Wy robicie memy, a Musk liczy kasę. Szef Tesli zarabia krocie na wyobraźni internautów

Kojarzycie jakąś reklamę, w której przystojny, dobrze ubrany facet mknie Teslą po krętych górskich drogach, w tle przygrywa muzyka smyczkowa, a ciepły głos lektora opowiada wam o niezmierzonej wolności i radości życia? Ja też nie. Firmy kierowane przez Elona Muska tego nie potrzebują. Cały wysiłek związany z reklamą przerzuciły na internautów.

Im więcej czasu mija od słynnej wpadki z prezentacją Cybertrucka, tym częściej pojawiają się głosy, że przebicie kuloodpornej szyby nie było spektakularną wtopą, co ukartowanym działaniem. Przypomnijmy, że Elon Musk poprosił głównego projektanta nadwozia, Franza von Holzhausena, by ten rzucił metalową kulą w nowego pickupa od Tesli. Niewiele brakowało, a kula przeszłaby przez kuloodporną szybę na wylot.

Sam Musk nie wyglądał na szczególnie zdenerwowanego. Kazał swojemu koledze powtórzyć rzut i był wyraźnie rozbawiony fiaskiem kolejnej próby.

Tesla jest notowana na giełdzie, inwestorzy z zainteresowaniem śledzą takie prezentacje i liczą, że fani rzucą się z zamówieniami. A tu takie samozaoranie. Co w tym takiego zabawnego?

Efekt beki

Musk liczył zapewne na ten sam efekt, który od lat winduje popularność Tesli na poziomy, na które inne marki motoryzacyjne pracowały przez dekady. Nie wciska nam spotów reklamowych w telewizji, nie epatuje elektrykami na billboardach. Za to do czasu do czasu robi coś z pozoru nieprzemyślanego, o czym dyskutuje potem cały świat. A potem pozwala działać ludzkiej wyobraźni i kreatywności.

Szef Tesli wyznaje zasadę, że najpotężniejszą emocją, która rządzi w sieci jest beka. Celowo nie piszę tu o śmiechu, bo nie chodzi o żaden zwykły, beztroski, dobroduszny uśmiech na twarzy. Sławę w internecie zapewnia szyderczy rechot, wulgarne, przekraczające granice wyśmianie cudzej pomyłki.

Bizblog.pl poleca:

Łatwo to zauważyć na gruncie polskiej polityki. Połowa społeczeństwa nie pamięta już pewnie o co chodzi z kamienicami Banasia, bo pogubiła się w śledzeniu wątku gdzieś między karykaturalnymi opisami gangsterów a tłumaczeniami, że pokoje na godziny wynajmują zmęczeni przedsiębiorcy. Mem goni mem, żarty z afery przerosły popularność samej afery. Tak dzieje się dzisiaj praktycznie z każdą sprawą, która wzbudzi zainteresowanie opinii publicznej.

Musk wyciska ten mechanizm jak cytrynę i z premedytacją rozkręca pędzącą karuzelę śmiechu. Kanciasta bryła Cybertrucka i kompromitacja z testem szyby to kapitalny pretekst, by się powyzłośliwiać. Twarz Muska zestawiona w najróżniejszych wariacjach z Cybertruckiem zalała strony internetowe i Youtube jak lawina.

Jeden z memów jest zresztą wyjątkowo trafny. Pokazuje dwa tweety Muska. W jednym miliarder chwali się, że dostał już 146 tys. zamówień. W następnym dodaje, że nie zapłacił za reklamę ani grosza. Pod spodem widzimy duże zdjęcie brudnego bezdomnego z laptopem i podpisem: „Ludzie, którzy tworzą memy”.

Na innym obrazku bohaterowie kreskówki Sąsiedzi, Pai i Mat załamują ręce nad zbitą szybą. Nie brakuje też nawiązań do wcześniejszych wybryków Muska. Na kolejnym memie miliarder pali jointa i patrzy na kanciastą Larę Croft z pierwszej części Tom Raidera. Zbliżenie na trójkątne piersi i bum… już wiemy, skąd wziął się pomysł na kształt nowej Tesli. Hasło „Cybertruck memes” daje nam dzisiaj ponad 35 mln wyników.

Dystans, bo wszyscy umrzemy

Przy takiej erupcji szydery łatwo o utratę kontroli nad sytuacją. Łatwa reklama mogłaby obrócić się przeciwko Tesli i zrujnować jej wizerunek. Żarty żartami, ale jeżeli wydajemy dziesiątki tysięcy dolarów, to przecież nie po to, by pojeździć śmiesznym samochodem.

Grunt pod takie akcje został przygotowany dużo wcześniej. Musk palił trawkę, wysyłał Teslę w przestrzeń kosmiczną, bawił się na Twitterze w gierki słowne z obserwującymi. Wszystko po to, by pokazać, że on sam i stojące za nim marki mają do siebie dystans. Z tej perspektywy autoironiczny komentarz po próbie wytrzymałościowej Cybertrucka był całkowicie na miejscu. Nic się przecież nie stało. Do premiery zostały dwa lata, a w ogóle to Franz uderzył wcześniej młotem w drzwi, nadwyrężając szybę i stąd całe zamieszanie. Niezniszczalny pojazd za 160 tys. zł można uszkodzić małym okrągłym przedmiotem. Śmiesznie wyszło, co nie?

Dzięki temu fani Tesli z jednej strony rozkręcili Muskowi machinę reklamową, z drugiej – rzucili się do zakupów. Kilka dni po prezentacji przedsiębiorca pochwalił się, że ma już 250 tys. zamówień. Każde za 100 dolarów, co daje nam 25 mln dol. Niby rezerwację można w każdej chwili odwołać, a kasę zabrać, ale taki wynik zrobiony w ciągu kilku dni, przez, mimo wszystko, niszową markę, musi robić wrażenie.

Darmowa reklama Muska

Najlepszym nośnikiem reklamowym jest dzisiaj sam Elon Musk. W ubiegłym roku „Forbes” oszacował, że utrzymanie profesjonalnego sztabu marketingowców kosztuje firmę z Doliny Krzemowej ok. 40 mln dol. rocznie. Szef Tesli podobny efekt osiąga, regularnie pisząc na Twitterze, gdzie śledzi go prawie 30 mln osób. Żadna inna marka motoryzacyjna nie ma do niego podejścia.

Kilka lat temu Teslarati wrzuciła grafikę porównującą wydatki reklamowe w przeliczeniu na sprzedane samochody. W rubryce Tesli widniało 6 dol. Kolejne marki jak Toyota czy Honda zaczynały od 250 dol.

Nic dziwnego, że gdy Amerykańska Komisja Wartościowa nałożyła na Muska karę w wysokości 20 mln dol. za wpis o zamiarze wykupienia części akcji Tesli (a potem się z tego wycofał, wywołując wstrząs na giełdzie), miliarder wzruszył tylko ramionami:

Warto było

– skwitował.

Elon lubi się zresztą podroczyć z fanami, wrzucając krótkie, zaczepne komentarze. Zasięgi robią się same.

Przedsiębiorca nauczył się, że w jego wypadku wystarczy rzucić (nomen omen) kamyczek, a lawina zejdzie sama. Wywoła ją masa rozbawionych internautów. Za darmo i dziękując Muskowi za dostarczenie wdzięcznego tematu..

Najnowsze na Bizblog.pl