Warszawa pobiła rekord zapotrzebowania na energię. Stolica klimatem przypomina już Budapeszt

Pamiętacie, jak Jarosław Kaczyński obiecywał, że przyjdzie dzień, że w Warszawie będzie Budapeszt? Wychodzi na to, że właśnie to się dzieje. Jeszcze nie, jak marzy się prezesowi PiS, politycznie, a bardziej klimatycznie. Letnie zapotrzebowanie na moc elektryczną zaczyna przewyższać to najwyższe zimą.

Po latach globalnego pohukiwania, że tak naprawdę ten temat interesuje tylko masonów i lewaków, i może nawet przez nich samych jest wymyślony, teraz zmiany klimatyczne stają się powoli numerem jeden w światowej dyskusji. Przyczyna jest prozaiczna: po prostu zmiany klimatu odczuwalne są już na wszystkich szerokościach geograficznych. Udawanie, że nic się nie dzieje lub spychanie tej tematyki do worka spraw mało istotnych – nie ma już najmniejszego sensu. I byłoby przy okazji koronny dowodem na globalną głupotę.

Zwłaszcza, że klimat coraz lepiej rozgaszcza się wśród postulatów politycznych. I jest też już wyraźny feedback od strony wyborców. Pokazują to chociażby notowania partii politycznych w Niemczech, gdzie w ostatnich wyborach na Zielonych – będących na fali wznoszącej już od 2017 r., głosowało ponad 20 proc. wyborców. To właśnie ta frakcja była prawdziwym zwycięzcą w eurowyborach. Zresztą cały Parlament Europejski po ostatnich rozstrzygnięciach wyborczych nigdy jeszcze nie był taki zielony, jak teraz.

Zapotrzebowanie na moc większe latem niż zimą.

Czy nam się to podoba, czy nie skutki zmian klimatycznych koniec końców zawitały też nad Wisłę. Jak podaje serwis WysokieNapiecie.pl 13 czerwca br. zapotrzebowanie na moc elektryczną w Warszawie przekroczyło 1327 MW. Tym samym było wyższe niż najwyższe zapotrzebowanie zimą. Poprzedni rekord pochodził z lipca 2018 r. i był o 4 proc. gorszy. Pobić się go udało rzecz jasna dzięki tropikalnym temperaturom, które w czerwcu nawiedziły nasz kraj.

I dla Warszawy – podobnie jak dla innych, dużych miast w kraju – prognozy na przyszłość w tym względzie niestety nie są optymistyczne. Zaledwie dziesięć lat zajęło, by powierzchnia biurowa w stolicy Polski wzrosła dwukrotnie: do 5,5 mln m kw. Rośnie też powierzchnia stawianych sklepów. I nie bez znaczenia jest też fakt, że dzisiaj mielibyśmy jednak spory problem ze znalezieniem takiego, gdzie klimatyzacja nie pracuje pełną parą. Trudno więc się tak naprawdę dziwić, że zapotrzebowanie na moc rośnie z roku na rok.

Wzrosty temperatur idą w górę Europy.

50 lat zajęło Warszawie, by średnioroczna temperatura wzrosła o 2 st. C. Z 7,5 st. do 9,5 st. Tym samym stolica Polski ma już takie warunki, jakie przez lata panowały w Budapeszcie. Szkopuł w tym, że wzrost średniorocznej temperatury to żadna specjalność Polski, a jak już to całego świata. Stolica Węgier też nie potrafi ominąć globalnego ocieplenia – jednego z efektów zmian klimatycznych. W porównywalnym okresie tam średnioroczna temperatura wrosła z 10 do 12 st. C. 

Skoro Warszawa klimatycznie zamienia się w Budapeszt, stolicy Węgier ze swoimi temperaturami bliżej Atenom czy Salonikom, to jakie regiony i miasta pod względem temperatur zbliżają się do stolicy Polski? Okazuje się, że do warszawskich temperatur sprzed lat coraz bliżej Petersburgowi, gdzie średnioroczna temperatura wzrosła z 4,5 st. do 7.

Blackout z 2015 r. może wrócić ze zdwojoną siłą?

Byż może pod wpływem ciemności, jakie ostatnio nawiedziły Argentynę, Urugwaj, Brazylia, Chile i Paragwaj wielu z nas przypomniało sobie polski blackout – z 2015 r. Cztery lata temu, w sierpniu, przez ponad tydzień utrzymywały się temperatury wyraźnie powyżej 30 st. C. 

20. stopień zasilania zaczął obowiązywać 10 sierpnia. Wtedy, od godz. 10 do 17 Polskie Sieci Energetyczne mogły nakładać na odbiorców przemysłowych ograniczenia w dostarczaniu i poborze energii elektrycznej. Brano jak najbardziej poważnie pod uwagę rotacyjne wyłączanie energii. Pomogły nam połączenie transgraniczne ze Szwecją i import z Czech i Słowacji. 

Eksperci uspokajają, że teraz aż tak źle już nie jest. Chociaż temperatury znowu dają nam się mocno we znaki, to sytuacja energetyczna kraju znacznie się poprawiła. Głównie za sprawą jakiejś jednak dywersyfikacji i technologii. Ale wcale nie jest tak, że teraz energetycznie jesteśmy w pełni zabezpieczeni i możemy spokojnie spać nie bacząc na wysokość słupka rtęci. Zapotrzebowanie na moc, to ciągle obszar, w którym mamy sporo do poprawienia.

Problemem Polski jest wciąż dość jednorodna energetyka, oparta głównie o elektrownie węglowe. W dużej mierze są to bloki mocno wyeksploatowane. To z kolei potęguje ryzyko. Po pierwsze, zwiększa ich awaryjność. Po drugie, technologia ta wymaga dużej ilości wody do chłodzenia. Niższy poziom wód i wysokie temperatury mogą więc powodować ich niewydolność, czego byliśmy świadkiem przed paru laty – przekonuje w rozmowie z money.pl dr Robert Zajdler, ekspert energetyczny, adiunkt Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej.