Zarobki w górnictwie są za wysokie i kropka. 11000 zł brutto jest tak samo demoralizujące jak 19000 zł

Pierwszy materiał o wynagrodzeniach górników wywołując burzę w internecie i gorącą dyskusję. Taki był jego cel. Chcemy zwrócić uwagę Polaków na to, że w tym urzędniczo-politycznym galimatiasie wszystko stanęło na głowie i należy coś z tym zrobić. Nie chodzi nam o szczucie Polaków na górników, ale o uświadomienie politykom, że czas wziąć odpowiedzialność za to, co dzieje się w polskich kopalniach.

Zdania nie zmieniliśmy – nadal uważamy, że to nienormalna sytuacja, że miliardy złotych idą na trzynastki, czternastki, nagrody, premie i dodatki, choć działalność spółek węglowych jest deficytowa i przynosi ogromne straty nie tylko przedsiębiorstwom, ale też regionowi i całej gospodarce. Szczytem absurdu i hipokryzji są demoralizujące w tej sytuacji ostatnie zapisy o indeksacji płac w górnictwie o wskaźnik inflacji…

Przypomnijmy, wszystko zaczęło się od tego, że przytoczyliśmy dane GUS o zarobkach w polskim górnictwie. Zdaniem państwowych statystyków wyniosły one w lutym średnio 11,1 tys. zł brutto. Taki poziom wynagrodzenia gwarantują wypłacane również w lutym 14. pensje. Z kolei w grudniu 2020 r. górnicze pensje pompuje kasa z Dnia Górnika. Dlatego – jak wskazuje GUS – w ostatnim miesiącu roku średnie uposażenie brutto w sektorze wyniosło 18,8 tys. zł. Dlaczego więc część górników, czytając o średnich zarobkach kopalniach na poziomie 19 tys. zł brutto, przeciera oczy ze zdumienia.

Bizblog.pl poleca

Zarobki górników zależą od wielu zmiennych

Na wysokości górniczej pensji wpływ mają staż pracy, wykształcenie, a także wielkość zakładu pracy. Dla tych, którzy przepracowali co najmniej 15 lat – przygotowana jest nie lada gratka, czyli dopłata do wynagrodzenia w wysokości 60 proc. pensji. Dodatkowo każdy górnik ma też prawo raz w roku otrzymać tzw. deputat węglowy o wartości ośmiu ton węgla. Można przy tej okazji skorzystać z wypłacenia ekwiwalentu pieniężnego.

Teraz uwaga: na tego typu bonusy do pensji mogą liczyć wyłącznie górnicy zatrudnieni przez kopalnię. Ci, którzy skorzystali z pośrednictwa agencji pracy, takie atrakcje nie mogą liczyć.

Ekonomista Marek Zuber w rozmowie z nami zwraca uwagę na jeszcze jedno rozróżnienie. Otóż z sumy przeznaczonej na zarobki górników dobrze jest wydzielić to, co dostają członkowie zarządu i dozoru górniczego. Ich zdecydowanie wyższe wartości od reszty skutecznie bowiem deformują obraz. Na przykład z raportu zintegrowanego JSW z 2018 r. o systemie i kwotach wynagrodzeń zarządu i rady nadzorczej spółki wynika, że na pensje sześciu członków zarządu poszło w ciągu roku 3 mln 720 tys. zł.

Pułapka wysokich cen węgla, ale tylko na chwilę

Eksperci zwracają też uwagę na obecną prawie od zawsze presję płacową ze strony górników. Najczęściej zarządy spółek górniczych ulegają im, kiedy sprzyja koniunktura i cena węgla ma się całkiem dobrze. Wtedy szefostwo, w strachu przed otwartą konfrontacją, zazwyczaj uchwala podwyżki. Tyle że coraz częściej zdarza się tak, że po kolejnych latach ceny surowca lecą na łeb i szyję, ale pensje pracowników już nie. I tak powstaje dziura, która powiększa się z roku na rok i ciągnie na finansowe dno. Koniec końców powstały tak dług spłaci za ileś tam lat państwo, czyli podatnicy. I to właśnie jest gorszące, demoralizujące i chore.

To zdecydowanie chora sytuacja, z która zresztą mamy do czynienia od dłuższego czasu

– zwraca uwagę ekonomista Marek Zuber.

Dwa światy: zarobki górników i sytuacja finansowa kopalni

W ostatnich dwóch latach – przy stałych spadkach cen węgla – dysproporcje między zarobkami zatrudnionych w kopalniach a kondycją finansową węglowych spółek urosły bardzo wyraźnie. To tak jakby przy najnowszym lexusie postawić wycofanego już z produkcji małego fiata 126p. I wcale nie trzeba żadnego ekonomicznego wykształcenia, żeby te różnice wyraźnie zobaczyć. Najlepiej ku temu posłuży sytuacja w PGG, największej spółce węglowej w UE, która zatrudnia ok. 41 tys. ludzi. Ich pensje, co nieraz podkreślał prezes PGG Tomasz Rogala, to połowa kosztów spółki.

W lutym 2020 r. związkowcy z PGG z sukcesem zakończyli negocjacje i podpisali porozumienie, z którego wynikało, że od 1 stycznia tego samego roku będą zarabiać o 6 proc. więcej, co przekładało się na 350-400 zł brutto więcej do każdej pensji. Dla PGG w skali roku to wydatek dodatkowych ok. 270 mln zł. Potem nastała pandemia, zapotrzebowanie energetyczne poleciało na łeb i szyję, wstrzymano produkcję, a górnicy z PGG wywalczyli wypłatę 100 proc. postojowego. 

Wtedy też pierwszy raz zaczęło być głośno o pożyczce dla PGG z Polskiego Funduszu Rozwoju. Złożony w połowie 2020 r. wniosek opiewał na 1,75 mld zł. Szefostwo PFR jednak od początku uzależniało wypłatę tych pieniędzy od przedstawionego planu restrukturyzacji spółki. Do czasu podjęcia rozmów rządu z górnikami w sprawie umowy społecznej i podpisania 25 września porozumienia dotyczącego harmonogramu zamykania kopalni – nic takiego nie miało miejsca.

Państwo zapłaci, czyli pani, pan i ty też

Kolejnym elementem tej układanki jest wynik finansowy spółek górniczych. Cały sektor od stycznia do listopada 2020 r. miał stracić niecałe 4 mld zł, z czego 2 mld zł mają przypadać w udziale właśnie PGG. Potem, w lutym 2021 r., w PGG wypłacono 14. pensje, co pochłonęło w sumie ok. 300 mln zł. Równolegle nikt dalej nie pokazał ani skrawka planu naprawczego PGG, ale PFR w końcu rzucił groszem i pożyczył górniczej spółce 1 mld zł. 

W tle cały czas odbywały się bowiem trudne rozmowy rządu z górnikami w sprawie umowy społecznej. Górnicy nie chcieli zrezygnować z ustawowej indeksacji wynagrodzeń, czyli z góry założonego mechanizmu wyrównującego pensje względem inflacji. W rządzie na takie rozwiązanie bardzo nie chcieli przystać, bo wyliczyli, że przez nie koszty pracownicze urosną w ciągu roku o ok. 2,5 mld zł. 

A że negocjacje ciągnęły się niemiłosiernie i za chwile z tego pożyczonego PGG 1 mld zł nic mogło się nie ostać, w gabinecie premiera Mateusza Morawieckiego zdecydowali się ustąpić. Tym samym ustalono, że pensje górników urosną o 3,8 proc. w 2022 r., o 3,5 proc. w 2023 r., o 3,4 proc. w 2024 r. i o 3,3 proc. w 2025 r. Rząd jedynie wywalczył zapis, który wiąże mechanizm indeksacji ze zmniejszającym się co roku poziomem zatrudnienia w węglowych spółkach. 

Kto za to wszystko zapłaci? Jak zwykle państwo

– wskazuje Marek Zuber.

To może Bruksela zapłaci górnikom?

Teraz rząd z PGG zachowuje się jak gabinet Ewy Kopacz, gdy bankrutowała Kompania Węglowa. Znowu nikt nie potrafi wykazać się odwagą. Obecnie taktyka polega na tym, że będziemy prosić Komisję Europejską na zgodę na przyjęcie umowy społecznej. W jej ramach założono dotowanie z publicznych pieniędzy górniczego przemysłu w Polsce kwotą 2 mld zł rocznie. Przy gnających do przodu cenach emisji CO2 (barierę 50 euro właśnie złamano), i spadających wartościach węgla – to może okazać się najważniejszym źródłem, żeby przynajmniej górnicze pensje zaspokoić. Na jakiś czas. Tyle że oprócz przedstawicieli rządu i górniczych związkowców bardzo trudno znaleźć tych, którzy wierzą, że Bruksela – w dobie neutralności klimatycznej i Zielonego Ładu – na taki mechanizm wyrazi zgodę. A co jak KE jednak się nie zgodzi?

Wtedy z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że pieniędzy na wypłaty zatrudnionych w kopalniach może zabraknąć jeszcze w tym roku. Gdy wyjdą politycy i ogłoszą, że to wina Brukseli, przypomnijcie sobie ten tekst.