SW+

Haker, uciekinier, symbol walki o wolność słowa. Czy Donald Trump ułaskawi Juliana Assange'a?

Haker, uciekinier, symbol walki o wolność słowa. Czy Donald Trump ułaskawi Juliana Assange'a?

Kolejne doniesienia w sprawie Assange’a śledzi się niczym thriller polityczny w odcinkach. Jego bohater przeszedł długą drogę: od szerzej nieznanego hakera, przez wroga publicznego Stanów Zjednoczonych nr 1., po symbol walki o wolność słowa w internecie.

4 stycznia brytyjski sąd orzekł: Julian Assange nie zostanie przekazany Stanom Zjednoczonym. Ogłaszając wyrok, sędzia Vanessa Baraitser wyjaśniła, że przekazanie Australijczyka w ręce Amerykanów jest zbyt niebezpieczne nie tylko dla zdrowia, ale też dla życia haktywisty. Cierpiący z powodu depresji klinicznej założyciel WikiLeaks mógłby targnąć się na własne życie.

Obrońcy Assange’a odetchnęli z ulgą. Ale tylko na chwilę. Tak naprawdę prawna batalia o wolność założyciela WikiLeaks jeszcze się nie skończyła. Waszyngton zapowiedział, że od decyzji brytyjskiego sądu się odwoła i ma na to czas do przyszłego tygodnia. Co więcej, w Stanach Zjednoczonych na Assange’a czeka proces w sprawie aż 17 zarzutów. Najpoważniejsze dotyczą szpiegostwa i włamania się na rządowe komputery, za co łącznie grozi mu 175 lat więzienia.

Sojusznicy założyciela WikiLeaks - widzący w nim ofiarę walki o wolność słowa w internecie - ruszyli do walki o jego ułaskawienie. Jak opisuje „The New York Times" liczą, że na ostatniej prostej prezydentury Donalda Trumpa przekonają go do podpisania aktu ułaskawienia. Zatrudnili nawet Roberta Stryka, lobbystę mającego powiązania z administracją w Waszyngtonie i liczne sukcesy jak choćby praca dla Isabel dos Santos, córki byłego prezydenta Angoli, oskarżonej o sprzeniewierzenie milionów dolarów z państwowej firmy naftowej.

Protest w obronie Juliana Assange'a przed ambasadą Wielkiej Brytanii w Brukseli. Maj 2019.  fot. Alexandros Michailidis / Shutterstock.com

Stryk ma przekonać Trumpa, że Assange jest taka samą ofiarą „cenzury" jak ustepujący prezydent USA, którego banują jedna po drugiej największe platformy cyfrowe. Haktywiści śpieszą się, bo prezydent elekt Joe Biden - szczególnie po tym jak tłum zainspirowany interntową aktywnością Trumpa zaaatakował Kapitol - nie będzie chętny do pomocy człowiekowi, który swoje życie poświęcił na walkę o nieskrępowaną wolność słowa.

Tylko czy faktycznie Assanage i WikiLeaks walczyli o taką wolność słowa, której efektem jest powstanie ruchu QAnon?

Od popisów do skandali 

Właściwie całe życie Assange’a prowadziło go do miejsca, w którym jest dzisiaj. Ten syn artystki i antywojennego aktywisty hakować zaczął w wieku 16 lat i szybko okazało się, że poza entuzjazmem nie brakuje mu także talentu. W 1991 r. włamał się m.in. do amerykańskiej sieci wojskowej MILNET i sieci kanadyjskiej megakorporacji Nortel. Wkrótce z tego powodu popadł w konflikt z prawem. Swój pierwszy wyrok usłyszał w 1996 r. Prokurator, opisując jego motywacje, interpretował hakerskie wybryki jako „proste, napędzane arogancją pragnienie, by popisać się swoimi umiejętnościami”. 

