To najbardziej stresująca praca w Polsce. Kolejny prezes Ursusa rzucił papierami

Jeżeli myśleliście, że kontroler ruchu lotniczego albo saper to stresujące zajęcie, to powinniście przemyśleć swoje postrzeganie rynku pracy. Bo może być gorzej. Można stać na czele nurkującej na dno firmy, której losy żywo interesuje całą Polskę. Takiej jak Ursus.

O takich postaciach jak Adam Małysz, Justyna Kowalczyk czy Robert Lewandowski mówi się (mówiło się), że dźwigają na plecach nie tylko swoją karierę, ale i napompowane oczekiwania milionów naszych rodaków. Bo przecież w każdym z tych przypadków nie chodziło tylko o pojedyncze sukcesy, ale o udowodnienie, że Polak też potrafi. Tym trudniejsze do udźwignięcia, że dookoła bryndza, dno i dwa metry mułu. Ursus to trochę taki ich biznesowy odpowiednik.

Polski producent ma za sobą dekady wspaniałej historii. Gdy kilka lat temu wstał z kolan, wydawało się, że otrzepie kurz ze spodni i bez kompleksów ruszy w świat. Dotowane przez polski rząd zamówienia na ciągniki z krajów Afryki miały być tylko pierwszym krokiem. Ursus rozejrzał się po rynku, zobaczył gdzie leżą dzisiaj konfitury i uruchomił spółkę-córkę, Ursus Bus, która miała koncentrować się na dostarczaniu do miast elektrycznych autobusów.

Miłe złego początki

Przez pewien czas szło świetnie, w ubiegłym roku Ursus Bus stał się jednym z największych producentów elektryków w Europie. Sytuacja finansowa jego spółki-matki stawała się jednak coraz trudniejsza. A było to o tyle istotne, że nakłady na stworzenie od podstaw bezemisyjnych autobusów szły w dziesiątki milionów złotych.

Ursus Bus na świeżym rynku musi konkurować z motoryzacyjnymi gigantami. Bez ciągłego rozwoju nie było mowy o utrzymaniu pozycji na rynku. Nadzieje zostały jednak rozbudzone. Dowodem niech będą chociażby wasze reakcje na nasz tekst o tym, że polskim producentom autobusów elektrycznych przejdą koło nosa potężne pieniądze.

Prezesowska karuzela

Mówi się, że polski biegun ciepła jest w Tarnowie. Błąd. Największe temperatury można dzisiaj notować w gabinecie kolejnych prezesów Ursusa. Firma ma około 150 mln długu, jest w permanentnym procesie restrukturyzacji i na oczach całego kraju ponosi spektakularne upokorzenia. W grudniu 2018 r. nie wytrzymał tego Karol Zarajczyk. Jego miejsce zajął były prezes PGE Tomasz Zadroga.

Pół roku później firma ni stąd, ni zowąd wypuściła zaskakujący komunikat. Zadroga rezygnuje. Powód? Dość enigmatyczny – ograniczono się do stwierdzenia, że przyczyną są problemy osobiste. Doświadczonego menedżera zastąpił inny wyjadacz – Arkadiusz Miętkiewicz, który od ćwierć wieku siedzi w sektorze motoryzacyjnym. Szlify zbierał, pracując dla takich marek jak Jaguar Land Rover czy Seat.

Miętkiewicz na eksponowanym stanowisku wytrzymał… cztery miesiące. Właśnie dowiedzieliśmy się, że i jego dopadły problemy natury osobistej, uniemożliwiające dalsze sprawowanie powierzonych obowiązków.

Co dalej z Ursusem?

Chętnych na jego zastąpienie trzeba będzie chyba szukać w drodze castingu w reality show typu Nieustraszeni. Pytanie tylko, czy osoby, które nie mają oporów przed nurkowaniem w kajdankach, nie odstraszy:

a) lecące na łeb na szyję przychody netto ze sprzedaży (z 72 mln zł w IV kwartale 2018 na 19 mln w II kw. tego roku)

b) nurkujący kurs akcji (od początku roku potaniały o przeszło połowę i przed listopadowym długim weekendem były warte już tylko 67 groszy za udział)

c) 100 mln długów w bankach, które mają już dość czekania i łakną krwi. Upadłości Ursusa domaga się PKO BP, uproszczony wniosek o ogłoszenie upadłości złożył też Getin Noble Bank. Na domiar złego Bank Gospodarstwa Krajowego chce, by od ręki oddał mu pożyczone 13 mln zł

d) opinia firmy, która nie dowozi. Ursus problemy z realizacją zamówień ma od początku roku. Miasta zrywały już podpisane umowy, a raz zdążyło się nawet, że po wygraniu przetargu żaden przedstawiciel firmy nie pofatygował się do ratusza, by podpisać kontrakt. Ostatnią ofiarą jest Lublin, który uznał, że przesunięcie terminu na dostawę 10 trolejbusów o pół roku to lekka przesada. I zerwał umowę z winy dostawcy.

Przed nami kluczowy rok dla Ursus SA i całej GK Ursus. Czas, w którym musimy z jednej strony rozwiązać sposób dalszego finansowania organizacji, a z drugiej porozumieć się z wierzycielami

– tłumaczył parę miesięcy temu Tomasz Zadroga.

Trudno nie odnieść dzisiaj wrażenia, że miał całkowitą rację. Tyle tylko, że chyba wszyscy mieli nadzieję, że ta historia będzie miała zupełnie inną puentę. Istnieje bowiem niemałe ryzyko, że za chwilę po Ursusie zostanie już tylko wspomnienie…