktuje zbiórki na leczenie dzieci chorych na stwardnienie rozsiane typu SMA. Uwag do Siepomaga jest dużo: nie informuje o tym, że chore dzieci mają zapewnione leczenie refundowanym lekiem, dopuszcza nazbyt emocjonalne opisy stanu dziecka i ewentualnych korzyści z drogiego (wycenianego na niemal 10 mln zł) leczenia, pobiera od takich zbiórek wysoką opłatę, co może sugerować, że bardziej promuje takie zbiórki kosztem akcji pomocowych wycenianych na mniejsze kwoty.

Ale jak przekonują eksperci problem jest znacznie szerszy niż tylko leczenie dzieci z SMA. O tym czy zrywy w sieci na ratunek chorym nie powinny być prowadzone pod kontrolą i oceną specjalistów pytamy dr Rafała Bakalarczyka, eksperta od polityki społecznej oraz Łukasz Komudę, ekonomistę z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Dlaczego internetowe zbiórki są tak powszechne? Na różnych platformach zbieramy na realizację marzeń, pasji, ale też na leczenie.

Łukasz Komuda: Tworzy się pewne wrażenie, że państwo jest niepotrzebne, bo przecież świetnie działa dobroczynność i zbieranie pieniędzy na poszczególne cele na zasadzie pospolitego ruszenia. Doskonałym tego przykładem jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Co roku słyszymy głosy: „po co publiczna opieka zdrowotna, skoro jest WOŚP?”. Tylko że wypowiadający taką opinię ludzie nie zdają sobie sprawy, że ta inicjatywa dostarcza promil tego, co rocznie wydajemy na opiekę zdrowotną. Trudno wyobrazić sobie, że każdego roku „na hurra” zbierzemy do puszek ok. 100 mld złotych. 

dr Rafał Bakalarczyk: Oswoiliśmy się ze zbiórkami, krążą po sieci non stop. Kiedy nie udaje się tradycyjnymi drogami zaspokoić pewnych potrzeb np. drogiego leczenia, to próbuje się je zrealizować przez internetowe zbiórki.

Tyle tylko, że to może umacniać powszechną i negatywną opinię o niewydolnym państwie. Owszem, samo uznanie braków po stronie państwa w radzeniu sobie z rozwiązywaniem niektórych problemów zdrowotnych czy społecznych może być asumptem do poprawienia sytuacji. Niestety, często bywa odwrotnie.

fot. Chaikom / Shutterstock.com

Za tezą o niewydolności państwa może iść też zmniejszanie oczekiwań wobec niego w kwestii zaspokajania potrzeb społecznych lub niewiara w to, że może temu podołać. A to zaś prowadzi ku wierze, że prywatne inicjatywy okażą się skuteczniejsze i nie warto inwestować w publiczny system usług. To zdecydowanie niebezpieczny kierunek.

Dlaczego tego typu zrzutki nie cementują nierozwiązanych problemów? Gdy uda się uzbierać na leczenie np. chorego dziecka, to wydaje się, że problem jest rozwiązany, choć przecież systemowo nadal istnieje.

RB: To prawda. Publiczne zbiórki np. na leczenie stały się pewną protezą. Są ostatnią deską ratunku, więc nic dziwnego, że zrozpaczeni ludzie się jej chwytają. Jednak ubocznym skutkiem może być to, że społeczeństwo nie wywiera silnej presji na systemowe zmiany, bo przecież można się uratować zrzutką. Tej presji nie czują też decydenci, bo dziura jest jakoś tam załatana przez ten mechanizm zrzutkowy.

Oczywiście to nie wina zrzutek. Na systemowe problemy sektora usług publicznych wpływa wiele innych czynników: decyzje i zaniechania w ramach polityki publicznej, mało solidarystyczne postawy części dobrze sytuowanych grup społecznych, ale też i klimat ideologiczny nie dość wzmacniający propaństwowe, wspólnotowe rozwiązania.

Zrzutki, a zwłaszcza ich specyficzna rola w społecznej świadomości są do pewnego stopnia wtórne wobec tego typu zjawisk. W efekcie pewne konieczne systemowe zmiany są wprowadzone później niż wtedy, gdyby zbiórki nie istniały. A na tym tracą słabsi.

Kto konkretnie?

ŁK: Przede wszystkim osoby najstarsze, o niskich dochodach, z mniejszych miejscowości, wykluczeni cyfrowo – oni wszyscy wymagają, aby działał system publiczny, bo system zbiórkowy nie jest równy. Kto ma większe szanse na zrobienie skutecznej internetowej zbiórki: 60-latek, który ledwo obsługuje Facebooka czy biegły w social mediach 30-latek? Jak ktoś jest młody i ładny, to sobie poradzi i zorganizuje internetową pomoc. A jak ktoś jest stary i brzydki, a do tego nie umie w internety, to ma umierać? Są nawet badania pokazujące, że ładne kobiety starające się o przeszczep nerki mają kilkanaście razy większą szansę na znalezienie dawcy niż nieatrakcyjni mężczyźni.

