Rząd nie wprowadzi katastru. Nie musi dzięki podatkowi, w który nas wszystkich wrobił

Inflacja w Polsce wzrosła o 3,6 proc. i była w styczniu najwyższa w całej Unii Europejskiej. A co wspólnego wzrost cen ma z podatkami? Otóż ma i to bardzo dużo i jeszcze ciekawiej wygląda to w kontekście podatku katastralnego, o którym ostatnio zrobiło się tyle szumu.

We wtorek Eurostat podał dane o wzroście cen (zharmonizowany wskaźnik cen konsumpcyjnych, HICP). W Polsce w styczniu zwiększyły się zdaniem unijnych statystyków o 3,6 proc., najwięcej w całej Unii Europejskiej. Na kolejnych miejscach znalazły się Węgry i Czechy, gdzie inflacja zwiększyła się odpowiednio o 2,9 proc. oraz 2 proc.

W porównaniu z grudniem 2020 r. ceny obniżyły się w trzech krajach, a zwiększyły w 18. Dlatego też w całej UE inflacja urosła do 1,2 proc., choć miesiąc wcześniej wynosiła zaledwie 0,3 proc. Ceny spadły w Grecji o -2,4 proc., Słowenii o -0,9 proc. i na Cyprze o -0,8 proc.

Polska mistrzem Europy w inflacji

Styczniowy wzrost cen to żaden wyczyn w wykonaniu Polski. W grudniu wskaźnik HICP w Polsce nieco był niższy i wynosił 3,4 proc., ale w listopadzie ceny zwiększył się o 3,7 proc. Przez ten cały czas Polska utrzymywała się na pozycji lidera w UE.

Wcześniej wcale nie było lepiej. Dokładnie rok temu zajmowaliśmy trzecie miejsce za Węgrami (4,7 proc.) i Rumunią (3,9 proc.). Awans z piątego dał nam największy skok cen w UE – z 3 do 3,8 proc.

Miesiąc później przeskoczyliśmy Rumunów i z wynikiem 4,1 proc. znaleźliśmy się tylko za Węgrami (4,4 proc.). W kwietniu po wzroście o 3,9 proc. zrównaliśmy się z nimi i aequo zajęliśmy pierwsze miejsce w UE. Miesiąc później doszlusowały do nas Czechy, które z inflacją na poziomie 3,3 proc. wskoczyły na pozycję lidera. Polska była druga (2,9 proc.), a Węgry trzecie (2,5 proc.).

Bizblog.pl poleca

Od maja 2020 r. do stycznia 2021 tylko dwa razy oddaliśmy pierwsze miejsce – w lipcu i w sierpniu, gdy lepsi okazali się Węgrzy. W tym czasie tylko raz, w grudniu 2020 r., HICP w Polsce spadł poniżej 3,5 proc. W całym 2020 r. według unijnej miary ceny wzrosły w naszym kraju o 3,7 proc., oczywiście najwięcej w UE.

GUS woli CPI

No dobrze, styczniowa inflacja HICP wzrosła w Polsce o 3,6, a wyliczany przez Główny Urząd Statystyczny wskaźnik CPI (ang. Consumer Price Index) o 2,7 proc. Skąd ta różnica?

Źródło: GUS

Dane do inflacji według Eurostatu uwzględniają wydatki z gospodarstw domowych oraz z rachunków narodowych. Nazwa tych drugich może być nieco myląca, bo chodzi o system wyliczania wskaźników ekonomicznych. W przypadku wzrostu cen unijni statystycy grzebią się jeszcze w tym, jak wyglądało spożycie różnych grup towarów dwa lata wstecz.

Podając co miesiąc dane o CPI, GUS skupia się na wzroście cen określonych grup towarów i usług. Dodatkowo unijny wskaźnik ma tę zaletę, że można sobie porównać, czy inflacja w naszym kraju rośnie szybciej, czy wolniej niż w innych krajach. A że chodzi o ceny, to interesuje to sporo ludzi, prawda?

Niezależny jak Narodowy Bank Polski?

Zwłaszcza ciekawie wyglądają wzrosty cen w zestawieniu z wypowiedziami polityków niechętnych wprowadzeniu w Polsce euro (żeby nie było, nie chodzi tylko o Zjednoczoną Prawicę). Jednym z najczęściej przytaczanych argumentów był w pewnym czasie ten o wzroście cen, do jakiego dochodzi po konwersji. To fakt, obserwowano go we wszystkich krajach, które zdecydowały się na euro, ale opowiadanie o tym było obliczone na wywołanie niechęci do wspólnej waluty.

Teraz, gdy ceny u nas rosną najszybciej w UE, stracił na skuteczności, więc częściej można usłyszeć inny, bardziej „merytoryczny” – o konieczności prowadzenia niezależnej polityki pieniężnej przez NBP. Efektem tej niezależnej polityki jest utrzymywanie najniższych stóp procentowych w historii, które realnie wylądowały na minusie, i napędzanie rządowi miliardów z konsumpcji podbitej podatkiem inflacyjnym.

Dlaczego niektórzy liberalni i nie tylko ekonomiści mówią, że inflacja to ukryty podatek? Bo nie trzeba go przegłosowywać w Sejmie, a gdy utrzymuje się na poziomie ok. 3 proc. jest bardzo korzystny dla rządzących. Umiarkowany wzrost cen kosztem nieco mniej realnie zarabiających obywateli daje wyższe wpływy do budżetu z tytułu podatków pośrednich, jak akcyza i VAT.

Na dodatek przy ujemnych stopach procentowych, które mamy obecnie, nie opłaca się trzymać pieniędzy w banku, więc Polacy chętniej wydają zarobioną kasę w sklepach, dodatkowo poszerzając strumień pieniędzy płynących do budżetu państwa.

A to wcale nie koniec „zalet”, bo przecież inflacja i niskie stopy to woda na młyn dla lubiącego zadłużać się państwa. Udział długu do PKB spada, więc można sobie pozwolić na emisję nowych papierów dłużnych albo na przykład skupować wyemitowane wcześniej po niższej cenie, co od pewnego czasu praktykuje nasz bank centralny. W niezbyt przejrzysty zresztą sposób.

A że podatku katastralnego ekipa Mariusza Morawieckiego boi się jak ognia i jak zapewniają nas CIR i Ministerstwo Finansów, nikt w rządzie nad jego wprowadzeniem nie pracuje, to szykujmy się, że inflacja zagości u nas na dłużej.