Czekając na apokalipsę. Wyjątkowo upalny czerwiec to była zaledwie przygrywka

Mamy do czynienia z coraz wyższą temperaturą, z coraz większą liczbą dni upalnych i z coraz większą liczbą fal upałów, czyli skwarnych dni następujących po sobie – wylicza w rozmowie z Bizblog.pl Lech Motyka, dyrektor Planetarium Śląskiego im. Mikołaja Kopernika w Chorzowie.

Fot. Sandeep Chayapathi/Flickr.com/CC BY 2.0

Lesz Motyka, dyrektor Planetarium Śląskiego
im. Mikołaja Kopernika w Chorzowie.

Michał Tabaka, Bizblog.pl: Jak długo jest pan związany z Planetarium Śląskim i tutejszą stacją meteorologiczną?

Lech Motyka, dyrektor Planetarium Śląskiego im. Mikołaja Kopernika w Chorzowie: Zacząłem pracę w Planetarium Śląskim 1 lipca 1982 r., czyli to już ponad 37 lat. Od 1986 r. byłem kierownikiem stacji meteorologicznej, a od 2002 r. jestem dyrektorem Planetarium Śląskiego.

Zobacz także

Pamięta pan tak ciepły czerwiec jak w tym roku?

Pal licho, że nie pamiętam. Mam przed sobą wydruki od roku 1962. I nie ma na przestrzeni tych wszystkich lat nawet jednego czerwca, który wartością średniej temperatury byłby nawet zbliżony do tegorocznego. Najcieplejsze czerwce to rok 1992 r., kiedy średnia temperatura wyniosła 18,6 stopnia Celsjusza i jeszcze czerwiec 2007 – 18,5 st. C. Tymczasem średnia temperatura czerwca z tego roku wyniosła aż 22 st. C. i była wyższa od najwyższej do tej pory średniej o 3,4 st. C.

Czy to pozwala wysnuć wniosek, że w takim razie czeka nas ekstremalnie ciepły lipiec i sierpień?

O prognozie długoterminowej powtarzam zawsze moim uczniom, że ciągle jest to jakaś forma wróżbiarstwa. I to mimo gigantycznej mocy obliczeniowej, jaką mamy do dyspozycji, ICMM, czyli Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego posiada superszybkie komputery, gdzie miliardy danych przetwarzane są w ciągu sekundy. Atmosfera jednak jest na tyle rzeczą skomplikowaną, że przewidywanie pogody o sprawdzalności ok. 90 proc. to maksymalnie w dalszym ciągu góra cztery dni.

Ale jednak będę się upierał, że liczba dni upalnych rośnie, co może sugerować, że w wakacje znowu temperatura w słońcu będzie wskazywać wartości zaczynające się od cyfry 4…

Co do tego, że dni upalnych, czyli takich, kiedy temperatura maksymalna jest równa lub przekracza 30 st. C., jest coraz więcej — nie ma cienia wątpliwości. W minionym czerwcu takich dni odnotowano aż 6. Z czego 3 po kolei: od 25 do 27 czerwca. Najbardziej upalny był 30 czerwca, kiedy temperatura maksymalna mierzona w cieniu klatki meteorologicznej, umieszczonej 2 m nad powierzchnią gruntu, gdzie nie docierają promienie słoneczne, wyniosła 33,8 st. C. Naprawdę nie przypominam sobie tak upalnego czerwca.

A zatem na własnej skórze odczuł pan rosnącą temperaturę w kolejnych latach?

Bezsprzecznie. Doskonale pamiętam lata, kiedy w ciągu całego roku nie było ani jednego dnia upalnego, czyli takiego, kiedy temperatura jest równa 30 st. C lub wyższa. Ale dla meteorologów i badaczy klimatów zdecydowanie ważniejsza jest średnia temperatura. Liczona przez trzy pomiary dziennie.

Dochodzi jeszcze pomiar z termografu. Wszystko sumujemy i wychodzi nam średnia dobowa. Z kolei po ich zsumowaniu i podzieleniu przez liczbę dni w danym miesiącu uzyskamy poszukiwaną wartość. Ta zaś pokazuje jednoznacznie: takiego czerwca jak w tym roku jeszcze po prostu nie było. Kiedyś nawet lipiec i sierpień — dla Polaków najcieplejsze miesiące w roku — nie miały takich wartości. W lipcu średnia temperatura była powyżej 21 st. C w 1994 r., w 2006 r. i w 2010 r.

Jak to ma się do średnich temperatur rocznych? Musi też wpływać przecież na te wartości.

Jak najbardziej. W przypadku średnich temperatur rocznych to wśród najcieplejszych ośmiu lat z temperaturą średnio-roczną powyżej 9 st. C najcieplejszy był 2008 r. Z kolei najzimniejszy był 1980, kiedy średnia roczna temperatura wyniosła ledwo 6,7 st. C. Tak czy inaczej osiem najcieplejszych lat odnotowano w ciągu ostatniej piętnastolatki. To też o czymś świadczy.

Na logikę w następnych latach będzie tylko cieplej, takich jak tegorocznych czerwców będzie tylko więcej, tak?

Statystyka tutaj nie pozostawia cienia wątpliwości. Mamy do czynienia z coraz wyższą temperaturą, z coraz większą liczbą dni upalnych, z coraz większą liczbą fal upałów, czyli dni upalnych następujących po sobie. Coraz częściej będziemy mieli do czynienia chociażby z takim latem, jakie było w 1992 r.

Pamiętam je dobrze, bo nawet na ten temat artykuł pisałem. W sierpniu spadło wtedy ledwie 0,3 litra opadów na metr kwadratowy. To też przyczyniło się do największej liczby pożarów lasów. W okolicach Kuźni Raciborskiej, spłonęło przeszło 10 tysięcy hektarów lasów. To była jedna z większych tragedii. Pamiętam, że wychodząc na balkon w Chorzowie, widziałem snujący się dym.

W tym roku może być podobnie upalnie i sucho.

Dla meteorologa lato trwa od czerwca do sierpnia. Tak patrząc, boję się, że tegoroczne lato nie tylko może przebić tamto, ale pozostawić je daleko w tyle. Przecież już za sprawą czerwca mamy naddatek temperatury w okolicach 3,4 st. C.

Ostatnie lata pokazują za to, że zimy już nie są takie srogie. Dla mnie najlepszym dowodem na to jest to, że mój 8-letni syn tak naprawdę w życiu dwa razy bawił się na śniegu.

Ostatnią mroźną zimę odnotowaliśmy na przełomie 2005 i 2006 roku. Wtedy byliśmy bardzo długo pod wpływem potężnego wyżu syberyjskiego, który nie dopuszczał do nas łagodniejszych, polarno-morskich mas powietrza znad Oceanu Atlantyckiego. W efekcie słupek rtęci spadł u nas poniżej -20 st. C. I to już zaczęło się w listopadzie i trwało do lutego.

Wielu przeciwników teorii globalnego ocieplenia tryumfowało wówczas. Ale spójrzmy na linię wzrostu wartości średniej temperatury od 1960 r., kiedy na przykład w Alpach Lodowiec Pasterze rozciągał się 2,5 kilometra dalej, niż możemy dzisiaj do niego podejść. Jak na dłoni widać, że ta krzywa ciągle idzie w górę.

To trochę jak z emisją dwutlenku węgla, w skali światowej zwłaszcza. Niby powinna być redukcja, ale z jej faktyczną realizacją bardzo różnie bywa. Prezydent USA, czołowego emitera CO2, uparcie zmiany klimatyczne wyśmiewa. Wszystko po to, by wypisać się z Porozumień Paryskich.

Pod względem emisji dwutlenku węgla uważam, że sama Unia Europejska nadaje sobie zbyt dużą presję w tym względzie. Tymczasem trzeba przede wszystkim spojrzeć na trzy kraje: Chiny, Indie i USA. Oni jakoś nie przedstawiają strategii z granicami czasowymi, a my w Europie sami trochę zaciskamy sobie pętle na szyi, skutkiem tego będziemy coraz więcej płacić za prąd.

Z tak zwanej brudnej energii nawet nie można całkowicie rezygnować. Przecież ta czysta musi mieć rezerwę w tej konwencjonalnej. I znowu dobrze podeprzeć się statystyką. Ta dotycząca emisji CO2 wyrażana jest w PPM, gdzie jedna jednostka oznacza liczbę gramów substancji w milionie gramów lub mililitrów roztworu. Mierzona w tym samym miejscu, na Hawajach, u podnóża jednego z wulkanów. Na przykład w 1960 r. stężenie dwutlenku węgla było na poziomie 318 PPM, a w 2010 r. już 386 PPM.

To nie tylko miliardy samochodów na świecie, ale też ruch lotniczy, który coraz bardziej zapycha nasze niebo. Liczba spalanego paliwa jest niewyobrażalna. Dynamiczna pogoda niestety sprzyja też pożarom, które uwalniają z drzew kolejne ilości CO2.

Trochę jak tragiczny system naczyń połączonych. Ale dynamicznie zmieniająca się aura pewnie będzie miała dla nas jeszcze niejedną niemiłą niespodziankę?

Zmieniający się klimat będzie miał wpływ na wszystko. I przed tym nie uciekniemy, choćbyśmy bardzo chcieli. Przyjrzyjmy się sezonowi huraganów w Stanach Zjednoczonych, który kiedyś zaczynał się w październiku. Teraz trwa praktycznie przez cały rok. Kiedyś też stany leżące bardziej na północy raczej nie musiały się martwić huraganami. Dzisiaj te dotarły już do Nowego Jorku.

Podobnie, jak pewnie jeszcze z 15 lat temu termin „trąba powietrzna” raczej rzadko albo w ogóle nie był kojarzony z Polską. Dzisiaj jak usłyszymy o czymś takim podczas prognozy pogody, nawet się nie zdziwimy.

Pierwszy raz chyba wszyscy oczy ze zdumienia otworzyliśmy z tego powodu 15 sierpnia 2008 r., kiedy przez województwo śląskie przeszła seria trąb powietrznych i tornad. Do dziś widzimy w okolicach Lublińca i miejscowości Piłka połacie położonych drzew. Takim bodaj najbardziej namacalnym dowodem na siłę natury było wtedy przewrócenie autobusu, którym podróżowali członkowie Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”.

Nie sposób w tym kontekście nie wspomnieć o ostatniej tragedii w Borach Tucholskich. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze coraz częstsze powodzie. Patrząc na skalę zniszczeń, myślę, że warto podjąć temat coraz większego zabrukowania przestrzeni. Kiedyś jadąc przez wioskę, widziało się trawę, jak ktoś miał położonych parę kamyków przed domem — to było wszystko. Teraz bruk zdecydowanie pomaga wodzie dostać się do głównego cieku wodnego i groźba powodzi staje się coraz bardziej realna. Przykład Lublina, gdzie spadło 40 mm opadów. To ogromna masa wody. 40 litrów na metr kwadratowy, czyli 40 mln litrów na każdy kilometr kwadratowy. I miasto zostało po prostu zatopione.

Czyli na najbliższe 15-20 lat mamy szykować się jak na wojnę? Co nas czeka?

Z pewnością spore prawdopodobieństwo podniesienia się średniej temperatury rocznej. Więcej susz i pogodowych zjawisk ekstremalnych jak nawałnice, czy trąby powietrzne. Musimy się do tego zacząć przyzwyczajać. Powoli zmienia się fauna i flora. Już słyszymy, że u naszych granic jest komar tygrysi. Będziemy musieli się z tym wszystkimi skutkami zmierzyć. Tak jak z tym, że zimy już nie będą takie, jak jeszcze pamiętam, kiedy na sankach zjeżdżałem z Góry Hugona.

Musimy zrozumieć, że nas ogrzewa prąd morski z Zatoki Meksykańskiej. Dlatego na przykład nigdy nie zamarza port z Murmańsku. Tak jak Norwegia i Półwysep Labrador leżą na podobnej szerokości geograficznej, ale ten drugi okala zimny prąd labradorski, dlatego tam temperatura będzie nawet o 5 stopni niższa niż w Oslo. Ale prąd płynący do nas z Zatoki Meksykańskiej jest prądem temperaturowym. I jeżeli temperatura wód oceanicznych będzie wrastała, a najbardziej wzrasta w wysokich szerokościach geograficznych, czyli w Arktyce — to wtedy siła przepływu związana z różnicą temperatur maleje. A skoro maleje, to ten prąd nie będzie już dostarczał tej ilości ciepła co wcześniej; wtedy jak różnica między temperaturami w Zatoce Meksykańskiej a na Morzu Norweskim była zdecydowanie wyższa. Warto spojrzeć na zmiany klimatyczne szerzej.

Ocieplenie klimatu może też oznaczać dla Europy okresowy chłód, szczególnie biorąc pod uwagę miesiące zimowe.

Od pewnego momentu zaczynam się zastanawiać, czy uda nam się tę rozmowę jednak optymistycznie zakończyć.

Chciałbym być optymistą. Tak samo, jak żeby ludzie dostrzegli ten problem. Myślę, że w Europie akurat jesteśmy pod względem zmian klimatycznych uświadomieni. Ale sporo jeszcze malkontentów dyskredytujących rolę gazów cieplarnianych. A przecież para wodna, metan, ale też dwutlenek węgla tworzą na całej Ziemi efekt szklarni. Na zewnątrz jest 20 st. C, a w środku 40. Bo szyby przepuszczają promieniowanie krótkie, ale te odbite od ziemi — długie, pozostaje wewnątrz.