Tak tanio, jak w te wakacje, dawno nie było. Dlatego… zostaję w domu

Granice otwarte, linie lotnicze kuszą megapromocjami, rząd otwiera nowe ekspresówki i rozdaje bony turystyczne. Nic tylko jechać w świat i korzystać z najbardziej upalnych miesięcy w roku. Tak sądzicie? Ja też byłem tego zdania, dopóki nie spostrzegłem, że tegoroczne wakacje będą całkowitą loterią.

Nie chodzi mi tu o deszczową pogodę nad Bałtykiem, korki na A2 albo zatrucie się rybą ze smażalni pierwszego dnia urlopu. Pewna doza nieprzewidywalności to odwieczny element wakacyjnych atrakcji.

W tym roku będzie jednak inaczej. A z pewnością dziwniej.

Bizblog.pl poleca

Koronawirusowe promocje

Rzuciłem się z animuszem do przeglądania ofert wakacyjnych. A było w czym przebierać, oj było. Hotele, hostele i pensjonaty w Polsce po miesiącach oczekiwania na zielone światło od rządu, otwierały się z prędkością światła. Z cenami raczej przedcovidowymi, ale tego można było się przecież domyślać.

W innym kierunku poszły linie lotnicze. Polskie niebo nie zdążyło się jeszcze na dobre otworzyć, a szef Ryanaira już ogłosił, że ma zamiar sypać promocjami jak za najlepszych czasów. Po wpisaniu w wyszukiwarkę kilku połączeń, algorytm połapał się, że szukam wakacji i w reklamach sypnęło ofertami: Malta – 900 zł, Meksyk – 1800 zł. Super, pomyślałem, i zacząłem zacierać ręce na myśl o urlopie w okazyjnej cenie.

No i szybko się na tym optymizmie przejechałem. Wcześniej potknęła się o to samo moja znajoma, która na fali entuzjazmu wykupiła lot do Czarnogóry. Okazało się, że niewdzięczni Bałkańczycy nie chcą nas i naszych pieniędzy, przedkładając ponad wszystko statystyki zachorowań na koronawirusa. A że słynna krzywa wypłaszczyła się w niewłaściwym miejscu, robiąc z Polski czarną owcę Europy, to do Podgoricy poleci w tym roku kto inny.

A dokładniej obywatele 130 innych krajów.

Przełykając to upokorzenie, machnąłem ręką. Nie chcą nas tam, to nie. Ich strata. W czerwcu otworem stanęła przed nami przecież prawie cała Europa. Wchodzę w oferty, patrzę i jest, nowe połączenia na Cypr. WizzAir i Ryanair, 150 zł w obie strony. Bajka.

Zanim zabrałem się do wyboru hotelu z widokiem na morze, odwiedziłem jeszcze stronę MSZ. I mina mi nieco zrzedła. Polska została przez Cypryjczyków zaklasyfikowana do kategorii B. To znaczy, że bez testu na koronawirusa się tam nie dostaniemy.  Na dzień dobry musimy doliczyć do wycieczki 600 zł.

Restrykcje? W każdej chwili

Ale to i tak nieźle, bo przynajmniej wiemy, na czym stoimy. Chorwacja, która jeszcze w połowie czerwca uchodziła za bezpieczną przystań na rozpalonej od ognisk koronawirusa mapie Europy, praktycznie z dnia na dzień zaostrzyła restrykcje dla osób przyjeżdżających z innych krajów bałkańskich. Na powrót pojawił się też obowiązek noszenia maseczek w autobusach i centrach handlowych.

Niby niewiele, ale kto założy się dzisiaj, że obostrzenia nie pójdą dalej? Wystarczy naprawdę niewiele, by przyjemny wypoczynek zatracił się gdzieś w codziennym przeglądaniu wiadomości z MSZ-u.

Dodajmy do tego kraje, które z Covid-19 kompletnie sobie nie radzą. Lista jest długa, bo obejmuje w zasadzie całą Amerykę Południową, USA, niemałą część dalekiej Azji. Swobodnie nie pojeździmy sobie także po Bliskim Wschodzie.

Nie lepiej sytuacja wygląda zresztą w egzotycznych, prestiżowych kurortach. Malediwy zgodziły się przyjmować gości z zagranicy, ale wizy przyznają dopiero po wykupieniu co najmniej 14 noclegów. W tym czasie nie możemy ruszyć się z kurortu, pozwolą nam za to zapłacić 100 dolarów za dodatkowy test wykrywający antygeny koronawirusa. Zamiast rajskich wakacji, dostajemy złotą klatkę.

Tym, co najbardziej spędza mi sen z powiek, jest jednak kwarantanna. A dokładniej – taka sytuacja, jak w Rewalu, w którym 50 osób urlop spędza na balkonie, bo dwóch turystów przyjechało zarażonych do ośrodka. Koszmar.

Rząd przywróci obostrzenia?

Oczywiście zawsze można zdecydować się na wypoczynek z dala od tłumów. Tyle że znów – nikt nie da nam gwarancji, że polski rząd nie zdecyduje się na ponowne zamrożenie gospodarki. Zaraz po lockdownie premier Morawiecki bił się w pierś, że to absolutnie niemożliwe, dzisiaj twierdzi już tylko, że „nie w aż takim stopniu”.

Co to może oznaczać? Może za miesiąc rząd postanowi ograniczyć liczbę klientów w hotelach, może nakaże wprowadzenia większego rygoru sanitarnego w restauracjach? Przed drugą turą wyborów na drastyczne decyzje nie ma co liczyć, ale po 12 lipca może być jeszcze ciekawie.

Takie właśnie będą zbliżające się wakacje. Niby normalne, na luzie i jak co roku. A w praktyce, to ciągłe analizowanie doniesień prasowych i modlenie się, by pandemia po raz kolejny nie wymknęła się spod kontroli. Ja w takiej sytuacji najlepiej wypocznę we własnym mieszkaniu. A wy?