SW+

Tajemniczy Palantir podobno namierzył Bin Ladena. Ale i tak nie pomógł wygrać Trumpowi

Jak tajemniczy Palantir podobno namierzył BinLadena ale nie pomógł wygrać Trumpowi

Mówi się o nim Google dla szpiegów. Porównuje do narzędzia rodem z „Raportu mniejszości”, które pozwala przewidzieć, gdzie zostanie popełnione przestępstwo. Oto najbardziej tajemniczy startup z Doliny Krzemowej, który przechwala się, że to właśnie jego oprogramowanie pomogło w schwytaniu Osamy bin Ladena.

Czym jest ten cały Palantir i czy rzeczywiście warto płacić jak za zboże za jego akcje, kiedy spółka przynosi straty (mimo że ma już 17 lat na karku)? Te pytania zadawali sobie inwestorzy z Wall Street, kiedy pod koniec września ten amerykański jednorożec wchodził na giełdę. – Chcemy być najważniejszą firmą software’ową na świecie. Zostawiamy inwestorom wycenę tego, ile jesteśmy warci – rzucał buńczucznie Alex Karp, szef Palantira. 

To właśnie on wspólnie z Peterem Thielem i trójką innych przedsiębiorców powołał do życia firmę, która wciąż budzi emocje. Zwłaszcza, że trzymała się blisko administracji Donalda Trumpa. Przegrane przez niego wybory mogą więc oznaczać, że publiczne źródełko utrzymania tej firmy powoli zacznie wysychać. Właśnie dlatego wejście na giełdę, kiedy ustępujący prezydent był jeszcze u władzy, mogło nie być przypadkowe.

Totalna Informacyjna Świadomość

Nazwa firmy i czas jej pojawienia się nie były przypadkowe. Palantiry to kuliste kryształy z tolkienowskiego Śródziemia, które służyły do komunikacji. Mogły przemierzać czas i przestrzeń, aby w rękach wprawnych użytkowników pokazywać szczegóły niedostępne nigdzie indziej. Właśnie taką ideę do świata rzeczywistego chciał przenieść Karp. – Naszą misją jest wsparcie Zachodu, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych dla globalnego pokoju i rozwoju – mówił prezes z doktoratem z filozofii.

Pokój, o którym mówił, został zakłócony 11 września 2001 roku atakiem na WTC. Późniejsze śledztwo wskazało, że tej tragedii można było zapobiec. Już w maju CIA informowało Biały Dom o planowanym ataku terrorystycznym. Miesiąc później agencja wspominała nazwisko Bin Ladena, którego działania mogą mieć „dramatyczne konsekwencje”. 

– W okresie poprzedzającym ataki CIA i FBI miały 23 możliwości powstrzymania spisku. Agencje przegapiły wszystkie. Działały staromodnie, w swoich własnych biurokratycznych silosach – pisał o sprawie The Atlantic. W efekcie nastąpił atak Al-Ka'idy, który zmienił losy świata i rozpoczął wojnę z terroryzmem 

Rozpoczął też krucjatę o skuteczniejsze wykorzystanie informacji. 

– Musimy być świadomi tego, jak wiele wiemy – mówił Alex Karp w wywiadzie udzielonym telewizji CNBC. 

Dzielił on przekonania z admirałem Johnem Poindexterem, który na początku XX wieku kierował Biurem Świadomości Informacyjnej w DARPA (Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności) i postawił sobie za cel: nie dopuścić do powtórki z 9/11. 

Poindexter chciał zmiany. – Wolumen danych dostępnych amerykańskiej administracji daleko przekracza ludzkie możliwości analizy. Było tak od dawna. Ale od czasu ataków z 11 września potrzeba stworzenia lepszych narzędzi do analityki stała się jeszcze bardziej paląca – pisał w 2003 roku na łamach „NY Timesa”.

Wkrótce zaczęto go nazywać ojcem nowoczesnego szpiegostwa. Projekt prowadzony przez wojskowego miał odnajdywać poszlaki w gąszczu informacji, łączyć kropki rozrzucone po różnych agencjach i wspomagać w podejmowaniu decyzji. Senator Ron Wyden nazwał go później „największym programem szpiegowskim w historii Stanów Zjednoczonych”. Dla Pointdextera był to jednak „Projekt Manhattan dla antyterroryzmu”.

Pod koniec 2003 roku program stracił finansowanie Kongresu ze względu na doniesienia o śledzeniu samych Amerykanów, a nie tylko terrorystów. Jednak agencje wywiadowcze już zasmakowały w nowoczesnych technologiach. Dopiero dekadę później Edward Snowden nakreślił, jak ogromny był ten apetyt. 

Wprawdzie nie aż tak duży, by Pointdexter skusił się na ofertę Karpa (który już wtedy uderzył do admirała ze swoim planem), ale i tak to właśnie sektor publiczny wkrótce miał się okazać prawdziwą kurą znoszącą złote jajka dla Palantira.

Igor z PayPala

Inspiracji dla powstania Palantira należy szukać nie tylko w amerykańskiej krucjacie przeciwko terroryzmowi, ale również we wcześniejszym biznesie współtwórcy firmy słynnego Petera Thiela, czyli w PayPalu. Pomysł na cyfrową portmonetkę miał ochronić fundusze klientów przed inflacją. 

Biznesmen podawał przykład azjatyckiego krachu z 1997 r., kiedy dziurę budżetową zasypywano drukowaniem pieniądza. Nowa usługa dałaby zaś możliwość szybkiej sprzedaży rupii czy pesos i kupna dolarów, funtów lub jenów. Taki model szybko zyskał popularność. Nie tylko wśród klientów, ale także przestępców, którzy zaczęli z niej korzystać do prania brudnych pieniędzy.

Trzeba było szukać na to jakiegoś wytrychu. Inżynierowie PayPala najpierw stworzyli system odsiewający spamerów, który był wczesną wersją technologii CAPTCHA, a później dodali do tego… Igora. Był to – nazwany na cześć rosyjskiego przestępcy, który szczególnie dawał się im we znaki – system do wykrywania podejrzanych transakcji. Z perspektywy czasu Igor był jedną z pierwszych komercyjnych aplikacji big data. To właśnie ta przewaga technologiczna napędziła wysoką wycenę PayPala, którego w październiku 2002 roku przejął eBay za 1,5 mld dolarów. Kilka procent z tej kwoty trafiło do Thiela, który chciał wykorzystać wcześniejsze doświadczenia na nowym froncie. Większość z 55 mln dolarów, o które się wzbogacił, wpakował właśnie w rozwój Palantira. Analityka big data zyskała jednak nową otoczkę: – Skupiliśmy się na swojej misji: ograniczenia terroryzmu przy jednoczesnym zachowaniu swobód obywatelskich – mówił Thiel.

Kiedy zaczęły mu się kończyć pieniądze, udał się na rundę po funduszach inwestycyjnych. Te jednak były niechętne. Karp miał później wspominać, że Michael Moritz, szef Sequoia Capital, był bardziej skupiony na bazgrołach w swoim notatniku niż na jego prezentacji. Spotkanie z Kleiner Perkins (wczesnymi inwestorami w Amazona i Google) zakończyło się zaś półtoragodzinną pogadanką o tym, dlaczego Palantir skazany jest na porażkę.

Agenci Jej Królewskiej Mości… tzn. Wujka Sama

Kiedy ledwie odpalony, jeszcze niezarabiający Palantir stał nad krawędzią bankructwa, pomocną rękę wyciągnął sektor publiczny. Thiel dogadał się z CIA na inwestycję opiewającą na 2 mln dolarów. Odpowiadało za nią In-Q-Tel – inwestycyjne ramię agencji, którego nazwa jest puszczeniem oka do fanów Jamesa Bonda. W filmowej sadze Q to szef komórki odpowiadającej za kolejne coraz bardziej innowacyjne supergadżety agenta 007. I właśnie taką rolę pełni do dziś In-Q-Tel: ma znajdować najciekawsze pomysły, dzięki którym CIA ma dostęp do najnowszych technologii. 

Dla Palantira współpraca z CIA okazała się punktem zwrotnym. Firmie udało się wkrótce podpisać umowy z NSA, FBI i biurem Pentagonu. Oprogramowanie trafiło do Afganistanu, gdzie wspierało amerykańskich żołnierzy. Jedno z zastosowań polegało na stworzeniu mapy pokazującej wybuchy bombowe z przeszłości i prawdopodobieństwo zamachu w czasie przejazdu kolumny wojskowej. Na jej podstawie analitycy mogli wytyczyć bezpieczniejszą trasę.

– Spędziliśmy trzy lata na budowie silnika, który pozwala integrować dane z każdego źródła, przy jednoczesnym zastosowaniu reguł poufności. Dlaczego to takie ważne? Przy jednym projekcie pracują osoby z różnym dostępem do danych. O ile szef agencji musi mieć szeroką perspektywę, to każdy analityk powinien widzieć tylko te dane, do których ma dostęp – opisywał Karp.

Do grona klientów dołączyły również agendy działające lokalnie, jak Biuro Śledcze Służby Celnej Stanów Zjednoczonych (U.S. Immigration and Customs Enforcement), które wykorzystało oprogramowanie do namierzania nielegalnych imigrantów. Biuro wzięło na celownik rodziny rozdzielone przez granicę pomiędzy Stanami a Meksykiem, które starały się połączyć. – Administracja założyła, że jeśli rodziców oskarży się o przemyt, to nie będą zachęcali swoich dzieci do przekraczania granicy – pisze Marisa Franco, latynoska działaczka na rzecz budowy więzów w społeczeństwie.

Na podstawie wskazówek Palantira śledczy organizowali naloty na domy i miejsca pracy, gdzie mogli znajdować się nielegalni imigranci. – Choć nikogo z zatrzymanych nie można było oskarżyć, to oficjele przekonali się do taktyki wymierzonej w rodziców, a Departament Bezpieczeństwa Krajowego zaostrzył ją w formie polityki „zero tolerancji” – dodaje Franco.

Bin Laden sprzedaje 

Palantir często zasłania się bezpieczeństwem narodowym, kiedy jego przedstawiciele pytani są o zastosowanie oprogramowania. Nie dotyczy to jednego, szczególnego przypadku, który działa wręcz jak marketingowy lep: zatrzymania Bin Ladena. – Połączyliśmy różne źródła wywiadowcze bez uciekania się do wzmocnionych technik przesłuchań (eufemizm na określenie tortur – przyp.red.). Mogliśmy złapać Bin Ladena bez nich – mówił Leon Panetta, szef CIA z czasów słynnej obławy. 

– Integracja danych o dużej skali pozwala analitykom na przekształcanie informacji w dowolny sposób, bez narażania ludzi na krzywdę – dodawał Karp we wspomnianym już artykule Wall Street Journal, zatytułowanym „Ludzki sposób na złamanie terrorystów”. Zestawienie wypowiedzi Karpa i Panetta spoiło Palantira z zatrzymaniem Bin Ladena. Oprogramowanie dorosło do swojego mitycznego pierwowzoru – kryształu pokazującego niedostępne inaczej informacje. Niestety jest to zbyt piękne, aby było prawdziwe.

Intelligencer powołując się na rozmowy z przedstawicielami sektora publicznego, stwierdził, że Palantir odniósł sukces nie dzięki magicznemu oprogramowaniu, ale interfejsowi, który był bardziej przejrzysty i przyjazny w zderzeniu z wcześniejszymi, siermiężnymi narzędziami. Żaden z kilkunastu rozmówców nie potwierdził jakoby oprogramowanie pełniło znaczącą rolę przy zatrzymaniu Bin Ladena. Firmie nie zależało jednak na rozwiewaniu plotek wokół własnego produktu. Dzięki nim inwestorzy łapali się na kolejne rundy inwestycyjne jak muchy na lep. Rund tych było w sumie 28. Przyniosły firmie 2,6 mld dolarów i wycenę na poziomie 20 mld dolarów. Wydawało się, że Thiel po raz kolejny rozbił bank. 

Palantir zaczął ekspansję na rynek komercyjny. W kilka lat udało się im pozyskać JPMorgana, Airbusa, BP czy Chryslera. Ten ostatni wykorzystywał analitykę Palantira do przewidywania awarii. – Silnik samochodowy składa się z multum części. Jedne kosztują kilka centów, drugie setki dolarów. Jeśli możesz przewidzieć, kiedy zepsuje się tania część i w porę ją wymienić, masz mniejsze ryzyko, że uszkodzi ona drogi podzespół. Taka wiedza daje firmom przewagę rynkową – tak Karp opisywał Foundry, nowe rozwiązanie dla biznesu.

Wykruszający się klienci 

Współpraca z JPMorgan Chase zakończyła się skandalem. W 2013 roku okazało się, że 100 inżynierów Palantira pracowało nie tylko nad wykrywaniem nieuczciwych transakcji, ale również śledzeniem pracowników firmy, włącznie z przechwytywaniem ich maili, historii przeglądarek czy rozmów telefonicznych.

Trzy lata później portfolio Palantira zubożało o American Express, Nasdaq i Coca-Colę. Ta ostatnia firma była rozczarowana niewielką znajomością rynku przez inżynierów Palantira. Maile opisujące współpracę, do których dotarł BuzzFeed, sugerowały również wyboistą współpracę „millenialsów z Palantira” z nie-tak-młodą wierchuszką Coca-Coli. Klienci narzekali na wygórowaną cenę. Właśnie z tego powodu Kimberly-Clark zakończył współpracę po półrocznym, darmowym pilotażu. Roczna opłata w wysokości 18 mln dolarów byłaby trzecim najwyższym wydatkiem w rachunkach firmy.

American Express co prawda podpisał kontrakt na rok, ale później spisał oprogramowanie na straty. – Od pierwszego dnia zmagaliśmy się z trudnościami w adaptacji naszego produktu i osiąganiu celów – czytamy w wewnętrznym mailu Sid Rajgarhia, odpowiadającego za pozyskiwanie klientów w Palantirze. Tym samym do kosza poszło sześć miesięcy pracy, za które American Express już nie zapłacił.

Efekt: w sierpniu firma posiadała bowiem zaledwie 125 klientów, wliczając w to sektor publiczny, który w pierwszej połowie tego roku odpowiadał za 53,6 proc. przychodów. 

SaaS kontra consulting

Tych kilka przykładów dobitnie pokazuje, dlaczego przyszłość Palantira nie rysuje się w aż takich różowych barwach. Inwestorzy lubią firmy, które sprzedają proste do zainstalowania produkty z przejrzystym cennikiem. Zwłaszcza takie, które nie potrzebują armii prawników do sprawdzania każdego przecinka w kontrakcie. – Jako VC nie chcesz inwestować w firmy konsultingowe, których analizy trafiają do schowka na miotły. Wolisz stawiać na skalujące się produkty, które potrafią szybko rosnąć – mówił sam Thiel. 

Dlatego wrześniowy debiut Snowflake’a został tak gorąco przyjęty. Snowflake jest platformą dla firm, które chcą przenieść swoją infrastrukturę do chmury. Służy im wydajną bazą danych, dostępną z każdego miejsca w internecie. Wystarczy wejść na stronę i podpiąć kartę kredytową, aby rozpocząć testy. To wszystko. Pojedyncza kwota transakcji na pewno będzie o wiele mniejsza niż w przypadku Palantira, ale za to liczba klientów Snowflake’a już teraz przebija 3 tys. Spółce udało się to, z czym takie kłopoty ma Thiel – dotarcie do klienta korporacyjnego z przejrzystą ofertą i łatwą integracją.

Palantir ma niewiele wspólnego z tym modelem. W szesnastym roku swojej działalności stracił 580 mln dol. Struktura wydatków pokazuje, że jako organizacja jest znacznie bliżej staromodnych firm analitycznych z armią handlowców. Sprzedaż i marketing uszczupliły budżet Palantira aż o 450 mln dolarów, będąc największym wydatkiem w zeszłym roku. Część z tych funduszy wykorzystali lobbyści pilnujący kontraktów w Waszyngtonie. 

Mimo to i tak nie każdy jest zadowolony.

Zachary Tumin, wiceszef nowojorskiej policji (która z usług firmy Thiela i Karpa korzystała od 2012 roku), podkreślał, że Palantir każdorazowo wymagał multum modyfikacji na potrzeby klienta i nie działał od razu po instalacji. – Bez modyfikacji oprogramowanie było niezdarne i nie pasowało do naszego zastosowania – mówił Tumin. To zaś generowało dodatkowe koszty. I spowodowało, że w 2017 r. NYP zrezygnowało ze współpracy. Palantir nie chciał się jednak łatwo poddać i nie udostępnił zgromadzonych danych na potrzeby nowego systemu analitycznego policji. Sprawa otarła się aż o sąd.

Póki Trump, póty zyski 

Mało satysfakcjonujące wyniki finansowe doprowadziły do inwestorskich nacisków na publiczną ofertę. 28 rund finansowania na przestrzeni lat sprawiło jednak, że akcjonariat Palantira jest zróżnicowany. Część funduszy nie zakładała tak długiego horyzontu inwestycyjnego, inne musiały spłacić swoich własnych inwestorów – wszystko to sprawiło, że Thiel musiał zmienić swoje zdanie z końcówki 2015 roku: „Doradzam firmie, aby została w prywatnych rękach tak długo, jak to możliwe”.

„Możliwe” skończyło się na początku października. Palantir zadebiutował na giełdzie nie w ramach oferty publicznej, ale mechanizmu „direct listing”, dzięki czemu firma nie musiała rozwadniać swoich akcji. Cena szybko skoczyła z wyjściowych 7,25 dolarów, aby przebić pułap 10 dolarów. Inwestorzy zdawali się czekać na prawdziwy test – wybory prezydenckie. 

 – Palantir blisko pracuje z administracją Trumpa. I to nad kluczowymi projektami: polityką imigracyjną, wojskiem i wywiadem. Kluczowe pytanie brzmi: co się stanie, jeśli Trump przegra? Nie ma przypadku w tym, że Palantir wszedł na giełdę, kiedy Trump jest jeszcze u władzy – mówiła przed wyborami Joanne Lipman, redaktor naczelna USA Today.

Związki współtwórcy Palantira z Trumpem nie są żadną tajemnicą. Thiel występował publicznie w czasie wieców obecnego prezydenta, a nawet wsparł jego kampanię kwotą 1,25 mln dolarów. Biznesmen znany jest również z libertariańskich poglądów i niewiary w demokrację. – Nie wierzę już, że wolność i demokracja mogą iść w parze (…). I chociaż nie sądzę, że należałoby odbierać prawo do głosowania jakiejkolwiek grupie ludzi, to nie mam wielkich nadziei, że głosowanie w czymś pomaga – pisał na łamach Cato Institute.

Thiel jest również właścicielem Free Forever, organizacji walczącej o bezpieczne granice, restrykcje dla imigrantów, docenienie weteranów i skupienie na izolacjonistycznej polityce zagranicznej. Dodatkowo choć Thiel był pierwszym, zewnętrznym inwestorem w Facebooku, jest on również zajadłym krytykiem Doliny Krzemowej, a zwłaszcza Google’a. – Ile obcych szpiegów zinfiltrowało wasz „Projekt Manhattan dla sztucznej inteligencji”? Czy wysokie rangą kierownictwo Google jest przekonane o infiltracji przez chiński wywiad? – mówił Thiel w 2019 roku. Wkrótce później jego firma przejęła – właśnie od Google’a – kontrakt dla Pentagonu na dostarczenie sztucznej inteligencji do dronów bojowych.

Google nie chce pracować z rządem, Palantir musi

Kiedy inżynierowie Google’a zbojkotowali współpracę z amerykańską armią, Karp oskarżył całą firmę o brak patriotyzmu. – Militarne zastosowania sztucznej inteligencji zdefiniują życie nasze i naszych dzieci. To gra o sumie zerowej, gdzie najbardziej rozwinięty kraj będzie stanowił reguły. Czy wolałbyś, abyśmy to my mieli technologię równoważną nuklearnej, czy „oni”? Jeśli firma odmawia współpracy z rządem Stanów Zjednoczonych, powinniśmy wiedzieć, dlaczego to robi i czy nie oddaje innowacji naszym wrogom: świadomie lub nieświadomie – ostro mówił w wywiadzie dla CNBC.

W międzyczasie Palantir jeszcze bardziej zrywał więzy z Doliną Krzemową. Firma przeniosła swoją siedzibę z San Francisco do Denver, a Karp nie spoczywał w krytyce. – Żołnierz na froncie nie będzie ufał oprogramowaniu, jeśli firma, która je produkuje, będzie wyciągać wtyczkę przy każdej kontrowersyjnej decyzji – komentował decyzję Google’a. Dostało się również Apple, kiedy firma odmówiła współpracy z FBI przy odblokowywaniu zakodowanych iPhone’ów przestępców.

– Mała wyspa w Dolinie Krzemowej chciałaby decydować o twoim życiu i monetyzować twoje dane, ale nie powinna decydować o tym, kto żyje w naszym kraju i na jakich warunkach – dodawał Karp i nazywał Dolinę Krzemową „kantonem Palo Alto”, tym samym oskarżając ją, że gra na korzyść Chin.

Przegrana Trumpa może Palantirowi narobić sporych kłopotów. Przecież amerykański jednorożec wciąż jest zależny od publicznych kontraktów, a ich brak może zakręcić zawór kroplówki inwestorów. Tyle że niespodziewanie firma Thela i Karpa znalazła nowego rządowego partnera. A wszystko dzięki pandemii COVID-19. 

Pod koniec października wyciekły informacje, że z usług „google dla szpiegów” chce skorzystać Wielka Brytania. Tamtejszy rząd rozważa wykorzystanie amerykańskiego oprogramowania do śledzenia kontaktów i walki z rozprzestrzenianiem się koronawirusa po tym, gdy analityków zawiódł tradycyjny Excel. Arkusz kalkulacyjny osiągnął maksymalny rozmiar i odmówił aktualizacji liczby przypadków. W jego miejsce ma się więc pojawić oprogramowanie o nazwie Tiberius, które może pomóc zidentyfikować populacje o wysokim priorytecie, czyli te najbardziej zagrożone infekcją.

Nowojorska giełda szybko zareagowała na te rewelacje. Choć w ostatni weekend okazało się, że Trump będzie musiał wyprowadzić się z Białego Domu, to kurs firmy podskoczył o 20 proc.