Przerażająco niska emerytura? Ja się nie boję, bo wiem, że i tak będę bogatszy niż obecni emeryci

Jednym z kluczowych argumentów za tym, że nasze życie na emeryturze będzie pożałowania godne i wszyscy staniemy się superbiedni, jest ten o spadającej stopie zastąpienia. Pokazuje ona relację pomiędzy poziomem naszej emerytury a poziomem wynagrodzeń przed emeryturą. Dziś wynosi ona średnio (kiedy porównany przeciętną płacę w gospodarce i przeciętną emeryturę) ponad 50 proc., ale od dawna wiadomo, że ma ona systematycznie spadać.

Główny ekonomista ZUS i były minister finansów dr Paweł Wojciechowski napisał ostatnio w komentarzu, że do 2080 roku stopa zastąpienia spadnie do 23,1 proc. i będzie ponad dwa razy niższa niż dzisiaj. Brzmi to fatalnie i oznacza, że koniec naszej aktywności zawodowej będzie bolesny w kontekście osiąganych dochodów.

Ale dr Wojciechowski napisał w tym samym tekście coś jeszcze ciekawszego.

„Obniżenie stóp zastąpienia nie oznacza jednak obniżenia kwotowej rzeczywistej wartości świadczenia. W roku 2080 prognozowana średnia emerytura w ujęciu jej siły nabywczej, czyli zdyskontowana inflacją na obecny moment byłaby dwukrotnie wyższa niż wysokość średniej emerytury obecnie”

– wyliczył.

A zatem, owszem, w przyszłości emerytury w stosunku do średnich zarobków w kraju będą wyglądać znacznie gorzej niż obecnie, ale i tak będziemy bogatsi niż dzisiejsi emeryci, bo będziemy mogli sobie więcej kupić za to, co dostaniemy na starość od państwa.

Bo siła nabywcza emerytur będzie większa.

Jak to możliwe? To kwestia zwykłej matematyki i oczywiście odpowiednich założeń. Aby nasza przyszła emerytura miała większą siłę nabywczą niż emerytury dzisiejsze, generalnie poziom emerytur powinien rosnąć realnie, czyli szybciej niż inflacja. Z tego wynika, że przyszła emerytura musi być większa niż obecna emerytura razy wskaźnik inflacji. Wtedy jest spełniony warunek, dzięki któremu siła nabywcza emerytury rośnie.

Z drugiej strony mamy wzór na waloryzację tego, co mamy zapisane na koncie w ZUS. Wiadomo, że krytycy ten zapis bagatelizują, twierdząc (zgodnie z prawdą), że nie ma tam żadnych namacalnych aktywów. Jednak zapis ten to także ważne zobowiązanie państwa. To jak urośnie przełoży się potem na wysokość naszej emerytury.

Państwo raz w roku waloryzuje to, co mamy zapisane na koncie według tempa, w jakim rośnie tak zwany przypis składki. Chodzi o wzrost wartości wszystkich składek do ZUS wpłaconych w danym roku. To ile tych składek jest, zależy od dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, jak rosną płace (bo wysokość składki najczęściej zależy od poziomu wynagrodzenia brutto). Po drugie, od tego, jak dużo ludzi płaci składki. Wzrost płac z kolei możemy rozbić na dwie składowe: wzrost płac realnych i inflację.

Jak już wspomniałem, aby siła nabywcza emerytur rosła, muszą one rosnąć co najmniej o inflację, czyli to, co we wzorze na waloryzację jest obok inflacji musi być większe od zera. Te rzeczy obok inflacji to wzrost płac realnych i zmiana liczby osób, które płacą składki. Jeśli obydwie wartości rosną, to super (tak jest dzisiaj), ale prognozy zakładają, że liczba płacących składki będzie maleć. Aby więc siła nabywcza emerytur rosła, płace realne w gospodarce powinny rosnąć na tyle szybko, aby równoważyć malejącą liczbę osób płacących składki.

Stopa zastąpienia w dół, realna emerytura w górę

Wyobraźmy sobie sytuację, w której mamy 2 proc, inflacji rocznie. Płace rosną o 3 proc. rocznie (czyli realnie o 1 proc. – to dość umiarkowane założenie moim zdaniem). Jednocześnie załóżmy, że liczba osób płacących składki maleje co roku o pół procent. W takiej sytuacji zapisy na kontach w tak zwanym pierwszym filarze będą co roku waloryzowane o 2,5 procent, bo o tyle zwiększy się przypis składki. Kiedy wartość początkową powiększymy o 3 procent i pomniejszymy o pół, to tak jakbyśmy ją powiększali o 2,5 procent.

Bizblog.pl poleca tego autora:

W takiej sytuacji mamy zapewniony wzrost siły nabywczej emerytur. Ale jednocześnie w tej samej sytuacji stopa zastąpienia będzie spadać. Bo waloryzacja to tylko 2,5 procent, a płace rosną przecież o 3 procent. Płace rosną więc szybciej niż emerytury. W rzeczywistości wyliczenia są bardziej zagmatwane, bo zapisy na koncie w ZUS w przypadku ludzi wciąż pracujących powiększają się nie tylko dzięki waloryzacji, ale także dzięki temu, że co miesiąc taki pracujący płaci do ZUS kolejne składki. Jest też kwestia rocznego limitu składek w postaci słynnej 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, która też nieco nam zniekształca ten uproszczony model. Te wątki pominąłem, żeby lepiej było widać to, że stopa zastąpienia może spadać, ale jednocześnie realna wartość emerytur może rosnąć.

A kiedy zostaniemy emerytami, bardziej będzie nas interesować, ile możemy kupić za nasze świadczenie, a więc siła nabywcza emerytury, a mniej stopa zastąpienia, która jest tylko makroekonomicznym wskaźnikiem. Ważnym dla całego systemu emerytalnego, ale raczej bez znaczenia dla konkretnego emeryta.

A co jeśli płaca realna spada?

Oczywiście istnieje też teoretyczna możliwość taka, że płace nominalnie rosną wolniej niż inflacja, czyli realnie spadają. Ale takie rzeczy zdarzają się rzadko i zwykle nie trwają długo. Albo że płace rosną szybciej, ale nie tak szybko, aby zrównoważyć ubytek ludzi płacących składki. Ale to naprawdę niezwykle trudno sobie wyobrazić. Według prognoz ZUS kryzys demograficzny w takiej skali nam nie grozi.

Swoją drogą ZUS podał niedawno, że w tym roku po trzech kwartałach przypis składki urósł o 9 procent. Jeśli tak zostanie do końca roku, to w 2020 zapisy w pierwszym filarze zostaną już trzeci rok z rzędu zwaloryzowane o ponad 8 procent. To dzięki temu, że mamy ostatnio wyraźny wzrost płac realnych – mniej więcej o 4-6 procent, a do tego wzrost liczby osób płacących składki (w dużej mierze dzięki napływowi imigrantów z Ukrainy). Za jakiś czas te dane zapewne się popsują, ale raczej nie na tyle, aby całkowicie zahamować wzrost siły nabywczej naszych przyszłych emerytur. Dlatego z obawami dotyczącymi spadającej stopy zastąpienia nie ma sensu przesadzać.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik „Dziennika Gazety Prawnej” i Tok FM.