Brudna i śmierdząca plama na mapie świata. Tak, to właśnie nasza ojczyzna

Elektryczne samochody, panele słoneczne na dachach, zamykanie kopalń – doniesienia mediów o ograniczaniu emisji CO2 dają bardzo wyrywkowe spojrzenie na walkę z globalnym ociepleniem. Naukowcy postanowili przyjrzeć się temu bardziej kompleksowo. I nie mają dla nas dobrych wiadomości. Jesteśmy o włos od katastrofy, a nasz kraj walnie się do tego przyczynia.

Może pamiętacie, a może nie, ale zaprezentowany w ubiegłym roku raport IPCC pokazywał nam, że nowym punktem bezpieczeństwa jest 1,5 stopnia Celsjusza. Mniej więcej o tyle możemy zwiększyć globalne średnie temperatury od czasu rewolucji przemysłowej do końca obecnego stulecia, by klimat nie wymknął nam się spod kontroli. Wcześniej za limit uznawano podgrzanie planety o 2 stopnie.

Mam teraz dobrą i złą wiadomość. Ta druga brzmi: już udało nam się podnieść temperaturę o jeden stopień. Dobra jest natomiast taka, że zdaniem fachowców przy dużym wysiłku wciąż jesteśmy w stanie wyhamować przed punktem bezpieczeństwa i sprawić, że globalne ocieplenie nie uczyni z niej miejsca praktycznie niezdatnego do życia.

To wymaga jednak dużych poświęceń. Emisja CO2 związana z działalnością człowieka powinna spaść do 2030 r. o 45 proc., a w 2050 r. powinna osiągnąć zerową wartość.

Dużo słów, mało czynów

Punktem odniesienia do raportu „Production Gap 2019” przygotowanego przez ONZ i ośrodki badawcze jest Porozumienie Paryskie i wynikającego z niego deklaracje o utrzymaniu wzrostu globalnej temperatury do 1,5 stopnia.

Jak nam idzie? Poniżej możecie zobaczyć rozbieżności miedzy zakładanymi przez państwa krajowymi planami wykorzystania paliw kopalnych (czerwona linia), ich deklaracjami na forum międzynarodowym (brązowa linia) a niskoemisyjnymi ścieżkami zakładającymi zatrzymanie się poniżej 2 stopni (zielona linia) i 1,5 stopnia (niebieska linia). Wszystko to wyrażone w gigatonach CO2.

W ten sposób po raz kolejny dostajemy dowód na to, że walka ze zmianami klimatu w sporej mierze ogranicza się do bicia piany. Z jednej strony mamy szumne deklaracje o zeroemisyjnych gospodarkach, z drugie otwarte lekceważenie zagrożenia. Nie bez znaczenia jest również to, że kwestią klimatu zajmują się kraje o dość niewielkim, globalnym wpływie. Podczas gdy stolica Danii – Kopenhaga – może stać się niedługo pierwszym miastem nieemitującym CO2 do atmosfery, Indie i Chiny zwiększają emisje. W ubiegłym roku odpowiednio o 121 i 144 kg na osobę.

20 lat poszło na marne?

Po ponad 20 latach wdrażania polityki klimatycznej poziomy produkcji paliw kopalnych są wyższe niż kiedykolwiek – mówi dyrektor SEI Mans Nilsson. – Raport pokazuje, że ciągłe wsparcie wydobycia węgla, ropy i gazu przez rządy stanowi dużą część problemu – dodaje.

Przełóżmy teraz ten wykres na procenty. W 2030 r. produkcja paliw kopalnych przekroczy o połowę poziom, który pozwoliłby zatrzymać ocieplenie na poziomie 2 stopni. W przypadku nowego celu, czyli 1,5 stopnia, luka jest jeszcze większa i wynosi 120 proc.

Największy problem mamy z węglem. W jego przypadku różnice są jeszcze większe – to odpowiednio 150 i 280 proc. Założenia mijają się jednak także z praktyką w przypadku ropy i gazu.

Takie szacunki podkreślają przede wszystkim nieuchronność zmian i konieczność odejścia od dotychczasowych mechanizmów funkcjonowania gospodarki (…) Co ważne, największy nacisk będzie kładziony na konieczność ograniczenia produkcji węgla jako najbardziej emisyjnego paliwa. Bezpośrednio przełoży się to na spadek cen tego surowca. Oznacza to dalszy strukturalny problem dla polskiego górnictwa, które nie radzi sobie z poprawą efektywności wydobycia i musi liczyć na wysokie ceny węgla – podkreśla Zofia Wetmańska, analityczka WiseEuropa.

Globalni truciciele

Choć w kontekście globalnej katastrofy wskazywanie palcem, kto truje bardziej, a kto mniej, wydaje się pozbawione sensu, to trudno oderwać politykę klimatyczną od granic państwowych. Koniec końców, to właśnie władze poszczególnych krajów decydują przecież o kierunku transformacji energetycznej.

Poniżej mamy grafikę pokazującą największych emitentów CO2, u których emisja oparta jest na wydobyciu kopalin. Ścisła czołówka obsadzona jest oczywiście przez ropno-gazowe potęgi w rodzaju Chin, USA, Arabii Saudyjskiej czy Rosji. Polska znalazła się jednak na wysokim 24 miejscu. Wyżej niż Wielka Brytania, która zamyka elektrownie węglowe i od początku lat 90. ograniczyła emisję CO2 o ponad 40 proc. I obok dużo mniejszych gospodarek w dużej mierze uzależnionych od paliw kopalnych jak Malezja i Kolumbia,

Co gorsza, trudno powiedzieć, czy z tego niechlubnego grona uda nam się wylecieć. Z jednej strony przedstawiciele polskiego rządu mówią przecież o wyzwaniach stojących przed Polską z powodu zmiany klimatu, z drugiej wciąż na poważnie rozważamy rozkopanie gminy Złoczew i wydobywanie węgla z coraz większych głębokości. Tylko po to, by nieco wydłużyć żywotność owianej złą sławą największego truciciela Europy elektrowni w Bełchatowie. Co ciekawe, w 2018 r. przyrost emisji CO2 na mieszkańca wyniósł u nas 188 kg, co plasuje nas w gronie światowych rekordzistów.

Dziewięciu największych producentów jest odpowiedzialnych za 69 proc. emisji, a 27 – za 90 proc. światowej sumy

– czytamy w raporcie.

Najciekawsze jednak dopiero przed nami. „Production Gap” jest bowiem tylko uzupełnieniem do raportu Programu Ochrony Środowiska Narodów Zjednoczonych (UNEP), który pokaże rozliczy państwa z emisji dwutlenku węgla. Opracowanie ma pokazać, że wyeliminowanie luki emisyjnej nie jest możliwe bez dużo bardziej powściągliwego korzystania z paliw kopalnych. Czekamy więc do 26 listopada, oj będzie się działo.

Najnowsze w Bizblog.pl