Komputery, choć tak fascynujące, nie były jego jedyną pasją. Pociągała go także polityka, dzięki towarzystwu ojca obracał się w gronie aktywistów, obrońców praw człowieka i przedstawicieli kontrkultury. Połączenie tych dwóch fascynacji zaowocowało w 2006 r. założeniem portalu WikiLeaks, wirtualnej ziemi obiecanej haktywizmu. To tam aktywiści, sygnaliści i dziennikarze mieli móc publikować pozyskane przez siebie dokumenty w pełni anonimowo i bez strachu przed prawnymi konsekwencjami swoich czynów. Mroczne sekrety państw i polityków miałby zostać bezwzględnie obnażone i znaleźć się w zasięgu myszki każdego obywatela z dostępem do internetu.

Marzenia o wielkiej demaskacji zaczęły spełniać się w 2007 r., gdy przebywający w Kenii Assange opublikował na stronach WikiLeaks raport Kenijskiej Komisji Praw Człowieka obnażający policyjne zbrodnie. Sprawa odbiła się szerokim echem na świecie i dla sygnalistów stało się jasne, że pojawiła się dla nich nowa opcja dzielenia się ze światem zdobytymi informacjami. 

Choć do 2007 r. strona opublikowała już ponad 1,2 mln dokumentów, WikiLeaks nie było powszechnie znane. Potrzeba było aż trzech kolejnych lat, by portal znalazł się na czołówkach najważniejszych mediów na całym świecie. W październiku 2010 r. upubliczniono tam ok. 470 tys. dokumentów wojskowych dotyczących wojen prowadzonych przez Stany Zjednoczone w Afganistanie i Iraku. Wszystkie były ważne, ale prawdziwy szok wywołał 39-minutowy film.

Fot. haak78 / Shutterstock.com

Jest 12 czerwca 2007 r. Bagdad. Widać, jak lecący helikopterami amerykańscy wojskowi obserwują grupę ludzi. Uznają, że ci mają broń i decydują się do nich strzelać. W wyniku ataku ginie 11 cywilów, w tym dwoje pracowników Reutersa. Mimo wielu próśb dziennikarze przez lata nie są w stanie dowiedzieć się prawdy o tym, jak zginęli ich koledzy. Wojsko amerykańskie nabiera wody w usta i twierdzi, że helikoptery odpowiedziały na ostrzał. 

Nic dziwnego, że nagranie nazwane „Collateral Murder” wywołało globalny szok. 

– To, co zrobił, było w 100 proc. aktem mówienia prawdy, pokazaniem światu, jak wyglądała wojna w Iraku i jak kłamała armia Stanów Zjednoczonych…. Stany Zjednoczone wiedziały, jak hańbiące jest Collateral Murder i jakim wstydem jest dla wojska. Wiedzieli, że na tym nagraniu są potencjalne zbrodnie wojenne – mówił wzburzony Dean Yates, który w 2007 r. był szefem oddziału agencji Reuters w Bagdadzie.

Ból głowy wywiadu 

WikiLeaks nabrało wiatru w żagle. W tym samym roku opublikowano jeszcze 250 tys. depesz dyplomatycznych – duża część z nich mocno zachwiała stosunkami między Stanami Zjednoczonymi a tymi, których oficjalnie nazywali swoimi przyjaciółmi. 

Z ujawnionych informacji wynikało, że Amerykanie nie mają oporów przed śledzeniem nawet najbardziej zaufanych sojuszników. Amerykańscy dyplomaci zbierali informacje m.in. o najwyższych urzędnikach ONZ, w tym o Ban Ki-moonie, ówczesnym sekretarzu generalnym organizacji. I to tak szczegółowe, jak numery jego lotniczych programów lojalnościowych czy kart kredytowych. 

W efekcie Philip J. Crowley, przedstawiciel Departamentu Stanu, musiał publicznie przekonywać, że ambasady amerykańskie nie są pełne szpiegów. – Nasi dyplomaci to tylko dyplomaci. Reprezentują nasz kraj na całym świecie, otwarcie i przejrzyście współpracują z przedstawicielami zagranicznych rządów i społeczeństwa. Poprzez ten proces gromadzą informacje, które kształtują naszą politykę i działania. To właśnie robią dyplomaci z naszego kraju i innych krajów od setek lat – opowiadał. 

Nie wszystkie informacje nosiły znamiona skandalu. Niektóre – jak ostre oceny zdolności przywódczych niektórych polityków – mogły po prosty skomplikować nieco stosunki dyplomatów z przedstawicielami goszczących dyplomatów państw. I tak premier Włoch Silvio Berlusconi określany był mianem próżnego, nieudolnego i słabego lidera, prezydent Zimbabwe Robert Mugabe zasłużył na miano „szalonego starca”, a para Putin – Miedwiediew została porównana do Batmana i Robina. 

WikiLeaks z drażniącego kamyka w bucie stało się dla amerykańskich służb poważnym problemem, gdy w kwietniu 2011 r. portal opublikował dokumenty dotyczące budzącego grozę więzienia Guantanamo. Potwierdzały one to, czemu wojsko wielokrotnie zaprzeczało – część więźniów ośrodka było przetrzymywanych w specjalnych oddzielonych strefach, do których nie wpuszczano obserwatorów. Część była więziona mimo braku oficjalnie postawionych przeciwko nim zarzutów, a samo ich zatrzymanie budziło sporo wątpliwości. Najmłodszy z osadzonych w więzieniu dla terrorystów miał zaledwie 14 lat. W Guantanamo znalazł się, bo „może wiedzieć coś o lokalnych przywódcach Talibów”. 

Złota gwiazda światowego szeryfa dzierżona przez Stany zaczęła wyraźne pokrywać się brudem. Wywiady całego zachodniego świata drżały w oczekiwaniu na kolejne wycieki i równocześnie próbował rozpracować ich źródło. 

Tajemnice Lady Gagi

Służby tak naprawdę szybko rozpracowały pierwsze dużo źródło WikiLeaks. Tajne dokumenty dotyczące wojen w Iraku i Afganistanie oraz depesze dyplomatyczne ujrzały światło dziennie dzięki współpracy z młodą żołnierką Chelsea Manning.

Protest w Londynie w 2019 roku w obronie Assanage'a i Manning.
Fot.  Katherine Da Silva / Shutterstock.com

Kobieta pracowała jako analityczka w bazie wojskowej i była coraz bardziej rozczarowana tym, co się działo w amerykańskiej armii. Czarę goryczy przelała sprawa 15 osób zatrzymanych przez iracką policję za drukowanie antyrządowej literatury. Manning została wyznaczona do pomocy w znalezieniu reszty wywrotowców. Kiedy jednak zaczęła badać sprawę bliżej, odkryła, że oskarżeni byli członkami grupy, która próbowała zdemaskować korupcję na szczeblu rządowym. Poruszona Manning zameldowała o tym przełożonym. Nie chcieli o sprawie słyszeć, zamiast tego naciskali, by dalej wspierała iracką policję w śledztwie. Manning była wstrząśnięta. Chciała pomóc obnażyć korupcję, a nie pomagać chwytać tych, którzy ważyli się ją demaskować. 

Rozczarowana i rozgoryczona zaczęła ściągać materiały z sieci 5 stycznia 2010 r. Tajne materiały wynosiła z bazy na płytach udających krążki z muzyką Lady Gagi. Znała wagę tego, co wynosi. W pliku, który opisywał ogromną paczkę dokumentów, napisała: „To jeden z najważniejszych dokumentów naszych czasów, usuwający mgłę wojny i ukazujący prawdziwą naturę asymetrycznych działań wojennych w XXI wieku”.

Choć WikiLeaks zaczęła interesować się w 2009 r., a kontakt z organizacją nawiązała już na początku następnego roku, to nie jej w pierwszej chwili chciała przekazać pozyskane dokumenty. Analityczka próbowała się skontaktować zarówno z The New York Timesem, jak i The Washington Post, jednak żadna z gazet nie wykazała zainteresowania jej materiałami. WikiLeaks było dopiero jej trzecim wyborem. I ten nie zawiódł. W sumie wykradła i przekazała WikiLeaks niemal 750 tys. dokumentów, wśród których były depesze dyplomatyczne, tajne wojskowe dokumenty i film z czerwcowego ataku w Bagdadzie. 

Na jej trop naprowadził śledczych Adrian Lamo, znany haker, któremu Manning w internetowej rozmowie pochwaliła się, że stoi za ogromnych wyciekiem danych opublikowanym przez WikiLeaks. Jak tłumaczyła, chciała porozmawiać z kimś, kto zrozumie, co zrobiła. Szukała wsparcia. Lamo nie podzielał jej punktu widzenia i bał się, że wycieki narażają ludzi pracujących dla armii lub współpracujących z nią. W końcu zdecydował się przekazać zapiski rozmów z analityczką wojsku i FBI. 

Kobieta wpadła w maju 2010 r., a niecały rok później postawiono jej 22 zarzuty, w tym o pomoc wrogowi, za co w Stanach Zjednoczonych grozi kara śmierci. 28 lutego 2013 r. przyznała się do 10 z 22 zarzucanych jej czynów, ale prokuratura nie zrezygnowała. Wyrok sądowy uznał, że jest winna aż 17 z 22 zarzutów, za co usłyszała karę 35 lat więzienia. Był to najsurowszy wyrok w historii Stanów Zjednoczonych za ujawnienie tajnych dokumentów. W 2017 r. Barack Obama, odchodząc z urzędu, złagodził jej wyrok. Wyszła na wolność po zaledwie siedmiu latach. 

Ale to nie był koniec zarówno sądowych potyczek Manning, jak i jej zamieszania w działanie WikiLeaks. Służb oczywiście nie zadowoliło dorwanie źródła przecieków. Głównym celem był człowiek, który stał za samym portalem.

Dziennikarz czy zdrajca?

Przed WikiLeaks nikt nie ukazywał ludziom tak bezpośrednio ciemnych i brudnych kulis władzy, prowadzenia wojen i polityki. Tyle że część ujawnionych przez organizację dokumentów i wybiórczość ich anonimizowania od początku budziła kontrowersje. Bo owszem, ujawniały nieprawidłowości, ale równocześnie też zdradzały tożsamość choćby Afgańczyków pracujących dla sił międzynarodowych właśnie po to, by chronić prawa człowieka. 

– Wzywamy Waszych wolontariuszy i pracowników do przeanalizowania wszystkich dokumentów tak, aby upewnili się, że te, które zawierają informacje identyfikujące, zostały ściągnięte ze strony lub zredagowane – pisali do WikiLeaks przedstawiciele pięciu organizacji zajmujących się ochroną praw człowieka w odpowiedzi na wielki wyciek dokumentujący wojnę w Afganistanie. 

Ale wciąż to służby USA i tak pozostawały najbardziej cięte na Assange’a. I żadne opowieści o zapewniającej wolność wypowiedzi pierwszej poprawce do amerykańskiej konstytucji ich nie przekonywały. Twierdzą, że nie można stawiać znaku równości między Assange'em a dziennikarzami. Powód: Assange miał być zaangażowany w nielegalne pozyskiwanie dokumentów, które potem opublikował. 

Twórca WikiLeaks miał bezpośrednio pomagać Manning włamać się do wojskowej sieci. Podczas śledztwa znaleziono na komputerze Amerykanki zapisy rozmów z osobą z WikiLeaks, która koordynowała wyciek i wspierała analityczkę. W rozmowie z Lamo Mannning miała zdradzić, że rozmawia z Assange'em, jednak z samych zapisów konwersacji bezpośrednio to nie wynika.

Dlatego w lutym 2019 r. wymiar sprawiedliwości znów upomniał się o Manning. Była żołnierka została wezwana przez sąd, tym razem jednak jako świadek w procesie toczącym się przeciwko WikiLeaks i Julianowi Assange’owi. Od tamtej pory odmawia zeznań i ciągle ląduje za kratkami za obrazę sądu.

Wielka ucieczka Assange’a

Próba doprowadzenia Assange’a przed oblicze amerykańskiego sądu pełna jest nieoczekiwanych zwrotów akcji. To wręcz gotowy materiał na film. I taki zresztą w 2013 r. powstał. Assange’a zagrał Benedict Cumberbatch, a scenarzyści naprawdę nie mieli problemów ze znalezieniem fascynującego materiału.

W sierpniu 2010 r. Assange przez 10 dni przebywał w Szwecji, gdzie według zarzutów miał się dopuścić molestowania seksualnego dwóch kobiet, w tym organizującej jego wyjazd członkini WikiLeaks. Assange w swoich zeznaniach przyznaje, że owszem, uprawiał seks z obiema kobietami, ale stanowczo zaprzecza zarzutom o molestowanie. W pierwszej chwili wydawało się zresztą, że sprawa szybko ucichnie, policja w Szwecji przesłuchała bowiem Assange’a i nie nałożyła na niego zakazu opuszczania kraju, a w końcu zamknęła śledztwo. Jednak po kilku miesiącach dochodzenie zostało ponownie otwarte. Assange znów był wzywany do Szwecji na przesłuchanie, ale odmówił. W efekcie w listopadzie 2010 r. Szwecja wystawiła za nim europejski nakaz zatrzymania. 

Protest w obronie Assanga'a, Londyn 2018 r.
Fot. Katherine Da Silva / Shutterstock.com

Niemal od samego początku Australijczyk twierdził, że padł ofiarą politycznego spisku, którego inspiratorem są Stany Zjednoczone. Zgodnie z jego teorią Amerykanie mieli sfabrykować zarzuty, by zwabić go do kraju, z którego łatwo będzie im prowadzić proces ekstradycyjny. Jednak by okazać dobrą wolę, w grudniu 2010 r. oddał się w ręce brytyjskiej policji i trafił na krótko do aresztu, z którego wyszedł za kaucją. 

W połowie 2012 r. stało się to, czego Assange się obawiał: angielski sąd przychylił się szwedzkiego oskarżenia i zgodził się na ekstradycję. Twórca WikiLeaks nie czekał na policję, tylko uciekł do… ambasady Ekwadoru w Londynie, gdzie dostał azyl polityczny. Wdzięczny opowiadał potem, że obsługa placówki była dla niego jak rodzina. W 2018 r. nastąpiła jednak rodzinna sprzeczka i sielanka została przerwana – ambasada odcięła Assange’a od internetu, zarzucając mu mieszanie się w sprawy innych krajów. Sytuacja eskalowała, aż w 2019 r. prezydent Ekwadoru pozbawił go obywatelstwa i azylu. Lenin Moreno, uzasadniając swoją decyzję, stwierdził, że Assange wielokrotnie łamał zasady przyznania azylu. 

– Ogłaszam, że niegrzeczne i agresywne zachowania pana Juliana Assange’a, agresywne i pełne gróźb deklaracje związanej z nim organizacji skierowane przeciw Ekwadorowi, a przede wszystkim przekroczenie międzynarodowych porozumień doprowadziło do sytuacji, w której jego azyl jest dłużej nie do utrzymania – mówił w oświadczeniu Moreno. 

W kwietniu 2019 r. policja brytyjska wyprowadziła opierającego się Assange’a z ambasady, w której spędził w sumie 2487 dni. 13 maja Szwecja ogłosiła, że na nowo otworzyła śledztwo w sprawie oskarżeń o gwałt, a w Stanach wróciła kwestia pociągnięcia go do odpowiedzialności za ujawnienie tajemnic państwowych. 

– Te bezprecedensowe zarzuty wobec Juliana Assange’a i WikiLeaks są najbardziej znaczącym i przerażającym zagrożeniem dla pierwszej poprawki w XXI wieku. Zdolność prasy do publikowania faktów, które rząd wolałby zachować w tajemnicy, jest podstawowym prawem, krytycznym dla świadomego społeczeństwa. Decyzja Departamentu Sprawiedliwości jest bezprecedensową eskalacją wojny Trumpa z dziennikarstwem i nie jest przesadą stwierdzenie, że pierwsza poprawka jest zagrożona – tłumaczył w 2019 r. w reakcji na wieść o oskarżeniu Assange’a o szpiegostwo Trevor Timm, współzałożyciel Fundacji Wolności Prasy.

Ale ile by to nie było kontrowersji, i tak w lutym ubiegłego roku rozpoczęły się przesłuchania w sprawie ekstradycji Assange’a do Stanów Zjednoczonych. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany. Proces się przeciągnął. Wyrok zapadł dopiero na początku stycznia 2021 roku.

