SW+

Może by tak wszystko rzucić, wyłączyć telefon i wyjechać. Jarosław Kuźniar: „Można, ale po co?”

Odrzuć technologię i połącz się z naturą! Wykasuj media społecznościowe! Wyłącz wi-fi! Tylko czy cyfrowy minimalizm to coś, czego rzeczywiście potrzebujemy, a może jedynie mrzonka? Mark Boyle przekonuje, że chcąc zadbać o przyrodę, powinniśmy pozwolić jej rozwijać się bez naszej ingerencji. Nie tylko o tym mówi, ale i sięga po radykalne środki.

Wyobraźcie sobie życie bez prądu. Bez wody w kranie. Bez elektrycznego oświetlenia. Cisza, spokój, zero stresów z powodu jakichś politycznych zawirowań, bo przecież o nich nie wiemy. Ale za to zupełnie jak przed setkami lat wszystkim, co robimy, rządzi rytm natury. Mark Boyle tak żyje – jego przysłowiowe Bieszczady, dla których porzucił cywilizację, to Irlandia. Zamieszkał w gospodarstwie, a wszystkie zabudowania i sprzęty zrobił sam lub z pomocą sąsiadów z elementów dostępnych w najbliższym otoczeniu. Boyle żyje tak nadal i prowadzi darmowy hostel – dla takich, jak on, którzy chcą odciąć się od współczesnej rzeczywistości i nawiązać kontakt z naturą. Jeśli jego historia was przekona, możecie zawsze do niego wpaść.

Boyle, zanim uciekł od świata, był ekologicznym aktywistą. Po latach działania zaczęła w nim kiełkować myśl, że jedynym sposobem na ocalenie przyrody jest zostawienie jej samej sobie. Wcześniej wykonał eksperyment polegający na życiu bez pieniędzy. Od ponad 10 lat nie był też u lekarza. Kolejnym krokiem jego radykalizacji w odcięciu się od cywilizacji stało się życie bez technologii. I właśnie ten cały proces, entuzjazm, chwile zwątpienia czy wręcz załamania opisuje w książce „Offline”.

Jego odcięcie od technologii poprzedziły oczywiście konkretne przygotowania miejsca – budowa domku i całej okolicznej infrastruktury, przygotowanie ziemi do przyjęcia sadzonek i wiele, wiele innych. Coś, co miało ułatwić życie, w praktyce wymagało wielkiego wysiłku fizycznego. Autor przekonuje, że wcale mu to nie przeszkadza. W zasadzie dzięki takiemu działaniu był w stanie poczuć istotę życia i prawdziwą bliskość z naturą. Nie bez powodu w oryginale książka zatytułowana jest „The Way Home” („Droga do domu” – przyp. red.).

Książka Boyla wpisuje się w coraz popularniejszy nurt propagowania cyfrowego minimalizmu i ograniczania wpływu technologii na nasze życie. Pisał już o nim Cal Newport, twierdząc, że wszechogarniające technologie pogarszają naszą produktywność. Pisał Nicolas Carr w „Płytkim umyśle”, udowadniając wręcz, że psuje nam to wszystko procesy uczenia się i współżycia z innymi ludźmi. Imran Rashid i Soren Kenner opisywali, jakie sztuczki stosują największe firmy technologiczne na nasze psychologiczne uwiązanie. Wszyscy oni jednak nie nawoływali jak Boyle do aż tak radykalnych działań. Owszem, podkreślają rolę detoksu od technologii, zarządzania swoim czasem i uwagą, ale jednak widzą w internecie, mediach społecznościowych czy e-pieniądzu więcej zalet niż wad. 

Nic dziwnego. Potrzeba ogromnych pokładów wytrwałości, by zrobić to, co zrobił Boyle. Nie ma co się oszukiwać – jego radykalna wizja minimalizmu jest mocno utopijna, choć w pewien sposób fascynująca. Gdy człowiek zrzeknie się wszystkich wygód, jakie daje technologia, życie toczy się w naturalnym rytmie pór roku. Tak też podzielił swoją książkę Boyle, opowiadając w nich o kolejnych wyzwaniach, przed którymi musiał stanąć. O bólu przepracowanych mięśni, tęsknocie za rodzicami, braku wiadomości od znajomych, z którymi nie może się już komunikować przez media społecznościowe. Mimo to zdaje się godzić z takim stanem rzeczy, a z jego opowieści wyziera mieszanka spokoju i pogodzenia. Cała jego książka to właściwie pamiętnik – wciągający, często pouczający, ale jednak opowiadający o bardzo drastycznym eksperymencie tylko dla wybranych.

„Pod pewnym względami dobrze, że na chwilę wróciłem do tamtego świata, bo dzięki temu mogłem rozwiać wszelkie romantyczne wspomnienia, jakoby życie wśród maszyn było lepsze i łatwiejsze” – pisze Boyle pod koniec opowieści. Ta chwila to moment, gdy musiał usiąść do komputera, by zająć się książką.

„Offline”, Mark Boyle, wydawnictwo Mova 2020.
Książka dostępna jest w wersji papierowej i jako e-book. 

A może by tak wszystko rzucić i wyprowadzić się w Bieszczady? Kto z nas choć raz tak się nie żachnął? Jarosław Kuźniar, póki pracował jako dziennikarz, był bez przerwy zanurzony w świecie newsów i internetów. Ale nawet gdy porzucił karierę w mediach, wcale nie przeszedł w stan offline. Na maila z prośbą o wywiad odpowiedział w środku urlopu, zautoryzował go, będąc już na kolejnym wyjeździe, swoje zdjęcie wysłał z Islandii. – I cóż z tego, że ktoś mi powie, że nie ma Facebooka? Super. Też go nie mam po to, by non stop opowiadać o tym, jak mi kwiatki rosną na balkonie. Tylko po to, by podzielić się moją pracą – twierdzi. 

Jarosław Kuźniar, arch. prywatne

Boyle w pewnym momencie podjął decyzję: od dziś żyję bez pieniędzy. Kolejnym etapem było odcięcie od technologii i to nie tylko internetu, smartfonów, ale nawet prądu. Coś, co wyglądało początkowo jako pomysł na lepsze uporządkowanie życia, przemieniło się w dosyć drastyczną ucieczkę od cywilizacji. Jego historia każe zastanowić się, czy cyfrowy minimalizm to coś, co naprawdę jest teraz ludziom potrzebne? A może to tylko moda, złudne przekonanie, że to lek na pęd współczesnego świata? Myślałeś o tym, by kiedyś odciąć się od internetu, mediów społecznościowych?

Jarosław Kuźniar*: „Myślałem” to faktycznie najlepsze określenie. Cały czas planuję, żeby to zrobić, nie na zawsze, bo to nikomu, poza ultrasami, nie jest potrzebne. Jeszcze mi się to nie udało, poza momentami, gdy miejsce nie pozwalało mi złapać jakiejkolwiek sieci. Na przykład daleka Kamczatka, gdzie jedynym narzędziem do komunikacji był telefon satelitarny. To były jedyne dni, kiedy choćbym nie wiem, jak bardzo chciał, to i tak nie mogłem skorzystać z sieci. Sprawdziłem wtedy na sobie, że to jest jedyny sposób na to, bym nie sięgał do internetu. 

Podziwiam tych, którym to się udaje. Mi takie odcięcie przychodzi z ogromnym trudem. Są takie miejsca, które teoretycznie mają utrudniony dostęp do technologii, ale po prostu w niektórych aspektach są w tej kwestii dalej niż my. Na przykład w Kenii, niby kraj wciąż nisko zinformatyzowany, ale w samym Nairobi jest dużo rozwijających się start-upów. Sukces odniosła platforma, która pozwala przelewać pieniądze SMS-em. Nie potrzeba do tego internetu, tylko połączenia komórkowe. Nikt fizycznie nie ma pieniędzy w dłoni.

Co daje ci to, że jesteś ciągle online? Chodzi o poczucie bycia doinformowanym? Czy to po prostu część twojej pracy?

Zaczęło się od pracy, ale dziś w jakimś stopniu obejmuje to wszystkie sfery: bank, zespół, pilnowanie zadań firmy. To wszystko wymaga decyzji podejmowanych szybko. Bycie podpiętym do sieci daje mi – często oczywiście złudne – poczucie, że jestem ze wszystkim na bieżąco. 

Jeśli przygotowujesz się do wywiadu dotyczącego spraw bieżących – wyłączenie się choćby na chwilę, choćby na pół dnia, sprawi, że musisz wiele więcej rzeczy nadrobić, żeby doszusować do wiedzy sprzed wyjścia do offline'u. Traktuję to często jako taką wymówkę: ja muszę, bo... Ale przez długie lata, szczególnie, gdy pracowałem w TVN24, to było bliższe prawdy niż wymówki. Musiałem zanurzać się w morzu informacji, czasem dezinformacji, właśnie po to, żeby wiedzieć, znać cytat. Donald Tusk napisał niedawno tweeta z apelem do polskiego rządu, by wezwał Unię do zebrania specjalnego posiedzenia dotyczącego Białorusi. Okazało się, że premier już to zrobił i nawet wspominał o tym w mediach społecznościowych. Tusk tego nie zauważył, był spóźniony o tego jednego tweeta Morawieckiego. 

Boyle twierdzi, że odcięcie od technologii przyniosło mu ulgę. Dzięki temu tak naprawdę po raz pierwszy w życiu był w stanie poczuć jedność z przyrodą. Nie brakuje ci takiego stanu? Co czujesz, będąc offline: ulgę, że panujesz nad otoczeniem czy może jednak lekki stres?

Ulga przychodziła dlatego, że choćby ktoś mi zarzucił, że czegoś nie przypilnowałem, mogłem uczciwie powiedzieć – nie miałem jak. Wiesz, że nikt nie może mieć do ciebie pretensji. Podczas podróży uczę się tego, żeby zarządzać własnym czasem. Najpierw zrobić swoje, zdjęcie czy film, a potem mieć jeszcze chwilę dla tego miejsca. Miałem dużo sytuacji, kiedy wpadałem na plan i zaraz wypadałem, nie miałem szansy na zastanowienie się, poznanie ludzi. Później, gdy siadałem nad zdjęciami czy montażem, uświadamiałem sobie, ilu rzeczy przed i po nie zobaczyłem. To mnie uwierało. 

Teraz, kiedy jestem w podróży, staram się mieć czas na niedotykanie telefonu czy aparatu w ogóle. Na Kamczatce spaliśmy w namiocie. W tym roku wszyscy narzekają na komary w Polsce, ale kamczackich komarów nic nigdy nie pobije. Jeśli ktoś chciał dotknąć telefonu, nie było na to szans, mieliśmy całkiem inne rzeczy na głowie. To był ten moment, kiedy prawie jak Boyle mogliśmy poczuć się bardzo bardzo blisko przyrody. 

Jeśli będziemy ciągle wpatrzeni w ekrany naszych smartfonów, w strumień informacji, feedy mediów społecznościowych, to coś bardzo ważnego może nas ominąć?

Zdecydowanie. Mamy złudne poczucie, że wyjmując telefon, korzystając z niego, robiąc zdjęcie, zatrzymując coś w kadrze, zatrzymujemy to na zawsze, wrócimy do tego kiedyś pamięcią. Nie, kompletnie nie. 

Podobnie jest z nagrywaniem koncertów smartfonami. Do większości z tych filmików później nikt nigdy nie wraca.

Rzeczywiście tak jest. Ludzie tylko się łudzą. Mają pamięć smartfona zapchaną tymi nagraniami. Siedząc w drugim czy trzecim rzędzie, czasem widzę tylko człowieka z przodu, który nie ogląda tego, co się dzieje na scenie na żywo, w szerokim kadrze, tylko na smartfonie. Rozumiem, że chcemy czasem zatrzymać dla siebie zdjęcie ulubionego muzyka na scenie, ale nagrywanie tego, kiedy ani dźwięk nie będzie dobry, ani obraz nie będzie stabilny, jest stratą czasu i stratą emocji, na które liczyliśmy, idąc na koncert. 

Media społecznościowe przypominają nam o urodzinach naszych znajomych, o tym, że koleżanka urodziła dziecko. Korzystamy z tego, że łatwo jest przekazać światu pewne informacje przez social media, przez co wiele znajomości z biegiem czasu może ograniczać się tylko do obserwowania statusów na tychże portalach. Czy to jest do odkręcenia?

Wydaje mi się, że już jest za późno. Z kolei ostatnie czasy online'owe, ale przymuszone – te wszystkie pandemiczne Zoomy, Teamsy – pokazały, że ludzie są tym zmęczeni. Wielu moich partnerów czy klientów wolało po jakimś czasie po prostu zadzwonić. Wczoraj spotkałem się z trójką moich gości, ktoś powiedział: ale czy ty nie miałeś być na Islandii? Bo coś tam widzieli w mediach społecznościowych. Wytłumaczyłem, że Islandia będzie za tydzień. Ludzie łapią tylko okruchy informacji, które w finale nawet nie składają się na pełen obraz. Powoduje to hałas i chaos, myślę, że coraz częściej będziemy mieć świadomość, że istnieją dwa różne światy: jeden social mediowy, drugi rzeczywisty. Musimy zużyć podwójną energię, żeby przyjąć coś, co jest wykreowane w mediach społecznościowych, a potem to zweryfikować. 

Mam to z tweetami Donalda Trumpa. Niby konto prezydenta USA nazywa się realDonaldTrump, ale czasem treść tego, co tweetuje, jest tak zaskakująca, że muszę sprawdzić, czy to rzeczywiście wyszło spod jego palców. No i tracę podwójnie czas. To będzie czynnik powodujący coraz większe zmęczenie z używania mediów społecznościowych. Musimy odsiać informacje albo obserwować takie osoby, których już nie musimy sprawdzać. Które nie zasypią nas tysiącem informacji w jednej chwili, będą nam je dozować i będzie to mniej kreacyjne, a bardziej szczere. Wydaje mi się, że to jest jakaś droga, żeby nie zabijając social mediów, nie tracić na nie aż tak wiele czasu. 

Jak ważne jest odpowiednie odsiewanie informacji, pokazała nam chociażby pandemia. Szukaliśmy rzetelnych, jasnych informacji, konkretów dotyczących statystyk zachorowań. Podobnie ma się sprawa Białorusi – szukamy w mediach społecznościowych nadawców sprawdzonych, rzetelnych treści o tym, co aktualnie dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Dokładnie. Przed wyborami nie obserwowałem dziennikarzy czy organizacji, które rzetelnie, na bieżąco, kontekstowo są w stanie opowiadać Białoruś. Na podstawie poleceń od osób, które szanuję, którym ufam medialnie, trafiłem na kilka kont. Wybieramy takie osoby, których nie musimy sprawdzić.

Mark Boyle, zanim rozpoczął życie bez technologii, był aktywistą, brał udział w protestach, bardzo interesował się ekologią. Gdy odciął się od sieci, odciął się także od wielu informacji na ten temat. Wiedział tyle, ile donieśli mu sąsiedzi. Czyli więcej na temat wydarzeń lokalnych niż tych globalnych. Niektórzy starzy znajomi zarzucali mu, że śledzenie globalnych spraw to też kwestia odpowiedzialności i że wybierając offline, zrzucił z siebie tę odpowiedzialność.

Nie wiem, czy da się to pogodzić, bo rzeczywiście aktywiści czy choćby początkujący dziennikarze używają technologii do nadawania swoich przekazów w sekundę. Dziś aktywiści nie muszą, jak kiedyś, liczyć na zainteresowanie mediów protestem na bloku elektrowni albo jakimś statku, który łowi wieloryby. Mogą zżymać się na Facebooka, Twittera itd., ale z drugiej strony używają ich, bo tam mogą za darmo powiedzieć: zobaczcie, co robimy!

Wczoraj rozmawiałem o tym z Tomkiem Sekielskim. Jeśli możesz zrobić coś niezależnie, to to zrobisz. Ale jak sprawić, żeby ktoś wiedział, że to zrobiłeś? Jak sprawić, żeby ktoś znalazł ten twój artykuł w sieci? Co jeśli nie jesteś dużym medium, które stać na to, żeby wyskakiwać w pierwszych wynikach wyszukiwania? Musisz być w tych miejscach, które pozwalają ci, niczym witryna sklepowa, zawiesić wiadomość. Można zawiesić sobie coś na YouTubie i czekać, aż ktoś zobaczy, ale to za mało. Trzeba się pokazać, wyjść do ludzi i powiedzieć: „Mam to”!

Słyszałem, że w niektórych dużych redakcjach za granicą i w Polsce dziennikarze dostają kody do własnych newsów, specjalnie zalinkowane i z nimi idą do swojej społeczności. Później są rozliczani z tego, jak wiele osób udało się skłonić do przeczytania tekstu, nagradzani są za to, że sprzedał on więcej prenumerat.

Żeby było jasne: nie zżymam się na ten świat i takie rozwiązania. Wydają mi się one nawet uczciwe. Wiemy, kto ma jak dużą społeczność, kto ile czasu i energii poświęcił, by jego praca została przeczytana, doceniona, obejrzana. Zdaję sobie sprawę, że czasem to bywa algorytmicznie trudne, że systemy mediów społecznościowych nie wszystkich traktują równo. Ale innego wyjścia nie ma. 

I cóż z tego, że ktoś mi powie, że nie ma Facebooka? Super. Też go nie mam po to, by non stop opowiadać o tym, jak mi kwiatki rosną na balkonie. Tylko po to, by podzielić się moją pracą z osobami, które potencjalnie albo ją zobaczą, kupią, przeczytają. Podchodzę do tego zupełnie zawodowo. Uczciwość w relacji z tymi, którzy mają to odebrać, pozwala nam i krytykować narzędzia, i zarazem z nich korzystać. Bo zakładam, że krytykujemy je tylko wtedy, kiedy im się ta krytyka należy.

Wspomniałeś też o Tomku Sekielskim. Gdyby nie obywatelskie finansowanie i rozgłos, który uzyskał w mediach społecznościowych, nie powstałyby dwa ważne filmy...

Dokładnie tak! To jest ten moment, kiedy Tomek mówi: „Zaczynam zbierać, jeśli chcecie mnie wesprzeć, to dajcie też sygnał innym”. Mógłby oczywiście kupić billboardy i rozwiesić je na mieście, kupić reklamę w radiu czy gdziekolwiek, ale ma inną możliwość. Ma szansę wytłumaczyć, pokazać, nagrać krótkie wideo. A jednocześnie, i o tym rozmawialiśmy, nie da się udawać, trzeba być w tym przekazie bardzo prawdziwym. To odziera z sytuacji, które w innych mediach można przypudrować, pięknie pokazać, inaczej skadrować. I to jest cenną przewagą.

Myślisz, że finansowanie społecznościowe to przyszłość dziennikarstwa?

