Czas wprowadzić zakaz reklamowania mięsa. Bo szkodzi jak papierosy, alkohol i azbest

Europosłanka Sylwia Spurek znowu włożyła kij w mrowisko, pisząc, że należy zakazać reklamowania mięsa, bo jest szkodliwe. Rozwścieczyła tym nie tylko producentów, ale całą Polskę, wyjmując jedynie wegetarian. Niesłusznie, bo obrońcy mięsa mają klapki na oczach i widzą tylko czubek własnego nosa. Tak, to jest czas, by zacząć tę bitwę o zakaz reklamy.

I nie chodzi tu o argumenty podnoszące cierpienie zwierząt hodowlanych. Zostawmy je na boku, żeby nie wchodzić w emocjonalną dyskusję. Porozmawiajmy o racjonalnych argumentach.

Ale po kolei. Na tweety Spurek zareagował Związek Pracodawców i Producentów Trzody Chlewnej Polpig, twierdząc, że mięso jest istotnym elementem polskiego rolnictwa i nie można doprowadzić do szkodzenia temu sektorowi, bo to zaszkodzi rolnikom i gospodarce. To żaden argument, tytoń i chmiel też są istotnymi elementami polskiego rolnictwa i reklamować papierosów ani piwa nie można.

Bizblog.pl poleca

Prezes Polpig uważa, że pomysł europosłanki to „próba narzucenia wszystkim konsumentom wąskiego i ideologicznego punktu widzenia przez mało liczną grupę osób”. Tylko czy to rzeczywiście jest tylko ideologia?

To, że większość społeczeństwa je mięso, to efekt przyzwyczajenia i element kultury. To kotlet na talerzu jest ideologią.

Fakty są jednak takie, że:

Hodowla krów niszczy środowisko

Wielkopowierzchniowe hodowle produkują 5,3 gigatont gazów cieplarnianych, tyle, co USA – drugi po Chinach największy emitent. Krowy są tym trzecim. To bardzo poważny problem dla środowiska, czego nie powinniśmy dłużej bagatelizować.

80 proc. pól uprawnych służy jako pastwiska, tymczasem mięso przyczynia się do produkcji jedynie 18 proc. wszystkich wytworzonych kalorii. To nieefektywne z punktu widzenia wykarmienia wszystkich ludzi na świecie, których liczba nieustanie rośnie i w 2050 roku ma sięgnąć 10 miliardów.

Do ich wykarmienia będzie potrzeba 60 proc. więcej pokarmu niż dotychczas, nie będzie się dało tego zrobić bez ograniczenia hodowli zwierząt. Obiektywnie rzecz biorąc, w interesie wszystkich powinno się nakłaniać ludzi do zmniejszenia spożycia mięsa zamiast je reklamować.

Mięso marnuje wodę, grozi nam kryzys wodny (również w Polsce)

Ok. 70 proc. słodkiej wody wykorzystuje się na świecie właśnie do hodowli zwierząt, tymczasem wody tej brakuje w wielu rejonach świata i będzie brakować coraz bardziej, nie tylko na drugim końcu świata, ale również w Polsce, jesteśmy bowiem w grupie państw, którym grozi deficyt wody pitnej.

Szacuje się, że do 2050 roku zapotrzebowanie na wodę wzrośnie o ponad 50 proc., a ponad 40 proc. ludzi na świecie może odczuć jej niedobór.

Dwa lata temu Światowe Forum Ekonomicznego przestrzegało, że najbardziej prawdopodobnym kryzysem, z którym będziemy się borykać za 10–15 lat, będzie właśnie niedobór czystej wody, który spowoduje problemy z produkcją żywności.

Jedzenie wędlin powoduje raka

Już kilka lat temu Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że jedzenie mięsa powoduje raka, a mówiąc ściśle: zwiększa ryzyko raka jelita grubego, trzustki i prostaty.

Zdaniem WHO, do rozwoju nowotworów prawdopodobnie przyczyniają się jedzenie czerwonego mięsa, a już nie prawdopodobnie, a na pewno – jedzenie mięsa przetworzonego, a więc wędlin i parówek. Tym samym wędliny wylądowały na liście ponad stu czynników rakotwórczych dla ludzi, obok alkoholu etylowego. Według WHO są tak samo szkodliwe jak papierosy i azbest.  Dlaczego więc ze względów zdrowotnych władza pozwala dziś reklamować parówki, a papierosów nie? Absurd!

Reklamować należy mięso, ale to z probówki

Przypomnijmy, o czym jest ta dyskusja. Nie chodzi o to, żeby zakazać sprzedaży mięsa czy wędlin, ale nie pozwalać na jego reklamowanie. I nie chodzi o to, żeby cala ludzkość nagle przestała jeść mięso, ale żeby jedynie ograniczać jego spożycie. Ograniczenie jedzenia mięsa do ok. 200 g tygodniowo znacząco obniża ryzyko chorób serca i nowotworów. To z kolei z punktu widzenia ochrony zdrowia ogranicza koszty leczenia, rządowi powinno na tym zależeć.

To jest zresztą tendencja widoczna już i na świecie i w Polsce. Według danych GUS wynika, że w 2019 roku spożycie mięsa w przeliczeniu na mieszkańca wyniosło 61 kg. Jeszcze w 2018 roku wyniosło 80,2 kg. A pandemia jeszcze wzmocniła tę tendencję.

Odwrót od mięsa widzą już też niektórzy jego producenci, którzy przestali traktować wegetarian jak niewielką grupkę dziwaków i coraz częściej sami zabierają się za produkcję alternatywnych roślinnych zamienników.

Przyszłością jest też mięsa z laboratorium, które nie jest tak inwazyjne dla środowiska. Niedawno Bill Gates i Jeff Bezos zainwestowali miliony dolarów w firmę Memphis Meat, która zajmuje się właśnie hodowaniem mięsa w laboratorium. I z dzisiejszej perspektywy mięso z probówki pod strzechami nie jest już science fiction. Jeszcze zaledwie w 2013 roku pierwszy hamburger z takiego mięsa zaserwowany w Holandii kosztował 330 tys. dolarów. Do dziś, zaledwie w kilka lat ceny sztucznego mięsa spadły 1000-krotnie, a burgera z mięsa z probówki można zjeść w zwykłej burgerowni choćby w Warszawie.

Strażnicy tradycyjnego steka powinni w końcu zrozumieć, że świat się zmienia. I jeśli chcą szkodzić sobie i środowisku, droga wolna, ale skoro szynka czy parówki są tak samo szkodliwe jak papierosy czy azbest, jak twierdzi WHO, skandalem jest, że rząd pozwala tę truciznę reklamować.