Kogo dziś jeszcze interesuje Assange? 

Tyle że dziś świat jest już innym zupełnie miejscem niż w roku 2010. Zamiast wstrzymywać oddech, oglądając kolejną odsłonę batalii między prawem do wolności słowa a ochroną tajemnic państwowych, z pewnym zaskoczeniem oglądamy samego Assange’a. 49-letni Australijczyk ze szczupłego hakera w charakterystycznej siwej fryzurze zmienił się w starszego pana, z nadwagą i zarostem. Niewiele zostało po charyzmie i zdolności przekonywania internetowych sygnalistów, by stanęli w obronie wolności słowa. 

Bo i walka, którą toczy, zeszła jakby na drugi plan. Wielka dyskusja o wolności słowa na Zachodzie toczy się już nie tylko, a może i nie przede wszystkim, między aktywistami a agencjami rządowymi. W środku konfliktu znalazły się wielkie cyfrowe platformy, których wpływ na to, co zostaje usłyszane, a co pozostaje poza zasięgiem opinii publicznej jest dziś właściwie niemożliwy do przecenienia. 

Mobilny bilbord z poparciem dla Assanga'a. Londyn 2020 r.
fot. Karl Nesh / Shutterstock.com

Jeśli informacja zostanie skasowana z Facebooka lub Twittera, zostanie usunięta z YouTube’a i zepchnięta przez Google’a na koniec listy wyszukiwania, to właściwie nie istnieje. Kilka zaledwie firm decyduje nie tylko o tym, co można, a czego nie można powiedzieć w publicznym dyskursie. W takiej atmosferze dokonania aktywisty, który postawił na baczność służby najpotężniejszego państwa świata, jakoś nie budzą już takich emocji. 

Prawdopodobnie ostateczną decyzję o losie Assange’a podejmie minister spraw wewnętrznych, do której trafi odwołanie amerykańskiego rządu. Jeśli jednak do ekstradycji dojdzie, los twórcy WikiLeaks będzie w rękach Joe Bidena, co może nie być dla Australijczyka najlepszą wiadomością. To Biden 10 lat temu był jednym z najostrzej wypowiadających się o nim członków administracji Baracka Obamy. 

– Jeśli spiskujesz w celu uzyskania tajnych dokumentów z członkiem amerykańskiego wojska, to jest to coś innego, niż gdy ktoś zrzuci ci te dokumenty na kolana, mówiąc „jesteś przedstawicielem prasy, oto tajne materiały” – argumentował w 2010 roku ówczesny wiceprezydent.

Co więcej to WikiLeaks w trakcie wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2016 r. mocno zaszkodziło Demokratom. Wykradzione ze sztabu Hillary Clinton, ówczesnej kandydatki partii, maile, zostały, jak wskazują wszystkie badające wyciek agencje, przekazane WikiLeaks przez działających na zlecenie Kremla rosyjskich hakerów. Wiadomości nie zawierały szokujących informacji, ale i tak zdołały na finiszu osłabić kandydatkę na prezydenta, która potem o włos przegrała Donaldem Trumpem.

Z funkcji zrezygnował John Podesta, szef kampanii prezydenckiej Hillary Clinton. A wokół jego, upublicznionych osobno, maili narosła absurdalna teoria spiskowa znana jako Pizzagate. Jej twórcy twierdzili, że przedstawiciele partii demokratycznej są członkami satanistycznej sekty, spotykającej się potajemnie w pizzeriach i zaangażowanej w handel dziećmi. Dziś Pizzagate jest wymieniana jako prapoczątek ruchu QAnon, czyli ekstremistów stojących za wdarciem się na Kapitol i to w ledwie dwa dni po odmowie ekstradycji Assange’a.

– Wykradzione maile dostarczyły społeczeństwu pewnych istotnych informacji. Jednak wszelkie korzyści płynące z takich masowych publikacji danych nie zmniejszają ich szkodliwości. (...) Pozbawione kontekstu maile od WikiLeaks podsycają dezinformacje w mediach społecznościowych – pisała gorzko na łamach New York Timesa Zeynep Tufekci.