Nie wiem, czy przyszłość dziennikarstwa, ale na pewno dużo wnosząca zmiana. Daje równocześnie niezależność, ale i pewną zależność. Trzeba sobie tę relację ustawić. Chcę przygotować niezależny film o pedofilii w Kościele, potrzebuję 350 000 zł. Ludzie zaczynają wpłacać. Oni są sponsorami tego filmu: jak nie będą usatysfakcjonowani, mogą nie dać mi na kolejny. Jest to w gruncie rzeczy podobny rodzaj zależności do tej, która funkcjonuje w tradycyjnych mediach. Są reklamodawcy, są właściciele... Tylko uczciwa, szczera relacja z tymi, którzy są patronami, może sprawić, że powstanie więcej materiałów z wydarzeń robionych przez ludzi, których nie byłoby na to stać. 

To, że można coś zrobić niezależnie, jest super, ale żeby to było regularne i coraz lepsze jakościowo, potrzebujemy pieniędzy. Jeśli idziemy z takim przekazem do społeczności, to ta społeczność musi dostać coś w zamian. Spotkanie, dodatkowy newsletter, jakiś rodzaj bonusu, który sprawi, że będzie nam wierna, że będzie z nami dłużej. Dzięki czemu będziemy mogli zrobić jeszcze więcej wartościowych rzeczy. System naczyń połączonych. Bardzo fascynujący.

W książce pada pytanie o to, jakie umiejętności będą najważniejsze w przyszłości. Autor przytacza wizje amerykańskich futurologów, którzy twierdzą, że najważniejsza będzie robotyka. Klimatolodzy z kolei twierdzą, że ważniejsze będą stare zapomniane umiejętności radzenia sobie bez technologii. Co według ciebie będzie najważniejsze?

Myślę, że najważniejszy będzie miks różnych umiejętności. Czas COVID-owy pokazał nam, że potrzebujemy umiejętności miękkich, których maszyny nie posiadają. Mogą być nawet inteligentniejsze od nas i wygrywać z nami w szachy, ale jednak wciąż nie potrafią odczytać emocji. 

Spójrz na te smutne sceny we Włoszech, kiedy ludzie żegnali się ze swoimi bliskimi, którzy trafiali do szpitali w trudnym stanie i umierali... Można się wkurzać na technologię, ale telefon czy FaceTime był ostatnim narzędziem, które pozwalało się pożegnać przed śmiercią z kimś bliskim. Szeroko rozumiana umiejętność komunikacji będzie tym, co nam się bardzo przyda. A do tego technologie są idealnie zaprojektowane. Są one czasem jedyną szansą, żeby poprosili o pomoc, gdy mamy kryzys w tej naszej jaskini. 

Pandemia i ostatnie lata pokazały nam jednak także, że równie ważną umiejętnością, jak wejście do tego świata nowoczesnych technologii, jest także to, byśmy potrafili z niego samodzielnie i świadomie wyjść. I wracać tylko wtedy, kiedy będzie nam to potrzebne.

* Jarosław Kuźniar, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy telewizyjnych. Dwukrotny laureat nagrody Wiktory, laureat Telekamery w 2015 roku i nagrody MediaTory. Karierę zaczął od lokalnego Radia Sudety i Telewizji Sudety. Potem pracował dla Radia Zet i Programu III Polskiego Radia. Przez 12 lat pracował w TVN24, gdzie był gospodarzem Poranka TVN24 i prowadził cykl „Rozmowa bardzo polityczna”. Na antenie TVN był prowadzącym X Factora i porannego pasma Dzień Dobry TVN. W 2015 roku przeszedł do redakcji Onetu, gdzie prowadził program Onet Rano. W czerwcu tego roku ogłosił, że kończy współpracę z Onetem i uruchomia autorską platformę audio-video Voice House. W 2011 otworzył biuro podróży GoForWorld, oferujące wycieczki w małych grupach.



Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst