SW+

Mateusz Mav_ Bownik. Oto polski szachista e-sportu

Mateusz Mav_ Bownik. Oto polski szachista e-sportu
211 interakcji
dołącz do dyskusji

- Wierzyliśmy w e-sport. Marzyliśmy, że kiedyś będzie wielki. Tacy, jak my są idealnym materiałem na frajerów - opowiada Mateusz Bownik, jeden z najbardziej doświadczonych w Polsce producentów materiałów e-sportowych.

Dom, szkoła, dom, kawiarenka internetowa i znowu dom. Tak przez długi czas wyglądały wszystkie dni Mateusza. Jego ojcu nie podobało się, że tyle czasu spędza przed komputerem. Chował go do szafy, więc chłopak zakradał się do niej, gdy rodzice szli spać. A rano zostawiał komputer na biurku. Chciał się mu postawić.

Jego matka pracowała jako sądowa protokolantka w sąsiednim mieście. Jeździła samochodem do pracy i wracała z zakupami na obiad. Mateusz zawsze wychodził, aby pomóc jej w niesieniu toreb. Dzięki temu był ulubieńcem jej koleżanek i sąsiadek. 

Kiedy jego ojciec wyemigrował do Stanów Zjednoczonych za pracą, Mateusz coraz częściej emigrował w świat Quake’a. Tam był prawie cały jego świat: koledzy, walka, rywalizacja, stres i świetna zabawa.

Już niespełna dwie dekady temu organizowano duże turnieje z publicznością.

Szybko stał się jednym z najlepszych graczy w całej Polsce. Plasował się w czołówce najważniejszych turniejów organizowanych nie dla zarobku, a dla satysfakcji i spotkania z ludźmi znanymi tylko z internetowych nicków. Już za dwa tygodnie miał się odbyć najważniejszy turniej 2005 roku i być może w jego życiu. Do Nowego Targu przyjechać miała cała krajowa śmietanka graczy.

Tragiczny wypadek

Wtedy w życiu Mateusza wydarzył się dramat. Jego matka wracała z pracy jak zwykle, jednak tym razem nie pojawiła się w domu. Na drodze wydarzył się wypadek samochodowy. Zginęła na miejscu. W jednej chwili cały świat chłopaka się zawalił. Został sam w pustym mieszkaniu, z kredytem na głowie. Miał zaledwie 18 lat i natychmiast musiał dorosnąć. Nie opuścili go koledzy od wspólnego przemierzania labiryntów Quake’a. Zamieszkali z nim na dwa tygodnie. Podnosili na duchu. Dbali, aby nie zrobił czegoś głupiego. Przyjaźnie nawiązane nad klawiaturą i myszką zostały wystawione na próbę, ale przetrwały.

– Pomyślałem, że nie pozwolę, aby taka tragedia zniweczyła wysiłki kilku ostatnich lat przygotowań – opowiada Mateusz. Wówczas podjął decyzję, że mimo śmierci najbliższej osoby weźmie udział w turnieju. – Wiedziałem, że nie będę mógł skoncentrować się na treningach i stracę skilla. Pojechałem, ale nie jako gracz – dodaje.

Został komentatorem. Szło mu całkiem dobrze. – Pomagałem organizatorom: zwracałem uwagę na najważniejsze elementy turnieju, rotacje drabinki i inne rzeczy, o których wiedzą tylko gracze. Nie było mojego nicku na liście zwycięzców, ale dołożyłem swoją cegiełkę, aby turniej się udał – uśmiecha się Mateusz.

Razem z kolegami wrócił do rodzinnego Sandomierza. Był szczęśliwy.

Dziś Mateusz Bownik jest jednym z najbardziej doświadczonych w Polsce producentów materiałów e-sportowych. Zwiedził świat, latając na turnieje. Jest pewny siebie i w rozmowie raz po raz strzela ciekawostkami z przeszłości. Jednak nie zawsze tak było. Ba, jego ojciec, który po latach wrócił z emigracji, nie mógł uwierzyć, że z grania da się wyżyć. Uwierzył dopiero, kiedy w telewizji zobaczył TVP E-sport.

– Byłem młodym chłopakiem, który szukał swojego miejsca na świecie. Nie należałem do najfajniejszych gości w klasie, ale nie byłem też frajerem. Nie pasowałem i pragnąłem akceptacji – mówi o sobie z przeszłości Mateusz.

Przed komputerem

Jest początek XXI wieku. W mieście Mateusza nie ma jeszcze Neostrady, więc do internetu podłączyć się można przez modem. Wciąż jest to jednak droga zabawa, więc dzieciaki odrabiają lekcje z papierowymi słownikami, a nie z Wikipedią. Na przerwach grają w klasy i państwa-miasta, a po szkole spędzają czas „na trzepaku”. Co ciekawego można było robić w 20-tysięcznym Sandomierzu?

– Koledzy tracili czas na blokowiskach i zdrowie na fajkach, ale ja pomyślałem, że jak już też mam je tracić, to chociaż przed komputerem – wspomina Mateusz. Jego życie zmieniło się diametralnie, kiedy Tomek i Krzysiek postanowili założyć kawiarenkę internetową nieopodal sandomierskiej podstawówki. Jak to się stało, że Mateusz do dziś pamięta imiona obu panów? Bo kawiarenkę nazwali „TiK, czyli Tomek i Krzysiek”. – TiK stał na poziomie, ale większość innych kawiarenek przypominało ubogi warzywniak. Malutkie stoliki prawie w całości zajmowały monitory, więc klawiatura ledwo się mieściła, nie wspominając nawet o miejscu na podkładkę pod myszkę – dodaje Mateusz.

Tak wyglądały kafejki na początku XXI wieku. Tu kultowa kafejka Dziwne Dni we Wrocławiu.

Luksusy i klimatyzacja nie liczyły się wtedy dla nastolatków. Napędzała ich rywalizacja, która pozwalała całkowicie wciągnąć się w grę. Bez zwracania uwagi na pijące w lędźwie drewniane oparcie krzesła, zacinającą się od brudu kulkową myszkę czy dziesiątki wlepionych w kineskopowy monitor oczu, które spijały z niego każdego fraga.

Jednym z obserwatorów był Mateusz. – Traf chciał, że szybko stałem się dobry w królującego w kafejkach Quake’a 3 Arenę. Ogrywałem prawie każdego, kto się nawinął, choć w kafejce przesiadywały przeważnie starsze roczniki. Tam zyskałem szacunek i prawdziwych przyjaciół. W końcu czułem się dobrze sam ze sobą – opowiada Mateusz.

Quake bardzo szybko go wciągnął i dał mu lokalną sławę. Do Mateusza zgłosił się nawet członek młodzieżowej kadry Polski w piłkę ręczną, który chodził z nim do klasy w gimnazjum. Sportowiec musiał zawiesić karierę przez kontuzję (cysta w kości), ale… szukał trenera w Quake’a. – To było niesamowite. Najfajniejsi ludzie w szkole mieli być moimi podopiecznymi – opowiada Mateusz.

Mijały lata i każdy w okolicy musiał sobie uświadomić, że widząc nick Mateusza („Mav_”) na ekranie komputera, powinien zacząć witać się z porażką. Tak było na lokalnych, kafejkowych turniejach trwających nieraz do białego rana. – Płaciło się 80 zł i mieliśmy osiem komputerów na całą noc, tylko dla siebie – ekscytuje się Mav_.

Zdarzało się, że turniejom patronowały szkoły, które wypożyczały swoje sale informatyczne amatorom cyfrowego szaleństwa. Na korytarzu stawiano rzutnik z projektorem i głośniki, aby ludzie mogli podziwiać najlepszych quake’owców. – Zawsze tak się składało, że jeden ze szkolnych komputerów nie dawał sobie rady z uciągnięciem gry. Wtedy sadzało się przy nim najsłabszego gracza, który i tak nie miałby szansy na zwycięstwo. W ten sposób „zapobiegaliśmy” wypaczeniu wyników, choć smutna prawda jest taka, że i tak były wypaczone – opowiada Mav, który sam zorganizował kiedyś turniej w lokalnej kafejce i zaprosił śmietankę polskich graczy.

– Zrobiliśmy zrzutkę na komputery (sam zadbałem, aby wszystkie były równe) i ustawiliśmy drabinkę, ale to były czasy, kiedy zabawa liczyła się bardziej niż wygrana. Po turnieju zaprosiłem wszystkich do siebie i zrobiliśmy grilla na balkonie. To była niesamowita zbieranina ludzi, którzy znaleźli dla siebie zupełnie nową zajawkę. Otoczenie nas jeszcze wtedy nie rozumiało, ale w swoim gronie bawiliśmy się świetnie. Na zmianę komentowaliśmy mecze i sadziliśmy siarczyste dowcipy – zauważa Mav_.

W 2003 roku zaczynała już się jednak rodzić scena profesjonalna. Na turniejach pojawiały się pierwsze, skromne nagrody finansowe, a zwycięzcy zyskiwali rozgłos poza wąską grupą zapaleńców. Niestety Mav_ nie mógł zapisać swoich pierwszych „mistrzostw na serio” do udanych. – Pojechałem rozklekotanym autobusem do Rzeszowa i nawet nie wyszedłem z grupy. Ludzie się trochę ze mnie śmiali, kiedy wyjmowałem z plecaka starą, szarą klawiaturę i myszkę kulkową – przyznaje. Czasy kulek dawno już odeszły i każdy, kto chciał się liczyć, musiał grać na myszce optycznej.

W życie należało wcielić przemyślane treningi. Każda wizyta w kafejce stała się okazją nie tylko do spuszczenia łomotu znajomym, ale również do pobrania najnowszych dem znanych graczy. Nie chodzi tu jednak wcale o wersje demonstracyjne dołączone do czasopism komputerowych. Czym więc dema były? W skrócie: zapisem poruszających się w grze obiektów. Łącza internetowe były wówczas zbyt słabe, aby udźwignąć przesyłanie plików wideo, a Twitch prawdopodobnie jeszcze nawet nie śnił się amerykańskim przedsiębiorcom. Zamiast tego gra mogła w swoim języku zapisywać kolejne zmiany w położeniu graczy, wystrzały i obrażenia, a później je odtwarzać. Gdy wideo z meczu potrafiło zajmować kilka płyt CD, demo można było zmieścić na dyskietce. – Robiło to różnicę, kiedy płaciło się za każdy impuls telefoniczny – zauważa Mav_.

Turnieje przyciągały tłumy do kafejek.

Dema dawały widzom o wiele więcej informacji niż współczesne transmisje. Odtwarzały zachowania graczy z ogromną dokładnością i pozwalały zobaczyć dokładnie to, co oni w danym momencie. – Widziałem każde, najmniejsze drgnięcie myszki i zawahanie. Po samym sposobie poruszania się wiedziałem, czy gracz jest pewny siebie, czy może zdenerwowany. Jedni potrafili grać niepewnie, choć mieli kontrolę nad mapą, a drudzy mieli nerwy ze stali, choć przegrywali kilkoma fragami. Wiedzieli jednak, jak odnaleźć się w niewygodnej sytuacji – opowiada Mav_.

Obudzony w środku nocy był w stanie wyrecytować, kto i kiedy użył jakiej strategii. – Pamiętam, że Fatal1ty po raz pierwszy na QuakeConie użył strategii odcinania przeciwnika od zaopatrzenia. W przypadku spawnu przy czerwonej zbroi, ignorował ją i pędził w kierunku słabszego bonusu, mega healtha, położonego bardziej centralnie. Miał wtedy 80 proc. szans, że przeciwnik zostanie odcięty od obu najważniejszych przedmiotów na mapie. Tylko w 1 na 5 przypadków wychodził na tym ruchu obiektywnie gorzej – tłumaczy Mav_.

Czytanie gry

Michaił Botwinnik, mistrz świata w szachach, mawiał: „Grasz jak żyjesz”, a Mav_ czerpał z tej uwagi pełnymi garściami. Analizował nie tylko mecze swoich przeciwników, ale również ich sposób bycia i inteligencję.

– Załóżmy, że mam nad przeciwnikiem dwa fragi przewagi, a mecz zbliża się już do końca. Najlepszą opcją na pokonanie mnie jest zebranie railguna, bo tylko ta broń daje niewielką i ryzykowną, bo obosieczną, ale realną szansę na szybkie odrobienie wyniku. Jeśli przeciwnik umie myśleć, na pewno dojdzie do takiego wniosku, więc ja muszę zająć się blokowaniem dostępu do danej broni. Jeśli ją podniesie, daje sobie cień szansy. W przeciwnym wypadku przeciwnik weźmie rakietnicę, która daje największe średnie obrażenia, ale odejmuje punkty zdrowia na raty, zbyt wolno. Dla mnie to korzystniejsze rozwiązanie. Czasu jest niewiele, ucieka on na moją korzyść, więc muszę skupić się na kontrowaniu przeciwnika – wyjaśnia Mav_, którego najmocniejszą stroną była umiejętność czytania gry.

Jego ulubionym zagraniem było chowanie się za filarami. Na mapie ztn3tourney1 (popularna „ZTN”) pozwalało to na wbicie rywalowi sztyletu w plecy. – Wiedziałem, że przeciwnik pojawi się w upatrzonym miejscu. Była to droga z teleportu po wartościową, czerwoną zbroję. Rozpędzeni gracze zwykle nie zwracali uwagi na prawy róg tego miejsca, co skrzętnie wykorzystywałem. Jeśli tylko obróciłem się w lewo mogłem być „niewidzialny” i „wskoczyć na plecy” rywala – opisuje z szelmowskim uśmiechem Mav_.

Inny trick dotyczył mapy pro-q3dm6, znanej jako „DM6”. Wykorzystywało się go, gdy przeciwnik bardzo mocno naciskał i kilkanaście sekund odpoczynku było na wagę złota. – Przeciwnik biegający po mapie, szczególnie w pośpiechu, praktycznie nigdy nie patrzył sobie pod nogi, skacząc po platformach. Bardziej skupiał się na precyzji skoków. Ja lubiłem się schować u podstawy tych platform: dosłownie pod jego nogami i tuż przy nim czekać, aż sobie pójdzie. Wedle zasady mówiącej, że najciemniej jest pod latarnią – śmieje się Mav_.

Znać triki to jedno, ale co zrobić, gdy przeciwnik też je zna i zamiast zastawienia zasadzki lądujemy w pułapce? – Wiedza, jak kontrować takie odpowiedzi, to wyższy poziom meta-gry. Tego się na krajowym podwórku praktycznie nie widywało, a i na międzynarodowym rzadko. W dzisiejszej dobie profesjonalizacji e-sportu wiedza o niuansach jest czymś odróżniającym profesjonalistów od amatorów, ale wtedy to była kwestia kilku graczy absolutnej czołówki – ocenia Mav_, który też miał słabsze strony. Nie grzeszył tzw. skillem. Nawet na polskiej arenie byli lepsi pod względem poruszania się po mapie czy celowania, co w przyszłości miało pogrzebać jego marzenia o staniu się drugim Fatal1tym. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Kto komu czyści myszkę

Kolejny sprawdzian miał miejsce na lubelskich Kozienaliach, czyli juwenaliach Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Turniej był tylko ich częścią, bo większość studentów zdecydowanie bardziej interesowały koncerty czy pochody ulicami miasta w rytmie brazylijskiej samby. Właśnie dzięki temu gracze mieli do swojej dyspozycji prawie cały wydział matematyki i… kilka pokoi w akademiku – w końcu część z nich przyjechała na turniej z drugiego końca Polski. Jak choćby mieszkający w Ostródzie av3k, który mimo młodego wieku (14 lat) był uznawany za faworyta turnieju. Nie bez przyczyny. Jak się później okazało, pozostali gracze mogli co najwyżej czyścić mu myszkę i walczyć o drugie miejsce.

Choć turniej zaczął się w południe, to kwestia tytułu wicemistrza nie została wyjaśniona aż do północy. Naprzeciwko siebie stanęli wówczas Mav_ i tox1c, kolega avka. – Na pierwszej mapie nie istniałem. Tox1c miał kontrolę i lepiej wykorzystywał swoje umiejętności – opowiada Mav_, który na drugiej mapie miał już nóż na gardle. Kolejna przegrana mogła go odesłać do domu. I niewiele do tego brakowało.

– Mecz był niesamowicie wyrównany. Szliśmy łeb w łeb i kiedy na sekundy przed końcem zostało mi kilka punktów życia, trafiłem tox1ca prosto między oczy – emocjonuje się Mav_. Rywalizację miała wyjaśnić ostatnia mapa. Zwycięzca brał wszystko. Bezwzględna walka i niesamowite nerwy towarzyszyły meczowi do ostatniego fraga. – Jeszcze na minutę przed końcem nic nie było wiadomo. Sam nie wiem, jakim cudem udało mi się utrzymać lekką przewagę i dystans do zażarcie atakującego tox1ca. Wygrałem! – dodaje z satysfakcją w głosie Mav_, który na czekającego w finale avka nie miał już sił.

Turniejowy serwer w całej okazałości.

Finałową przegraną osłodziły Mavowi nagrody. Za drugie miejsce zgarnął koszulkę, 50 zł i pendrive’a 256 MB. – Pieniądze idealnie pokryły koszty dojazdu, więc wyszedłem na zero, ale o wiele bardziej cieszyłem się z pendrive’a. W 2003 roku móc zapisywać, kasować dane i to jeszcze z taką pojemnością… bajka! – opisuje Mav_, który zazdrosnym okiem musiał patrzeć na nagrodę avka: optyczną myszkę Logitech MX310.

Turniej zakończył się grubo po północy i chłopaki zaczęli szukać lokum na przeczekanie kilku godzin do świtu, kiedy znowu zacząć miały kursować autobusy. – Mieliśmy środek maja, ale koło północy temperatura spadła chyba poniżej zera. Nie przeszkadzało nam to pójść na dworzec i czekać do świtu, leżąc na ławkach. Wyglądaliśmy pewnie jak żule, ale gadaliśmy o Quake’u, więc wszystko było w porządku – opowiada Mav_, który właśnie wtedy zaprzyjaźnił się z młodszym o cztery lata avkiem, najbardziej obiecującym zawodnikiem Quake’a w Polsce.

– Po latach lubię myśleć, że chociaż trochę przyczyniłem się do jego gigantycznego sukcesu – wspomina. Choć obaj sporadycznie krzyżowali swoje raile na treningowych arenach (quake’owy odpowiednik krzyżowania mieczy), to wspólnie analizowali dema innych graczy. Mav_ miał do tego ogromny talent i potrafił zauważyć słabości w taktyce przeciwników, z którymi miał się wkrótce zmierzyć av3k. – Przez całe wakacje wałkowaliśmy demka i czułem się trochę jak mentor avka – wspomina.

A do czego musiał się przygotować av3k? Do podpisania kontraktu z holenderską organizacją Serious Gaming, która miała sponsorować jego wyjazdy na największe turnieje na świecie. Av3k miał się wznieść na zupełnie nowy poziom profesjonalizmu, ale potrzebował… tłumacza. Tak się akurat złożyło, że Mav_ był z angielskim za pan brat. – Siedzieliśmy na zamkniętym kanale na IRC-u. Szef Serious Gaming, av3k i ja. Tłumaczyłem avka z polskiego, a później avkowi na polski – opisuje Mav_. Warunki Holendrów pasowały nie tylko młodemu mistrzowi, ale również, a może przede wszystkim jego rodzicom, którzy jednakowoż postawili jeden warunek. Av3k miał jeździć na turnieje z opiekunem. Wybór był dla niego oczywisty.

Jak stary pryk 

Po osobistej tragedii Mav_ na nowo poukładał sobie priorytety. Quake wciąż był dla niego bardzo ważny, ale obserwując avka zdał sobie sprawę, że analiza pola walki to za mało, aby błyszczeć w Europie. – Nikt nie zasponsoruje gracza, który odstaje skillem od czołówki – otwarcie odpowiada Mav_. – Wspieranie avka stało się dla mnie nowym celem nr 1. Kiedy dopingowałem go z trybun, zrozumiałem, co czują stare pryki, które chodzą na orliki ze swoimi dzieciakami. Nie raz wstawałem z krzesła i wyrzucałem ręce w powietrze, bo nie mogłem powstrzymać emocji, kiedy ważyły się losy jego zwycięstwa – dodaje.

Ze swojego pierwszego turnieju w nowych barwach av3k wrócił z tarczą. Na Netgamez 2006 bez problemu rozprawił się z europejską czołówką i przyjechał do Ostródy bogatszy o 275 euro. Mav_ zdał zaś maturę i przeprowadził się na studia do Warszawy. Został w branży i obecnie pracuje jako producent w branży reklamowej, m. in. materiałów wzbogacających relacje z turniejów e-sportowych.

– Przez całą swoją karierę e-sportową zarobiłem może 20 tys. zł. Nigdy nie robiłem jednak tego dla pieniędzy. To była moja pasja i sposób na znalezienie dla siebie właściwego miejsca w życiu. Nie chcę zapeszać, ale chyba się udało – podsumowuje Mav_.

Co dziś robi Mav_?

Trafił do reklamy. Realizował materiały wideo na trzech kontynentach w ramach ESL czy FaceIT. Rozwijał dział biznesu w devils.one, polskiej drużynie sportów elektronicznych. Pracował w Esports Performance Center, jednym z najnowocześniejszych centrów treningowych dla e-sportowców w Europie. Dziś wykorzystuje wiedzę reklamową w branży digitalowej.

Historia Mav_ to zapowiedź książki Karola Kopańko „Polski e-sport”, która nakładem wydawnictwa Znak ukaże się 24 lutego. To zbiór reportaży o różnych obliczach polskiej sceny e-sportowej. O pierwszym profesjonalnym graczu znad Wisły, którzy po maturze rzucił wszystko i wyjechał do Seulu, aby dołączyć do profesjonalnej ligi Starcrafta. To również historia początków „Złotej Piątki”, czyli najbardziej utytułowanej formacji w historii polskiego CS-a, czy opowieść o wymiataczu w Tekkena, który ma tylko dwa palce.

Książkę już teraz można zamówić w pre-orderze.
Spider'sWeb jest patronem tej publikacji.