Łukasz Komuda, ekonomista Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, fot. archiwum prywatne

W skrócie: zbiórki są niedemokratyczne.

RB: Zdecydowanie. W systemie publicznym, przynajmniej w teorii, zaspokajanie potrzeb np. leczenia odbywa się w transparentny sposób. Są zasady mówiące choćby to, kim trzeba zająć się w pierwszej kolejności i jak hierarchizować dane przypadki w środowisku ograniczonego budżetu.

W zbiórkach powstaje pewna rywalizacja na cierpienie, w której oczywiście przewagę mają ci lepiej zarządzający emocjami i marketingiem współczucia. Nierówności są więc nie tylko w dostępie do takich zbiórek i umiejętności ich obsługi. Przewagą jest też kapitał społeczny, choćby łatwość w dotarciu do znanych osób.

Celebryci pełnią tu ważną rolę. Niekiedy wystarczy, że udostępnią link do zbiórki, co przy ich ogromnych zasięgach pozwala zebrać potrzebną kwotę.

RB: To, czy znane osoby wesprą taką, a nie inną akcję, wpisuje się w asymetrię szans między różnymi grupami. Nie każdy ma przecież taką samą szansę, aby dotrzeć do kogoś znanego. Co innego, gdy ktoś zna na przykład agenta takiej osoby, a co innego, gdy wyśle się jakiejś gwieździe wiadomość z prośbą o udostępnienie linka do zbiórki. Można się domyśleć, że znane osoby dostają setki takich wiadomości. Szanse na powodzenie i zdobycie ich poparcia są niewielkie.

A zwykle jest tak, że poparcie znanych osób działa jak kula śniegowa. Pomoże nam jeden znany aktor, to zaraz znajdzie się kolejny, a potem jeszcze piosenkarz i piłkarz. Lawina medialna się rozkręca i szanse na udaną zbiórkę rosną.

ŁK: To pokazuje, że mniej medialne historie mają mniejsze szanse powodzenia. Trzeba wykazać się sporymi umiejętnościami i mieć dużo znajomości albo szczęścia, aby zyskać zainteresowanie mediów i celebrytów. A przecież ludzie mają różne kompetencje. Łatwo wyobrazić sobie np. żyjącą w małym mieście albo na wsi kobietę w wieku 50 lat, która opiekuje się niepełnosprawnym, dorosłym dzieckiem. Trudno oczekiwać od niej, aby sprawnie i skutecznie poruszała się w social mediach, więc ona i jej dziecko są ze zbiórkowej pomocy wykluczeni. O wsparciu znanych osób nawet nie ma co wspominać.

Trzeba też pamiętać, że znane osoby udostępniając na przykład link do zbiórki praktycznie zerowym kosztem, ocieplają sobie wizerunek.

ŁK:. Dlatego zamiast liczyć na ich łaskę w postaci udostępnienia linku czy wpłacenia jakieś kwoty, należałoby zreformować system podatkowy tak, aby przestał być regresywny. Taki mamy obecnie, co znaczy, że najbogatsi płacą stosunkowo mniejsze podatki niż mniej zamożni.

Wprowadzenie wreszcie progresji podatkowej, czyli odwrócenie dzisiejszej sytuacji, sprawiłoby, że państwo miałoby większe środki do realizowania tych funkcji, do których m.in. zostało powołane, czyli tworzenia dobrych usług społecznych, w tym dobrej jakości ochrony zdrowia. Wtedy tych luk w systemie publicznej opieki zdrowotnej, które dziś trzeba wypełniać zbiórkami, byłoby mniej.

RB: Wydaje mi się, że pomoc znanych osób i większe obciążenie fiskalne osób bardzo majętnych wcale nie musi się wykluczać. Z pewnością kluczową kwestią w polityce publicznej i debacie wokół niej powinno być uczynienie systemu podatkowego bardziej sprawiedliwym i według mnie też realnie progresywnym.

Przeprowadzenie hipotetycznej reformy w tym kierunku nie sprawiłoby, że wszelkie zbiórki straciłyby rację bytu. A być może część osób znanych i bogatych nadal by się w nie angażowała: czy to ze względów wizerunkowych, czy z potrzeby serca lub ze względu na jakieś własne doświadczenia. 

Zbiórki powinny mieć charakter jedynie uzupełniający wobec stabilnego, szczelnego i sprawiedliwego systemu podatkowego oraz wobec dofinansowanych, przejrzyście działających i nieźle zorganizowanych usług publicznych.

Nakłady na system ochrony zdrowia z roku na rok rosną, ale jak wykazała Najwyższa Izba Kontroli, to nie rozwiązuje niektórych problemów, np. długich kolejek do specjalistów. Może więc podnoszenie podatków nic nie da?

RB: Zwiększenie finansowania powinno być tylko jednym z elementów szerokiego pakietu działań. Tu nie ma jednego panaceum, które rozwiązuje wszystkie problemy. Podwyższenie podatków dla najbogatszych jest konieczne, bo pozwoliłoby choć w części zwiększyć finansowanie publicznego systemu ochrony zdrowia (a dla nas takim punktem odniesienia powinny być kraje starej Unii Europejskiej), ale to nie wszystko. Takie działania powinny współgrać jeszcze z wieloma innymi kompleksowymi reformami systemu.

fot. Thaiview / Shutterstock.com

Ponadto pamiętajmy, że nakłady publiczne na służbę zdrowia w ogromnej mierze pochodzą nie z samych podatków, a ze składek. To, ile się ich uzbiera, zależy od ogólnej sytuacji na rynku pracy, poziomu zatrudnienia, wysokości płac i tego, na ile pracujący wykonują swoją pracę w oparciu o oskładkowane umowy, a nie np. nieoskładkowane zlecenia. Wreszcie znaczenie ma sama wysokość tej składki.

ŁK: Nie należy też nikomu mydlić oczu, że podwyższenie podatków dla najbogatszych rozwiąże wszystkie problemy ochrony zdrowia. Nawet gdybyśmy mogli przeznaczyć cały budżet Polski tylko na opiekę zdrowotną, to i tak by nie wystarczyło nawet przy superzarządzaniu.

Jest tak, bo w przypadku zdrowia nie ma górnego limitu zaspokojenia wszystkich potrzeb. Zawsze można kupić lepszy sprzęt, droższy lek, zrobić lepszą operację, podać kolejną szczepionkę. Jak już będziemy żyć średnio 90 lat, to będziemy chcieli żyć średnio 100. Pieniędzy będzie więc zawsze za mało, szczególnie że branża medyczna niezwykle szybko się rozwija. Nigdy nie będzie tak, że cały system opieki zdrowotnej będzie świetny, a do tego za darmo, ale zawsze może działać lepiej, szczególnie dla najsłabszych. 

RB: Dlatego część tych potrzeb i tak będzie choćby częściowo uzależniona od prywatnych kanałów pozyskiwania pieniędzy na drogie terapie, czyli m.in. wspomnianych zbiórek na dużych platformach.

Tylko te naliczają sobie niekiedy spore prowizje. Potrafią z jednej zbiórki pobrać pół miliona złotych. To nie za dużo?

ŁK: Nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. To z jednej strony duże pieniądze, ale z drugiej te platformy muszą zapłacić swoim pracownikom i utrzymać infrastrukturę. Jeśli wszystkie takie pozadobroczynne wydatki pozostają transparentne, pracownicy platform internetowych są zatrudniani na dobrych warunkach, na stałych umowach, a zarząd nie zarabia kroci – tylko powiedzmy dwie średnie krajowe – to jest to społecznie akceptowalne. 

Dodatkową kwestią jest marketing dobroczynności. Sporo tych zebranych pieniędzy trzeba przecież wydać na rozpędzenie maszyny, która potem pomoże dotrzeć do większej grupy ludzi i zebrać więcej pieniędzy. Tylko nie wszyscy wiedzą, że wpłacając na pomoc choremu dziecku, część ich wpłaty idzie na wykupienie reklam czy pensje zarządu. Gdyby mieli taką świadomość, to pewnie czuliby się mniej komfortowo.

Może marketingu nie należy potępiać, skoro dzięki niemu można zebrać więcej.

ŁK: Trudno o jednoznaczną ocenę moralną. Kluczowe wydaje się, by każdy wpłacał na zbiórki, mając świadomość tego kosztu marketingowego czy opłat związanych z organizacją. Przy każdej zbiórce powinna być informacja, że od wpłaconych powiedzmy 100 złotych na koszty fundacji idzie 6 zł. Wtedy budziłoby to mniejsze kontrowersje, niż gdy dowiadujemy się przypadkiem, bo taka informacja jest ukryta gdzieś głęboko w statucie fundacji, którego nikt nie czyta.

RB: Kluczowa jest transparentność, bo trudno oszacować, ile taka platforma może mieć kosztów. Skąd zwykły Kowalski, który chce komuś pomóc i wpłacić coś na zbiórkę, może to wiedzieć? Ciekawe też, że o kosztach tego typu platform prywatnych fundacji wcale się nie mówi, mimo że nie ma pewności, czy efektywnie wydają otrzymane środki. Jednocześnie instytucjom publicznym ciągle wytyka się, że ich koszty administracyjne są za wysokie, choć w relacji do środków, jakie idą na same świadczenie danej usługi publicznej, jest to niewielki ułamek tej kwoty.

Rafał Bakalarczyk – doktor nauk o polityce publicznej, ekspert Instytutu Polityki Senioralnej oraz Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Zajmuje się polityką społeczną, głównie senioralną, rodzinną, wobec osób z niepełnosprawnościami, opieką długoterminową oraz ubóstwem i wykluczeniem.

Łukasz Komuda – ekonomista, ekspert Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst