SW+

„Lepiej wtopić choćby ogromne pieniądze niż przegapić drugiego Facebooka”. Inwestycji w startupy nie zatrzymała nawet pandemia

W zglobalizowanym świecie zdominowanym przez wszechwładne korporacje jest coraz mniej miejsca na lokalne przedsięwzięcia. Rozwijasz się albo wypadasz. W tej bezlitosnej walce oręż dostarczają fundusze VC, przelewając miliony na konta przedsiębiorców. Jak przekonać je do wyłożenia gotówki na stół? Tę wiedzę na 300 stronach książki „Tajemnice Sand Hill Road” próbuje przekazać Scott Kupor, nadając prosto z Doliny Krzemowej.

Czasami powtarza się, że pierwszym prawdziwym inwestorem VC była Izabela I Kastylijska – pisze w jednym z pierwszych rozdziałów Kupor, sprowadzając od razu dyskusję o venture capital na nieco bardziej przyziemne tory. 

W istocie – finansowanie ryzykownych, ale potencjalnie bardzo zyskownych przedsięwzięć towarzyszy ludzkości od stuleci. Różni je co najwyżej poziom skomplikowania. W czasach Krzysztofa Kolumba wystarczył szybki transfer pieniędzy, dostarczenie okrętów i załogi. 

Włoski żeglarz nie uczył się zapewne o metodach autoprezentacji, nie prowadził typologii inwestorów, nie zastanawiał się, czy może nadać sobie tytuł CEO (dyrektora wykonawczego). 

Nie zmieniło się za to jedno – ludzkość, by mogła się rozwijać, potrzebowała i wciąż potrzebuje nieco szalonych wizjonerów (którzy nie boją porwać się z motyką na słońce) i finansujących ich posiadaczy wielkich fortun. Ludzi, których bogactwo przekracza wyobrażenie przeciętnego obywatela, skłonnych do postawienia znacznej sumy na jedno z pól w biznesowej ruletce, jaką bez wątpienia jest startupowy ekosystem. 

W rolę przewodnika po tej krainie wciela się Scott Kupor, partner zarządzający w Andreessen Horowitz. Szczerze? Żądni wiedzy przedsiębiorcy lepiej trafić nie mogli. Kupor świat startupów zna na wylot. Pracował dla dwóch z nich (LoudCloud i Opsware), a następnie wziął udział w budowaniu od podstaw jednej z najsłynniejszych firm VC na świecie. 

Andreessen Horowitz działa przy słynnej Sand Hill Road w Dolinie Krzemowej. Jeżeli tą drugą moglibyśmy nazwać sercem światowych innowacji, to Sand Hill Road byłaby aortą pompującą do niego krew. To właśnie przy tej, ciągnącej się kilometrami ulicy, znajdują się spółki typu venture capital. Ich szefowie to współcześni cezarowie. Jednym ruchem kciuka mogą otworzyć przed startupem niezmierzone możliwości, jak i praktycznie zakończyć jego karierę.

Co znajdziemy w środku? Scott Kupor prowadzi czytelnika za rączkę po świecie wielkiego biznesu, tłumacząc w jaki sposób inwestorzy VC podejmują decyzję o tym, w co włożyć swoje pieniądze; wyjaśnia dlaczego tak ważna jest umiejętność opowiadania historii i podpowiada, jak budować firmę, by niespodziewana niedyspozycja współwłaściciela nie zniszczyła wspólnych marzeń o panowaniu nad światem. 

Coś dla siebie znajdą w tej pozycji jednak founderzy na każdym poziomie rozwoju. Kupor radzi, jak zachowywać się przy rundach inwestowania i pisze, co robić, gdy fundusz za bardzo ingeruje w działania foundera. 

Biorąc pod uwagę specjalistyczne słownictwo używane w tej recenzji pewnie zaczęliście zastanawiać się, czy jest to książka dla wszystkich? Zdecydowanie nie. Kupor nie dba zresztą o wciąganie czytelnika w lekturę, nie popisuje się anegdotami ani nie tryska humorem w co drugim zdaniu. Dostarcza za to twardej wiedzy popartej swoim wieloletnim doświadczeniem. Bezcenne dla kogoś, kto szuka w książkach pomocy w prowadzeniu biznesu, a jednocześnie śmiertelnie nużące dla osób, które nie interesują się startupami i nie zamierzają prowadzić własnej firmy. 

– Moim celem nie jest prawienie kazań. Nie zamierzam spisywać przykazań na tablicach i przekazywać ich ludziom – pisze Kupor. 

Jak sam zauważa, próba stworzenia czegoś na wzór biblii venture capital jest skazana na porażkę. Zbyt wiele w niej „istotnych niusansów”. Chodzi jednak o to, wyjaśnia Kupor, by dostęp do informacji o branży VC stał się bardziej równy. – Dostęp do kapitału ma kluczowe znaczenie z punktu widzenia sukcesu startupu – dodaje. 

Wszak bez niego Kolumb były dziś tylko jednym z wielu zapomnianych przez historię podróżników.

„Tajemnice Sand Hill Road” Scott Kupor, Wydawnictwo MT Biznes, Warszawa 2020. Książka dostępna w wersji papierowej. 

– Kiedyś podstawowe pytanie brzmiało: ile za ile, czyli ile udziałów za ile pieniędzy? Teraz rozmawiamy, na ile jako fundusz możemy pomóc. Czego startup oczekuje od nas, jaką ścieżkę rozwoju widzi – z Konradem Gawłowskim, dyrektorem inwestycyjnym LT Capital rozmawiamy o tym, dlaczego startupy nie budzą już takiego entuzjazmu i emocji, jak kilka lat temu? I czy mimo to wciąż warto na nie stawiać i liczyć, że przyniosą nowe, rewolucyjne rozwiązania?

Dlaczego w ogóle warto zainteresować się tematem funduszy venture capital? Czy ich działalność widzimy w swoim codziennym życiu?

Konrad Gawłowski: – Oczywiście, wiele osób używa oprogramowania albo kupuje rzeczy z rynku startupowego. Przykład pierwszy z brzegu: Skype i Zoom. Gdyby nie one, nie mielibyśmy dzisiaj pracy zdalnej, która uratowała nam życie w czasie pandemii. Kiedyś wymienialiśmy pieniądze w kantorach i za granicą, dzisiaj robimy to za pomocą Revoluta. W ślad za tym banki udostępniły bezpłatne konta walutowe.

Na naszym polskim podwórku możemy zaś trzymać kciuki za Stefana Batorego i jego firmę Booksy, która umożliwia dokonywanie rezerwacji przez internet. Po perturbacjach związanych z wybuchem pandemii powoli wraca do gry. Nasi czempioni się tworzą. Natomiast dla osób, które mają nutkę przedsiębiorczości, poznawanie historii sukcesu to na pewno cenna nauka do tego, żeby wyciągnąć wnioski i wdrożyć je w życie. Choć oczywiście żadna z historii poszczególnych firm nie ma jednoznacznego przełożenia, nie jest poradnikiem jak zostać startupowcem i miliarderem. 

Szczególnie, że słowo startup wywołuje dzisiaj raczej ironiczny uśmiech niż podziw. To już nie są czasy bezrefleksyjnych zachwytów nad kulturą startupowania i wizji zbudowania wycenianej na miliardy firmy wprost z garażu. 

Śmiejemy się ze startupów, bo to słowo się zdewaluowało. Wielu z nas nie ma świadomości, ile z tych rzeczy, które dzisiaj ułatwiają nam życie, zaistniało dzięki finansowaniu funduszy inwestycyjnych. 

Dobrze, że podaliśmy te przykłady, bo startup równie dobrze może mieć twarz Elizabeth Holmes. Założycielka Theranosa, firmy, która wydawała się być genialnym połączeniem medycyny i biznesu, stała się w ekspresowym tempie miliarderką. Tyle że jej dzieło okazało się na koniec zwykłą wydmuszką. Dlaczego po tylu latach inwestorom z takim trudem przychodzi odróżnienie przedsiębiorców od krętaczy?

Opuszczona, świeżo wybudowana siedziba Theranosa w Palo Alto.

Myślę, że to ewoluowało. Kiedyś założyciele wyjeżdżali na konkursy startupowe, które nie dawały absolutnie nic poza tym, że można było podróżować za pieniądze inwestora. Teraz skłonność do uczestniczenia w takich imprezach mocno spadła. Zwiększa się też świadomość founderów. To widać po jakości projektów, jakie pojawiają się na rynku. Koncepty są coraz bardziej przemyślane. Widzimy coraz większy potencjał w młodych osobach, które na równi z pracą w software house’ach czy w korporacji zaczynają tworzyć własne projekty. Mamy zespoły, których członkowie mają średnio nie więcej niż 25 lat i mają już na koncie pierwsze sukcesy w postaci finansowania z programów Polskiej Agencji Rozwoju Przemysłu. 

Jesteście bardziej wymagający, dokładniej sprawdzacie inwestycje? Młodzi ludzie przychodzą do was jak na ścięcie?

O nie, rozmowy z funduszami mają dzisiaj zgoła inny charakter. Kiedyś podstawowe pytanie brzmiało: ile za ile, czyli ile udziałów za ile pieniędzy? Teraz rozmawiamy, na ile jako fundusz możemy pomóc? Czego startup oczekuje od nas, jaką ścieżkę rozwoju widzi? To budujące. Rynek też się zmienił. Jeszcze kilka lat temu nie było dużych rund finansowania w Polsce – dochodziły do jednego, dwóch milionów. Teraz są podwojone, a nawet potrojone. Fundusze zaczęły współpracować ze sobą. Wchodzimy w syndykaty inwestycyjne, by posklejać rundę na w miarę europejskim poziomie seedowym. Ewolucję widać gołym okiem.

Scott Kupor pisze o najgorszym grzechu inwestora – zaniechaniu. Lepiej wtopić pieniądze niż przegapić drugiego Facebooka

To prawda, fundusze muszą dzisiaj powalczyć o startup. Nie czeka się już, czy wpłynie coś na maila. Nikt nie poleci dobrego startupu funduszowi, który nie ma dobrego track record (udokumentowanej ścieżki osiągnięć – przyp. red.). Warto zresztą dodać, że jednym z flagowych pytań tej książki jest: dlaczego fundusze inwestują tylko w jedną spółkę danej branży? Jeszcze kilka lat temu była moda na budowanie ekosystemu, synergii między spółkami. Potem następowała próba sprzedaży zagranicznemu graczowi paczki komplementarnych usług, które składały się na cały biznes. Dzisiaj fundusze nie boją się dywersyfikować branż, w które inwestują.

Z drugiej strony czytam w przedmowie, że na rynku jest zbyt mało pomysłów, za to zbyt wiele pieniędzy. Rosną bańki? 

Od dwóch lat możemy to zaobserwować. Mamy rynek startupowca. Widać to po wycenach, po ilości udziałów obejmowanych w strukturach. To dobrze, bo za pieniądze z BRIdge Alfy i Startera PFR nawet w modelu koinwestycyjnym ciężko wyskalować biznes do poziomu, na którym staje się samodzielny. Wyeliminowanych zostało również wiele innych złych aspektów. 

Na przykład?

Obejmowanie zbyt dużej ilości udziałów w spółce. To powodowało, że od 40 do 49 proc. udziałów miał fundusz. Skutecznie blokowało to możliwość przeprowadzenia kolejnych rund finansowania. Jest taka jedna znana spółka z południa Polski, która oddała zbyt dużo jednemu z funduszy. Odbija im się to czkawką do dzisiaj. Inną nieco patologiczną praktyką było wymuszenie: my w was zainwestujemy, ale musicie zatrudnić do swojej firmy naszego członka zarządu, który będzie zarabiał kilkanaście tysięcy złotych. To dziwne. Fundusz inwestuje przecież po to, by zarobić, a nie po to, by odebrać część pieniędzy w formie wynagrodzenia.

Zarobić na przykład poprzez wejście na giełdę. Polskie startupy napędzą w przyszłości GPW?

I tak, i nie. Jeżeli popatrzymy, ile startupów weszło na giełdę, to jest to dość niewielka liczba. Trzeba przyznać wprost, że legislacja jest w Polsce skomplikowania. To długotrwały proces. Fundusze VC wychodzą z inwestycji zazwyczaj poprzez przejęcia ich spółek portfelowych przez branżowych gigantów. Jeśli chodzi o GPW, widzę tylko dwie branże, gdzie można w tej chwili zrobić IPO. To life science, a także spółki zajmujące się energią odnawialną jak fotowoltaika. Dla nich to zdrowa i celna taktyka.

W pozostałych branżach znajdują się grubsze ryby, które prędzej czy później je połkną? Jak Facebook, który najpierw poradził sobie w ten sposób z Instagramem, później przejmując jeszcze WhatsAppa.

Tak, ale to sytuacja win-win. Gdybym miał na stole ofertę robienia IPO na New Connect albo sprzedaż podmiotowi branżowemu, to ze względu na przejrzystość i szanse pojawienia się czystego cashu na koncie, wybrałbym tę drugą opcję. 

Jak na tle świata wygląda polski rynek? W zeszłym roku wartość transakcji venture capital wyniosła 1,27 mld zł, co oznacza 8-krotny wzrost w porównaniu do 2018 r. Z drugiej strony to zasługa tylko kilku podmiotów: Docplanner (344 mln zł), Booksy (115 mln zł) oraz Brainly (120 mln zł). 

Rundy finansowania są, no cóż, na miarę naszych możliwości, przez co nie jesteśmy w stanie w krótkim czasie zbudować kalorycznego gracza. Inwestycje realizowane przez pojedyncze fundusze są raczej na poziomie cyfr, a nie liczb. Ale rynek się rozwija i to pomimo pandemii. W trakcie lockdownu pracowaliśmy na 100 proc., mieliśmy zdalne komitety inwestycyjne, podpisywaliśmy termsheety, odbywaliśmy wideokonferencje z founderami. Nie zaobserwowałem większych zmian. Dobrze naoliwiona lokomotywa pędzi dalej. 

A wydawałoby się, że w czasach kryzysu skłonność do ponoszenia ryzyka spada. 

Obawiałem się czegoś innego, mianowicie że inwestorzy, którzy wpłacają pieniądze do funduszów zatrzymają ekosystem. Jeżeli inwestor prywatny miał ulokowane środki na inwestycje w akcjach, a te poleciały w dół w pierwszych dniach lockdownu, to mógł nie dokonać wpłaty do funduszu. To z punktu widzenia dyrektora inwestycyjnego spędzało mi sen z powiek. Natomiast wszystko szybko zweryfikowało się po komitecie inwestycyjnym, który mieliśmy w środku lockdownu. Pieniądze od inwestorów wpłynęły w terminie. Mogliśmy działać całkowicie normalnie. 

Marzenie startupowców: Dolina Krzemowa.

Pandemia nikogo nie dotknęła? 

Startupy związane z turystyką mocno straciły. Sami zatrzymaliśmy inwestycje z tej branży, powiedzieliśmy: wróćcie do nas za min. kwartał i pokażcie, jak wyglądają wasze wyniki finansowe. To był jednak wyjątek.

Może za jakiś czas fundusze VC przestaną być potrzebne? Kupor wskazuje, że ich rolę może przejąć crowdfunding i emisje kryptowalut, czyli Initial Coin Offering. 

Myślę, że nie. Za VC, poza pieniędzmi, stoją także ludzie. Od momentu podpisania umowy inwestycyjnej ludzie tworzący VC jadą z founderem na jednym wózku. Wiele osób, które pracują w funduszach VC, ma autentyczną pasję. Ona emanuje na zewnątrz. To dlatego finansowanie przez VC będzie dalej na pierwszym miejscu. Co do ICO – uważam, że mamy tam niezliczoną liczbę niewiadomych, wręcz anonimów. Nie wiemy, kto wpłaca pieniądze, skąd pochodzą te środki, więc founder jest pozostawiony sam sobie. Tymczasem obserwuję, że w ostatnich latach bardzo wzrosła rola inwestorów prywatnych w funduszu. To osoby, które chcą dzielić się wiedzą i mają celne uwagi. Zdobywają tym atencje wśród przedsiębiorców. Pierwiastek ludzki będzie przewyższał same pieniądze. Branża startupowa to przede wszystkim otwieranie drzwi i wskazywanie nowych możliwości.

Ten „pierwiastek ludzki” nie jest nieco przereklamowany?

Zobaczmy, jak skończyły startupy z programu PARP 3.1 czy 8.1. Poprzez agencję do startupów popłynęło blisko 800 mln zł. Przetrwało z nich niewiele. Dlaczego? Był tam tylko sam pieniądz. Zabrakło wsparcia merytorycznego, kontaktów biznesowych. To nie jest recepta na sukces. Agencje publiczne jednak wyciągnęły dużo wniosków i o programach takich jak Szybka Ścieżka czy Polska Wschodnia obecnie mówi się w kontekście bardzo pozytywnym. Trochę inaczej sytuacja wygląda z crowdfundingiem. Tu nie mam wyrobionego zdania, rynek dopiero raczkuje i nie jest tak rozbudowany jak w Stanach Zjednoczonych. Mam wrażenie, że obecnie lądują tam projekty negatywnie zweryfikowane przez VC, a dobrze odnajdują się tam np. browary rzemieślnicze, winnice czy kluby sportowe.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst