Symboliczna kara dla Wolanski. Jej Instagram puchnie, a modelka śmieje się w głos

Przez ostatnie dni spora cześć ekspertów zajmujących się zjawiskiem influcencerów rwie sobie włosy z głowy. Szambo pt. patomarketing wybiło tak wysoko, że przyjrzeć mógł mu się cały glob. A teraz okazuje się jeszcze, że to bardzo opłacalny biznes.

fot: instagram.com/kinsey_sue

5 tys. euro grzywny od UEFA i kolejne 10 tys. od hiszpańskiej policji – tyle Kinsey Wolanski będzie musiała zapłacić za swój kilkudziesięciometrowy sprint w trakcie finału Ligi Mistrzów.

Biorąc pod uwagę, że Rosjanka zareklamowała przy okazji stronę internetową swojego chłopaka, która miała zdobyć dzięki temu 2 mln płatnych kont, a wartość samej reklamy została wyceniona na 4 mln dol., to doprawdy symboliczna kwota. Brzmi trochę, jakby UEFA, zawstydzona całym zamieszaniem, chciała jak najszybciej zapomnieć o internetowej celebrytce, która skradła tego wieczoru show piłkarzom Liverpoolu.

Po drodze Instagram zdecydował się odblokować konto Wolanski. Dzięki temu modelka z 300 tys. obserwujących wspięła się na poziom 2,8 mln. Z influencerskiej trzeciej ligi wskoczyła do ekstraklasy. Przynajmniej jeśli chodzi o zasięgi, bo nie wiadomo, w jaki sposób jej nowy wizerunek zostanie zinterpretowany przez marki. Może się okazać, że miliony nieco przypadkowo nałapanych fanów (bo jak sklasyfikować – jako fanów piłki nożnej? Napalonych facetów?), nie stanowi potencjału wartego wydania u Wolanski milionów na kampanię reklamową.

Na razie Kinsey bawi się jednak w najlepsze.

Na swoim Instagramie wrzuca zdjęcia z akcji, śmieje się, że jeden z zawodników Tottenhamu nieco się rozkojarzył i bawi się przeróbką swojego sprintu.

Nie chciałbym w tym momencie wyjść na zrzędę, ale pamiętajmy, że wciąż mówimy o osobie, która złamała regulamin stadionowy. Piłkarze Liverpoolu i Tottenhamu grali tego dnia jeden z najważniejszych meczów w swoim piłkarskim życiu. Wyobraźcie sobie, że jesteście o krok od osiągnięcia, dzięki któremu zapiszecie się złotymi zgłoskami  w historii swojej profesji i nagle waszą pracę przerywa żądna sławy atencjuszka.

Łamie wprawdzie przepisy, ale skutecznie odwraca uwagę widowni, zgarnia sławę i zarabia dzięki waszemu wysiłkowi pieniądze (bo to przecież nie ona zgromadziła na trybunach i przed telewizorami wielomilionową widownię). Nie żebym miał coś przeciwko drogom na skróty, w tym wypadku Wolanski okradła jednak zawodników z ich pracy. 5 minut globalnej sławy okupione latami ciężkich treningów przeszło im koło nosa. Większość z nich w finale Ligi Mistrzów już nigdy w życiu nie zagra. Dość powiedzieć, że nawet Cristiano Ronaldo i Leo Messi sięgali po ten puchar tylko kilka razy w swoich kończących się powoli karierach. Tymczasem dzień po finale media sportowe, zamiast o wyniku, pisały o skąpym bikini.

Jak nie przepadam za patosem tak wyjątkowo mam ochotę krzyknąć: Quo vadis świecie? Jak zbudować zdrowo działająca gospodarkę w rzeczywistości, w której pogarda dla norm i jawne żerowanie na cudzej pracy zostaje wyceniona tak wysoko?